Ludzie sumienia

„Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy” — pisał Adam Mickiewicz w „Odzie do młodości”. Dziś mogłoby to równie dobrze oznaczać: bez sumienia, bez wierności trwałym wartościom.

 

Jak nas niedawno oświecił jeden z obecnych ministrów, podobno nasze państwo istnieje tylko w teorii. To rzeczywiście problem. Ale dostrzegam większy problem — gdyby się miało okazać, że w naszym narodzie większość stanowią jednostki bez sumienia i przywiązania do trwałych wartości, to znaczyłoby to, że jako naród też, być może, jesteśmy nim już tylko w teorii.

W mojej młodości często miałem do czynienia z „ludźmi sumienia”. Sumienie nie pozwalało im milczeć i nic nie robić, gdy działo się zło. To oni wywalczyli dla nas obecną — niestety tak nadużywaną — wolność słowa. Ale ludzie sumienia byli wtedy obecni nie tylko w szeroko pojętej polityce, w walce z opresyjnym systemem. Spotykałem ich także na innym polu — religijnym.

Wielokrotnie jako młody prawnik byłem proszony przez młodych mężczyzn o pomoc w formułowaniu podań o skierowanie do zastępczej służby wojskowej. Był to czas, kiedy służba w wojsku była obowiązkowa. W latach 80. władza otworzyła jednak furtkę dla tych, którzy z powodu wyznawanych zasad moralnych lub wierzeń religijnych nie chcieli służyć w wojsku z bronią w ręku (i nie chodzi mi tu wcale o świadków Jehowy, bo ci nawet ze służbą zastępczą nie chcieli mieć nic do czynienia).

Wybór tej opcji wcale nie był taki łatwy. Służba zastępcza, zwykle w szpitalach czy różnych jednostkach użyteczności publicznej, była dwa razy dłuższa niż zasadnicza służba wojskowa. Traciło się dwa lata życia, a nie rok, ale dla ludzi sumienia gotowość do poświęceń to rzecz normalna. Poza tym podanie należało uzasadnić, a na komisji poborowej jeszcze swoje stanowisko obronić w ogniu agresywnych pytań ze strony członków komisji. Zwykle takich chrześcijańskich pacyfistów wyśmiewano, próbowano stawiać wobec pytań, czy mając broń, pozwoliliby na zrobienie krzywdy swoim bliskim. Próbowano łapać za słowa, schwytać w pułapkę najmniejszej niekonsekwencji.

Większość z tych chłopców w swojej młodzieńczej naiwności pisała proste uzasadnienia, bo wydawało im się, że to wystarczy. Nie wystarczało. Zwykle dostawali odmowę. Dopiero wtedy szukali pomocy kogoś bardziej wprawionego w pisaniu. A ja w każde takie odwołanie wplatałem m.in. fragment z uzasadnienia wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego, że „zwolnienie z obowiązku służby wojskowej i skierowanie do służby zastępczej mogą uzasadniać tylko przekonania głęboko utrwalone (...), zaprzeczenie którym oznaczałoby konflikt sumienia, negatywnie ciążący na rozwoju jednostki”. Ilekroć to napisałem, oczywiście z obszernym uzasadnieniem, tylekroć młody człowiek dostawał skierowanie do służby zastępczej.

Jak widać, nawet władze komunistyczne — późno, bo późno — ale zaczęły liczyć się z sumieniami swoich obywateli.

Kiedy piszę o sumieniu i wojsku, przypomina mi się jeszcze jedna autentyczna historia — amerykańskiego żołnierza z czasów drugiej wojny światowej Desmonda T. Dossa, który nigdy nie dotknął karabinu, a mimo to został uhonorowany najwyższym amerykańskim odznaczeniem wojskowym — Medalem Honoru. Prawo i patriotyczne poczucie obowiązku nakazało mu pójść do wojska. Jego kraj został zaatakowany. Jednak Doss był również pobożnym chrześcijaninem. Jego przekonania religijne nie pozwalały mu nosić broni, a co dopiero zabijać. Był za to wyśmiewany i prześladowany. Za co więc dostał medal? Oddajmy głos dekorującemu go prezydentowi Trumanowi: „Szeregowy Desmond T. Doss był sanitariuszem kompani 307 pułku piechoty w czasie, gdy 1. batalion tego pułku szturmował niedostępne 130-metrowe urwisko (...) na wyspie Okinawa (...) 25 kwietnia 1945 roku. Gdy nasze oddziały osiągnęły szczyt urwiska, napotkały zmasowany opór (...) siedemdziesięciu pięciu ludzi zostało rannych. (...) Szeregowy Doss, zamiast ratować się ucieczką, pozostał na silnie ostrzeliwanym szczycie wraz z wieloma rannymi, wynosząc ich z pola bitwy”. Dalej prezydent mówił, jak Doss podczas kolejnych walk ratował rannych spod samych japońskich bunkrów, wielokrotnie pokonując dziesiątki i setki metrów pod ostrzałem z broni maszynowej i granatów. Jak niósł im pomoc, aż sam został ranny w nogę od eksplozji granatu. Jak sam się opatrzył i ustąpił miejsca do ewakuacji z pola bitwy ciężko rannemu koledze. Jak kolejny raz został ranny w rękę i wyczołgiwał się z pola bitwy ze złamaną ręką i ranną nogą. Zdaniem prezydenta Trumana Doss dowiódł „bezprzykładnego męstwa i niezłomnej woli w obliczu skrajnie niebezpiecznych warunków”, stając się „symbolem waleczności i poświęcenia sięgającego daleko poza granice obowiązku”[1].

Doss był człowiekiem sumienia. Zmarł kilka lat temu. Napisano o nim książki. Nakręcono filmy. Ma nawet w Stanach prawdziwy pomnik. O takich ludziach chce się pamiętać.

Andrzej Siciński

 

[1] Cytaty pochodzą z książki Bootona Herndona pt. Nietypowy bohater, ChIW „Znaki Czasu”, Warszawa 1991.

[Artykuł ukazał się w miesięczniku „Znaki Czasu” 7-8/2014. Na potrzebu publikacji na Eioba.pl skrócono lid].