Mistrzowie życia?! Czary-mary, pitu-pitu, ble-ble...

To przeżyłam... wiele można pisać na ten temat... czy zasieję niepewność w tych, co wierzą w ideał i empatię tych, którym zaufali? Czy pomyśli ten, który szuka pomocy?

 

266a69a5ac8592492b58de512e548bde.jpg
 
Piszę na bardzo ważny temat, który w ostatnich latach zaostrza się, ale nadal, mimo wszystko, nie jest postawiony jasno.
Dotyczy różnego rodzaju oszustw ludzi, którym oddajemy całe serce i dusze, i Życie.

Czy to temat tabu - moim zdaniem nie.

Chodzi o bioterapię, radiestezję a właściwie o tych, którzy zajmują się tym. Spotykamy się coraz częściej ze skargami, lecz temat ten szybko "ginie". Zagubieni szukamy szansy na wyzdrowienie, na życie bez bólu, na kontakt z kimś, kto nas pocieszy, na empatię kogoś, komu zaufamy...
 
Co jakiś czas słyszy się o oszustach, hochsztaplerach w zawodzie bioterapii, radiestezji, ale nikt nie miał odwagi, a może cierpliwości ujawnić tego i doprowadzić sprawę do końca.
 
Mam 54 lata i nie w głowie mi wymyślanie historyjek. Dlaczego piszę? Bo: chcę żeby ktoś odważny, wreszcie ujawnił "prawa" decydujące o weryfikacji tych, co zwą się mistrzami zawodu, chce pokazać, dowiedzieć się, kto i za co daje tytuły mistrzowskie i zezwolenia na wykonanie zawodu, co jest miernikiem "dobrego" bioterapeuty i radiestety.
Pragnę znaleźć odpowiedź na pytanie: co jest decydujące, kto jest decydującym aby wykonywać ten  zawód?
Chcę ujawnić absurdy regulaminu i kodeksu etyki radiestetów jak i kodeksu etyki bioterapeuty. I chętnię opowiem o jeszcze wielu innych ohydnych sprawach, które w tej chwili wstyd ( nie miejsce) wymieniać.
 
Przez 15 lat stosował na mnie "bio"terapię, (która była niczym innym, jak psychomanipulacją) mistrz bioterapii (szczegóły-mail), na koniec tego "związku" okradł mnie z wysokiej kwoty pieniędzy (i nie tylko), które to dopiero przez sąd odzyskałam.

Często słyszałam na pocieszenie : jesteś głupia jak... W chwilach słabości "mistrza" byłam najmądrzejsza, najpiękniejsza... Ta zmienność zachowań "mistrza", sugestie, pogrywanie na moich emocjach doprowadziło mnie do skrajnego wyczerpania psychicznego i fizycznego. Moja wartość była równa zeru. Gdyby nie mężczyźni, którzy zjawiali się przy mnie, zapomniałabym, że jestem kobietą.

Prowadzona przez (pozornie) bezinteresownego i oddanego człowieka, zdążałam ku wirtualnemu celowi.
Nie zdawałam sobie sprawy, że brnę w wyrafinowany świat oszustwa, wredności i kłamstwa.
Świat absurdów, pełen intryg, zawiści, ohydnych pomówień i zaprzeczeń wypełnił mój czas i stał się moim realem.
Moje marzenia, pragnienie życia, wyobraźnia... to wszystko było oznakami mojej chorej duszy. Choroby, którą zaraził mnie "wielki mistrz".

W związku z przestępstwem, jakiego dopuścił się Pan "terapeuta" i radiesteta, zwróciłam się z informacją do cechu, że ich kodeks i statut został złamany haniebnym, nieetycznym, niemoralnym postępowaniem "mistrza", załączyłam prawomocny wyrok, opowiedziałam w rozmowie osobistej o podłościach sprawianych, nie tylko mnie...

Odpowiedziano mi na piśmie, podpisanym przez władze cechu, że nie zostało popełnione żadne przestępstwo (w świetle przepisów cechu), natomiast "zapadła uchwała" o nie wszczynaniu postępowania dyscyplinarnego, skutkującego wykluczeniem członka cechu.   

Tak najlepiej, najbezpieczniej: udawać, że sprawa nie tyczy środowiska zawodowego... no bo przecież nic sie nie stało... facet ma tylko problemy ze sobą... to tylko złodziej i oszust... ale to dobry fachowiec... (o zgrozo!)

