Miłość, przyjaźń i obowiązek

Przyjaźń jest dla mnie ważna. Na tyle, że nie lubię, gdy się tego słowa nadużywa. A łączenie jej z „obowiązkiem” to, w moim odczuciu, wręcz głupota.

 

Do napisania artykułu inspirują mnie nieraz wypowiedzi niektórych ludzi podczas przyjacielskich lub towarzyskich pogawędek.

Niedawno, przy grillu, dyskutowałam z dobrą znajomą i rozmowa skręciła w kierunku mojego małżeństwa. Mężuś ma bogatszą od mojej kartotekę matrymonialną. Wyszłam za rozwodnika. Nieraz żartuję, że mam małżonka z second-handu.

Relacje z dorosłym synem z pierwszego małżeństwa męża są całkiem poprawne.  Bez kolizji uczestniczymy w różnych rodzinnych uroczystościach. Mówimy sobie po imieniu.

Moja znajoma w pewnym momencie rzuciła uwagę: „Powinnaś się z nim zaprzyjaźnić”. Chyba sugerowała, że za mało się przykładam.

Przyznam, że zaskoczyła mnie i nie ciągnęłam dłużej tego tematu. Zwłaszcza, że karkóweczka właśnie wjeżdżała na stół. Zaznaczyłam jedynie, że słowa „przyjaźń” i „powinność” nie pasują mi razem.

Ale w jej wypowiedzi zgrzytało mi coś więcej.

I, jak to ja, zaczęłam „filozofować” po swojemu. Doszłam do wniosku, że chyba obie inaczej postrzegamy znaczenie słowa „przyjaźń”.

Dla mnie oznacza ono uczucie, czyli coś, na co racjonalnego wpływu nie mamy. Podobnie jak „miłość”. Nie możemy z góry decydować, z kim się zaprzyjaźnimy lub w kim się zakochamy.

Być może przyjaźń mylona jest z różnymi rodzajami dobrych relacji z ludźmi. Stosunki dobrosąsiedzkie, koleżeństwo w pracy czy szkole.

Mędrca szkiełko i oko, czyli zimna nauka, już dawno się „ulotnymi i nieuchwytnymi” uczuciami zajęła. Dla przykładu, bardzo wiele mówi o nich biochemia. Z pewnością każdy słyszał chociażby o feromonach.

Osobiście uważam, że, przy zawieraniu przyjaźni, mamy również do czynienia z procesami, które można w mniejszym czy większym stopniu naukowo opisać.

Oczywiście, wypowiadam się, jako laik, na podstawie moich osobistych doświadczeń. Takie czysto subiektywne wymądrzanie się.

Przyjaźń jest dla mnie ważna. Na tyle, że nie lubię, gdy się tego słowa nadużywa. A łączenie jej z „obowiązkiem” to, w moim odczuciu, wręcz głupota.

Zastanawiałam się, czy my sami, nie wpychamy się w pewne stereotypowe szablony i nie generujemy sobie absurdalnych powinności.   

Weźmy chociażby tak zwane obowiązki rodzinne. Mam na myśli utrzymywanie kontaktów, uzasadnionych jedynie pokrewieństwem czy powinowactwem. Bez sensu.

Do klasyki gatunku należą kontakty teściowa – synowa.

Na forach internetowych i blogach aż się roi od wypowiedzi na ten temat. Najczęściej to synowe użalają się na teściową. I często same twierdzą, że przecież „muszą się spotykać”.

Nie można, rzecz jasna, abstrahować od konkretnych uwarunkowań owych kontaktów. W naszej rzeczywistości młodzi ludzie często, niestety, pozostają w finansowej zależności od rodziców jednej czy nawet obu stron. Trudno mówić wtedy o jakiejkolwiek możliwości wyboru. Chociaż, z drugiej strony, młodzi idą nieraz na łatwiznę.

Przypomina mi się morał jednej z bajek La Fontaine’a (w tłumaczeniu A. Mickiewicza):

„Lepszy na wolności kęsek lada jaki, niźli w niewoli przysmaki”. Ale to tak na marginesie.

Chciałabym jednak napisać jedynie o takich sytuacjach, gdy młodzi są niezależni materialnie i mają wybór. Przynajmniej teoretycznie. Bo, w praktyce, nie zawsze dają sobie prawo do skorzystania z niego.

W internetowych dyskusjach o synowych i teściowych wyłapałam pewną prawidłowość. Rzadko kto doradzał rozwiązanie w postaci zaniechania kontaktów, polegających na ciągłych kłótniach i złośliwościach. Przeważały wypowiedzi odnośnie sposobów złagodzenia dolegliwości czy też ograniczania kontaktów, ale w sposób zakamuflowany (np. rzekoma choroba). Często przewijał się motyw wieku teściowej, jako usprawiedliwiającego czynnika. I argument, że chodzi przecież o matkę naszego ukochanego mężusia, więc ….trzeba się poświęcić dla dobra rodziny.

A ja pytam, po kiego diabła?

Widać było w tych poradach wyraźne odwoływanie się do tak zwanej tradycji i obyczajowości odnośnie kobiet. Pisałam o tej kwestii w artykule o narzucaniu Polkom obowiązku małżeństwa i macierzyństwa.

Ciągle jeszcze pokutuje mit Polki poświęcającej się na różnych frontach. Całe szczęście, że młode Polki mają go w miejscu jak najbardziej adekwatnym.

Bycie osobą starszą, bycie krewnym czy spowinowaconym nie może usprawiedliwiać niegrzecznego traktowania kogokolwiek. Pomijając takie przyczyny, jak na przykład Alzheimer. Mowa o ludziach w pełni władz umysłowych. Bo tacy odpowiadają za swoje czyny i słowa.

Synowa to też człowiek. I ma prawo mieć wymagania. Ma prawo wymagać szacunku i ma prawo nie utrzymywać kontaktów z kimś, kto, w jej mniemaniu, na ten kontakt nie zasługuje.

Więcej, ma prawo do czysto subiektywnej oceny. I kierowania się nią.

Te rodzinne, obowiązkowe kontakty prowadzą często do sytuacji groteskowych.

Święta Bożego Narodzenia, zwłaszcza Wigilia, to okres ostrego dyżuru dla Policji i Pogotowia. Między świętującą rodzinę nieraz musi wkroczyć funkcjonariusz i lekarz.

Powiedzmy uczciwie, lekarz nie zawsze udziela pomocy polegającej na opatrzeniu ran powstałych w wyniku użycia specyficznych „argumentów” w dyskusji rodzinnej przy wigilijnym stole. Nieraz musi po prostu płukać żołądek.

Zaczęłam od przyjaźni i miłości i dojechałam do płukania żołądka. Tak to nieraz jest, jak się konwertuje swoje swobodnie płynące myśli na słowo pisane.

Jeżeli ktoś stwierdzi, że ten artykuł jest chaotyczny, to powiem tak: „Człowieku, masz świętą rację”.

I zuchwale mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone.

 

Alicja Minicka

http://mysli-o-ludziach.blog.onet.pl