Lustro

Bo tylko on może pomóc mu poskładać połamane skrzydła.

 

Kiedy urodził mu się syn, zwariował ze szczęścia. Nie mówił tego nikomu, ale czekał na niego.

Długo.

Ten dzień był dla niego świętem, radością, nadzieją... Był, w jakimś sensie, spełnieniem obietnicy...

Pamięta pierwsze wypowiedziane przez niego słowo, pamięta jak śmiał się przez sen, pamięta dzień, w którym samodzielnie przeszedł przez pokój.

Był z nim zawsze. W przedszkolu, w szkole. Uczył go żyć. Uczył go piękna tego świata. Uczył go dobra. Uczył go pokonywania trudności.
Uczył go żyć. Żyć pięknie mimo i na przekór złu.

Pomimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Bo wiedział, że piękne życie nie jest, bo być nie może, życiem łatwym. Nigdy nie lubił łatwizny. W jego oczach była zawsze związana z bylejakością, z czymś niewartym funta kłaków.

Przez lata wpajał synowi, że najgorszym z wszystkich świństw jest zdrada. Zdrada samego siebie i zdrada innego człowieka.

Działo się tak, być może, dlatego, że sam został zdradzony. Niejednokrotnie. Wiedział jak to boli. Jak to strasznie boli. Wiedział też jak smakuje zdrada osoby najbliższej. Najbliższego przyjaciela. Wiedział jak to jest gdy zdradza matka. I wiedział, jak to jest, gdy zdradza żona.

Wiedział czym jest odwaga. I ile ona, czasami, kosztuje. Ile kosztuje powiedzenie “nie”, gdy wielu wokół mówi “tak”. Ale wiedział też, że zawsze, w ostatecznym rachunku, to odwaga “się opłaca”. Tchórzostwo zaś, zawsze, w ostatecznym rachunku, “się nie opłaca”. I kosztuje zawsze, wbrew pozorom, więcej, niż odwaga. Jest droższe, kosztowniejsze, zawsze coś lub kogoś dewaluuje. Znieprawia. Karli.

I jego syn też już to wiedział.

Kiedy kupił mu pierwszą maszynkę do golenia i razem stali przed lustrem w łazience, powiedział:

-To, co widzisz w lustrze, twoja twarz, jest najcenniejszą wartością w życiu mężczyzny. Nie szmal, nie fura i nie komóra. Jeśli to zapamiętasz i jeśli to zrozumiesz, to zrozumiesz bardzo, bardzo wiele. Wystarczająco wiele by umieć żyć.

- Rozumiem tato-odpowiedział. Bardzo dobrze rozumiem. I bardzo ci dziękuję.

I tej, krótkiej wymiany zdań nigdy już nie zapomni. Wiedział, że “dzieło jest skończone”. Był dumny z syna.

Był szczęśliwy. Był.

Kilkanaście dni później odebrał telefon. Dzwonili ze szpitala. Znaleźli syna nieprzytomnego. W plecaku miał dwie półtoralitrowe butelki wódki. W jednej z nich było może sto gramów. W jego krwi wykryto 3.5 promila alkoholu. I wiele substancji psychoaktywnych.

Pokój syna wyglada jak chlew. Na podłodze, wgniecione w wykładzinę, pety. Śmierdzi klejami. Z łazienki znikają kosmetyki. Ma wiecznie podkrążone oczy. Zasypia na lekcjach. Nic nie je.

A kiedy domownicy wreszcie zasną, ucieka przez okno i wraca, tą samą drogą, nad ranem.

Tysiące pytań pozostaje bez odpowiedzi i kłębi się w głowie ojca

Nie chce mu się z nikim rozmawiać. Nie odbiera telefonów.

Ma dość.

Wie, że przegrał.

Nie.

Jeszcze nie. Musi się tylko pozbierać. Musi znaleźć siłę.

Jak zawsze. Jak od lat.

Musi się tylko otrząsnąć. I podjąć walkę.

Być może wbrew i na przekór wielu. Być może...

I znajdzie ją.

Bo tylko on może pomóc mu poskładać połamane skrzydła.

By znowu razem stanęli przed lustrem.