Oczywiście... to,że ktoś jest złodziejem i oszustem, nie jest ważne i nie jest powodem do potępienia...
Paradoks?? A może bezmyślność??  A może pospolita głupota??
Zastanawia, gdzie jest granica ludzkiego absurdu? Gdzie znajduje się granica konsekwencji i odpowiedzialności?
Czy nasi rzemieślnicy mogą ukrywać swoje haniebne uczynki pod szyldem cechu? Skoro tak, to prawdopodobnie wiele osób popełniających przestępstwa, może ukrywać się i zamazywać prawdziwą swoją naturę, należąc tylko do cechu.

Moim zdaniem powinno zmienić się sposób weryfikowania przyszłych "mistrzów" ... toż to jest zawód, który prawie identyfikuje się z zawodem zaufania publicznego...

Jeśli podli ludzie będą nam "zaglądać" w duszę, pod łóżka, do portfeli a potem okradać i wykorzystywać nasze choroby,
ból i strach przed cierpieniem, to... to będzie więcej chorych..
Jestem po operacji raka jelita grubego. Przez 15 lat "wielki mistrz" swoim "wewnętrznym okiem" nie widział jak zżera mnie guz, jak rośnie we mnie nowotwór... ćpał tylko tabletki uspakajające, nasenne, psychotropy, palił papierosy, pił alkohol, przez co stał się alkoholikiem...
Aż wstyd wyliczać więcej wad "mistrza". Jego opinia była jednoznaczna, cyt: "jesteś moim problemem, chcę żebyś umarła... taka jesteś mi niepotrzebna..."
Jak taki człowiek może mieć "zdrowy" kontakt z ludźmi? Jak może nauczać prowadząc kursy?
Jakim prawem tłumaczy co jest dobre a co złe?!
Jak może "uzdrawiać" i z czego "uzdrawia", i co to znaczy dla tych ludzi? Czym uzdrawia? Popisową gadką?? Wymachiwaniem rąk?? Sapaniem, dyszeniem?? Próbuje wzbudzać litość głosząc, że jest prześladowany, dręczony...  
Manipuluje, oszukuje i wymyśla bzdury przeciw tym, którym już zrobił krzywdę.
Być może, że czas na mój głos, że trafię w środowisko i "narozrabiam", ale czas już oddzielić ziarno od plew.
Czas otworzyć oczy i włączyć rozsądek!  
A może czas zmienić treści ustaw, uchwał, statutów, kodeksów i przepisów w tej grupie zawodowej... Zapewne ci ludzie wiedzą czego mogą obawiać się lub "boją" się.

Ależ jak inaczej można zwrócić uwagę?! Tylko głośnym krzykiem człowieka, który nie ma już nic do stracenia!

 Dziwię się tym, którzy są i będą obojętni na odrażające skutki postępowania "mistrzów". Cóż... wszystko zgodnie z kodeksem etyki radiestety i bioterapeuty, zgodnie ze statutem...
 
Kara być powinna za popełnione przestępstwa; nie można w nieskończoność zastraszać, nękać, produkować fałszywe dowody na coś, co nie istnieje, nie można szantażować, nie wolno zabijać człowieka,
który żyje i chce żyć..
 
Demonstrowanie mistrzowskiej "nadmądrości", braku pokory i udawanie świętego niewinnego (gdy jest się winnym), braku szacunku dla człowieka, przejawia się przez prowadzenie "wykładów" i różnorakich "kursów" a także przyjmowanie "pacjentów", szukanie różdżką lub wahadełkiem "złych" miejsc... a może szukanie szczęścia??
 Karygodne !
W moim odczuciu nie można żyć w poczuciu bezkarności zdając sobie sprawę ze stosowanego zła i manifestować swoją wyższość i nietykalność.
Czy istnieje w tychże osobach empatia, wyrzuty sumienia?
Czy potrafią spojrzeć krytycznie na siebie czy są tylko mitomanami i narcyzami??
A może "wybrańcy" czują się cyt: "trochę, jak Stwórca"??
 
