Mecenaśne pismo dezinformuje Temidę

Prawda to subtelne zjawisko...

 

5e1d7b10df7db585e7ce901f9189172b.jpg

Dziennikarz portalu www.aferyprawa.com dotarł w czerwcu 2010 do kopii pisma młodego i ambitnego mecenasa, który w lutym 2010 wystosował je do sądu z informacją, że w ocenie jego klientki „trwające od miesiąca września 2009 r. postępowanie mediacyjne jest bezcelowe, gdyż brak jest rzeczywistej woli po drugiej stronie (u oskarżonego), wnoszę zatem o jego zakończenie”.

Oczywiście, każdy może to samo wydarzenie oceniać po swojemu, natomiast czy godzi się sugerować swoje stanowisko sądowi jako jedyne prawdziwe i to w sytuacji, kiedy prawda jest inna?

Trudno stwierdzić, czy sąd jest zainteresowany oceną jednej ze stron i to całkowicie subiektywną, bowiem cóż oznacza fraza „brak jest rzeczywistej woli po stronie oskarżonego”?

Po pierwsze – jakiej to brak jest woli i do czego? Z punktu widzenia logiki i języka polskiego, to właściwie nie wiadomo o jaką wolę chodzi – pismo powinno być zwrócone adwokatowi, bowiem sąd nie powinien się domyślać - chodzi o dobrą/złą wolę? Zapewne mecenas miał na myśli „brak woli (do) porozumienia”.

A w jaki sposób mecenas i jego klientka oceniają „rzeczywistą wolę”? Jeśli po ich myśli, to jest dobra wola (rzeczywista), ale jeśli wbrew ich przewidywaniom lub życzeniom, to jest zła wola (urojona)?

Jeśli Kali chce z nami się dogadać i zgadza na nasze warunki, to Kali być dobry i „mieć rzeczywistą wolę”, jeśli jednak Kali warunki ugody uznaje za kuriozalne i nie do przyjęcia, to Kali „nie mieć rzeczywistej woli”. Taka mecenaśna teoria względności, znana nam zresztą z  powieści o afrykańskich przygodach.

Ośrodkowi mediacyjnemu został przedstawiony pogląd oskarżonego – jeśli programistka wyjaśni powody, dla których sfałszowała podpis oraz jeśli przeprosi za pomówienia, że posiada on parę kont, z których ją rzekomo obrażał, to można będzie zrezygnować z kontynuowania procesu sądowego.

Niestety, po konsultacjach z nieustępliwą panią naukowiec (inicjującą procesy sądowe), ośrodek przekazał oskarżonemu jej stanowisko, że mediacje nie będą kontynuowane. Pani jest konsekwentna w swoich urojeniach - jest przekonana, że dwie różne osoby stanowią jedność (zwykle ludziska miewają odwrotne omamy - rozdwojenie jaźni), zatem nie po to chodzi po sądach z pozwami (domagając się przeprosin), aby teraz własnoustnie przepraszać. Jej przyjaciele uważają ją za bardzo sympatyczną i godną osobę i ciężko im przyjąć do wiadomości, że na początku 2009 dała się ponieść emocjom (pomówienia i fałszerstwo). Znacznie łatwiej im uznać, że to oskarżony z paru kont ją obrażał. Jest jednak poważna różnica - oni sądzą, że mają rację, natomiast oskarżony wie, że jej nie mają, ponieważ to on zna prawdę. Jest to przy okazji ciekawe zjawisko socjologiczne - pani robiąca starania o profesurę na uczelni, wdaje się w przaśne dowcipkowanie, uczestniczy w awanturach z paroma osobami, a kiedy konfabuluje, że jedna z nich ma kilka kont i twarzy, to grozi (po ujawnieniu dowcipów) swoim mecenasem, policją i sądami, do których w końcu trafia i wznieca procesy.

I na tym sprawę mediacji zakończono. Każdy może sobie po swojemu wyjaśniać, że to przeciwna strona zerwała mediacje, jednak z powyższego opisu wynika, że klientka mecenasa była to uczyniła, zatem informowanie sądu, że „postępowanie mediacyjne jest bezcelowe, gdyż brak jest rzeczywistej woli po drugiej stronie (u oskarżonego)” jest po prostu nieuczciwe – nie odpowiada obiektywnej prawdzie i nie licuje z zasadami związanymi z zawodem uprawianym przez mecenasa. Nie napisano wszak, że oskarżony przedstawił swoje propozycje wygaszenia konfliktu, które nie tylko nie zyskały aprobaty klientki, ale spowodowały natychmiastowe zerwanie mediacji - i taka byłaby prawda. Podobno negocjacje zerwano z powodu zamieszczania artykułów, w których oskarżony przedstawiał swoją prawdziwą wersję (dlaczego z powodu opisywania prawdy zostają zrywane mediacje?). Wystarczyło przeprosić i nie byłoby tych wieloletnich procesów, w których obiektywny sąd przecież w końcu uzna winę przewrażliwionej pani.

Po kilku miesiącach wpłynęła informacja, że za owe mediacje (a raczej za "mediacje") polscy podatnicy zapłacili 140 zł. Pewnie niewiele, zważywszy inne, poważniejsze koszty ponoszone przez Państwo.