Marna i niepewna egzystencja Boga

Odnoszę dziwne wrażenie, iż teiści traktują spór o istnienie boga jak walkę o własny honor. Oczywiście ogranicza się to do wybierania tylko tych argumentów, lub takiego ich interpretowania aby koniecznie obalić wszystkie inne sposoby myślenia. Nie przeczę iż nie dotyczy to również i antyteistów.

Pierwszym moim zarzutem jest ciągłe obstawanie przy argumencie, iż bóg jest niewidzialny, jego królestwo jest nie z tej ziemi i byle ateistycznemu kmiotowi nigdy nie będzie dane obcować z boskim jestestwem. Z drugiej strony mamy niewidzialny czajniczek krążący po jakiejś nieznanej nam kosmicznej orbicie. Problem postawiony tak samo jak ten religijny – skoro nie ma boga/czajniczka to udowodnijcie że tak jest. Niestety aby zabezpieczyć własne zdanie i poglądy niektórzy muszą stosować nierozwiązywalne paradoksy.

Następnym moim ulubionym argumentem jest „ to niemożliwe aby ten cały świat powstał tak sam z siebie, musi mieć jakąś boską przyczynę”. Jeśli nie potrafimy czegoś pojąć swoim umysłem oznacza to, iż musiał to stworzyć bóg, a ktoś inny musi w imię tego boga naciągać państwo na niemałą kasę. A gdyby kosmos potraktować całościowo, i założyć że powstanie naszego słońca, planety i życia na nim nie jest niczym szczególnym? Nikt nie miał interesu w tym aby stworzyć kilka miliardów wnerwiających wiecznie chcących czegoś, małych nic niewartych niewdzięczników. Dobrze wiemy że niektóre atomy wiążą się ze sobą, powstają związki chemiczne, jeśli tylko odpowiednia ilość materii na to pozwoli. Związki chemiczne reagują ze sobą o ile się spotkają, kilka miliardów lat to bardzo dużo aby im to umożliwić. Jeżeli z czasem struktury chemiczne stają się coraz bardziej złożone to dlaczego miałoby z nich nie powstać po jakimś czasie życie? Występuje ruch, oddziaływania, wariabilność różnych połączeń, możemy być efektem ubocznym działania praw fizyki ...

Ale ktoś zapyta zaraz „a skąd fizyka? Musiał ją bóg stworzyć !!!” odpowiadam że fizyka jest czymś wtórnym wobec zachowania się natury kosmosu. To my ludzie ją stworzyliśmy na swoje potrzeby. Opisaliśmy spadanie przedmiotów na ziemię jako grawitację, z obserwacji przemieszczających się przedmiotów i ciał niebieskich wykreowaliśmy sztucznie ruch, czas, odległość jako twory językowo-logiczne. Ze zbioru związków chemicznych, które są w stanie w jakiś jeszcze nam nieznany sposób decydować o swoim jestestwie zrobiliśmy życie i przypisaliśmy jego stworzenie bogu. Nie potrafimy już popatrzeć na świat jak na zbiór walających się wszędzie atomów i związków chemicznych nieustannie oddziałujących na siebie zmuszając tym samym do różnych reakcji. A skąd mamy pewność że życie nie mogło by wyglądać inaczej, składać się z pierwiastków, które jeszcze nie dotarły w te strony kosmosu? Przy czym pierwiastki mają pewną reaktywność i dążność do reakcji. Argument z włożeniem do bębna gigantycznej pralki 6 milionów części i czekaniu aż przez kilkanaście miliardów lat złoży się boeing 747 jest naiwne. Stalowe części nie będą reagowały ze .. stalowymi częściami bo są takie same, nie ma tu żadnego dążenia do czegokolwiek. Ale gdyby dodać tam jeszcze cząstki wodoru, tlenu - skąd mamy pewność że nie stworzylibyśmy tzw. życia?

Kolejnym argumentem kreacjonistów jest „jeśli w domu jest prąd to elektryk nie jest potrzebny do niczego” Elektryk zazwyczaj ma zarejestrowaną działalność gospodarczą i nie ukrywa się przed klientami (chyba że jest partaczem) aby Ci wielbili go za jego boskość. A tak serio jest to tylko i wyłącznie wybieg erystyczny polegający na rozszerzeniu dziedziny (kreacja) i zanegowanie tezy przeciwnika na gruncie zupełnie innej choć teoretycznie wspólnej tematyki. Artur Schopenhauer opisywał szereg takich wybiegów w swojej „Sztuce Erystyki”. Zapewnia, iż kreacjonista, który wymyślił ów argument nadal nie potrafi naukowo uzasadnić i udowodnić istnienia boga.

„Niestety” historycy ciągle odszyfrowują i doszukują się coraz skuteczniej prawdy, że jedyne źródła wiedzy o religii „biblia, koran etc ..” są pismami służącymi tylko i wyłącznie do skutecznego sprawowania władzy nad danymi krajami w czasach antycznych średniowiecznych oraz niestety współczesnych.

Jeżeli obalimy biblię i będziemy traktować ją tylko i wyłącznie jako ciekawą bajkę to co zostanie chrześcijańskim teistą? Chyba tylko zakład psychiatryczny - a jak wiemy już od dawna spacerek po schronisku dla obłąkanych pokazuje, iż sama wiara niczego nie dowodzi. W tym miejscu polecam książkę M. Baigenta „Archiwum Jezusa” - pokazuje (choć w popularnonaukowy sposób) jak bardzo nasze wyobrażenie o religii jest zniekształcone przez kłamstwa hierarchów. Myślę że nawet jeżeli istnieje jakiś absolut to na pewno nie jest chrześcijańskim bogiem - historia temu przeczy. Nie jest też żadnym innym bogiem wielbionym i słono opłacanym przez ludzi. Może być tworem nierzeczywistym wykreowanym przez nas na nazwanie pewnych zjawisk (np. przyczyna istnienia życia). Może być jakimś współczynnikiem regulującym szybkość przemiany wodoru w kosmosie w inne pierwiastki tak aby móc wykreować wyższe formy chemiczne. Może jest po prostu sumą wszystkich atomów istniejących w kosmosie, ale czy te atomy koniecznie muszą być bogiem? Wydaje mi się że kategoria istnienie / nie istnienie boga jest także sztucznie wykreowaną abstrakcją na potrzeby naszej dopiero konstytuującej się w rozumieniu ewolucji, inteligencji. Poczekajmy ze stawianiem zdań kategorycznych do czas kiedy będziemy mieli stuprocentową pewność.