Dziś nie mogę obwiniać się za to, że zaufałam, że pozwoliłam prowadzić się mądremu, doświadczonemu  człowiekowi (takie sprawiał wrażenie). Po dwóch latach psychoterapii, nie umiem znalęźć usprawiedliwienia na działanie mistrza bioterapeuty. A na domiar złego, robił to wsparty "miłością" i wiedzą swojej żony (w świetle zasad biologii-nauczycielka w warszawskim liceum, "wykładowca" (?), pani magister biologii), która - jak okazało się - wiedziała o wszystkim (!!), o czym zapewniła w rozmowie ze mną i w piśmie do sądu.  
Myślę, że mogłam być nie pierwszą ofiarą ich wspólnego "działania": wykorzystania materialnego, znęcania się psychicznego i różnych doświadczeń na żywym organizmie (jakim byłam).
 
Wykorzystywana, obdarta z własnej tożsamości, codziennie całowałam ręce, które mnie dotykały.
Wierzyłam, że Bóg zesłał mi anioła. Przez wiele lat słuchałam tych samych słów, które brzmiały jak czarodziejska mantra. Coraz bardziej wkraczałam w stan nieświadomego istnienia.
Dziś dostrzegam bezwzględność w działaniach tych, na których patrzy się trochę inaczej... może z uwielbieniem... a na pewno z ponadludzkim zaufaniem.
Koszmarny sen trwał, ale ból, moja choroba obudziła mnie z niego. Był to czas absolutnie stracony i przeklęty.
Tak, jak człowiek, który był w tym śnie...
Wołam.. nie ufajcie takim mistrzom! To tylko ludzie, którzy sami przed sobą zdają egzaminy i sami akceptują zło, z którym powinni walczyć w sposób nie poniżający nikogo...
To zwykli śmiertelnicy, którzy w obliczu swojej "świętości", mają więcej wad niż tzw. przeciętny człowiek.
 
 Wielki mały "miszcz" reklamował się, jako jeden z najlepszych chiropraktyków (bez wykształcenia 
 medycznego!), który w cudowny sposób nastawia kręgosłup.
 Koszmar! To co zrobił ze mną, z moim kręgosłupem nadaje się tylko do poinformowania w prokuraturze.
 Po latach manipulacji przez fachowca kręgarza, okazało sie, że "znawca" popsuł mi mój kręgosłup tak, że nie nadaje się do reperacji. Perspektywa? Może wózek inwalidzki... 
 To następny przykład na to, jak nie wolno ufając tym "wielkim uzdrowicielom" ; a jest ich coraz więcej, bo biobiznes przyciąga łatwością zdobycia pieniędzy!!

 

 4befb241930e3e371be0738950553257.jpgJa jestem (jeszcze) żywym przykładem na oszustwo, którego dopuścił się Ryszard T, mistrz radiestezji i bioterapii.c7ea6e277c561e4a7a37b5cf383c76a9.jpg
 
 Wielki mistrz, o którym tu mowa, jest dalej bioterapeutą, radiestetą, prowadzi kursy i dalej  funkcjonuje w cechu   bioterapeutów, w cechu radiestetów i pełni wiele innych tzw. honorowych  funkcji, tylko bez honoru własnego, dlatego jestem przekonana, że aby dowartościować się i      
  nadrobić braki we własnym honorze, włazi tam, gdzie nikt nie ma odwagi powiedzieć mu - nie!
  Na internetowych portalach wypisuje anonimowo różne głupoty.
Okazuje się, że zawsze był taki podły. Bawiło go szydzenie, śmianie się z innych, robienie głupich żartów, nagrywanie, szantaże, ubliżanie, mataczenie, manipulowanie...
 A ja mówię : nie! dość tego!
Chylę głowę z szacunkiem dla osób, które wśród całej masy oszustów i naciągaczy, mają czyste zamiary i bogobojne intencje a celem ich jest pomoc człowiekowi a nie pogoń za mamoną, sławą, lansowaniem się i brylowaniem wśród ludzi wartościowych. 
Szlachetnych osób ciągle za mało! Być może "pożerani" są przez Wielkich "mistrzów"...

"A może czas najwyższy podjąć debatę na temat medycyny naturalnej i jej roli w systemie opieki zdrowotnej. Może pomyśleć o tym, żeby wyjaśnić wiele wątpliwości co do zasad istnienia bioterapii jako odłamu medycyny akademickiej.Trzeba zastanowić się nad systemem szkolenia, wymagań co do wykształcenia, czy wprowadzić licencje, czy otwierać szkoły i dawać dyplomy. Zastanowić się wypada nad systemem zdobywania kwalifikacji zawodowych, zasad odbywania praktyk i nad regulacją świadczeń medycznych, które musiałyby odbywać się przecież pod jakąś kontrolą."