Leni i Marlena - manowce konformizmu

Łączy je bardzo wiele i jeszcze więcej dzieli. Obie urodziły się na początku XX wieku w Berlinie. Obie były piękne i nieprzeciętnie utalentowane.

 

Bohaterkami mojego artykułu są dwie bardzo sławne  i wybitne postacie z ubiegłego stulecia.

Leni - Berta Helene Amalie Riefenstahl i Marlena (Marie Magdalena) Dietrich.

Łączy je bardzo wiele i jeszcze więcej dzieli.

Obie urodziły się na początku XX wieku w Berlinie. Obie były piękne i nieprzeciętnie utalentowane.

Leni musiała, po kontuzji, porzucić obiecującą karierę tancerki. Zainteresowała się filmem fabularnym. Jej nowatorskie sposoby filmowania do dzisiaj budzą uznanie. Przełomowy dla jej kariery okazał się rok 1932. Wtedy na wiecu usłyszała przemówienie Adolfa Hitlera. Była zafascynowana i samym Hitlerem i nazizmem.

Hitler doceniał znaczącą rolę propagandy. Wraz z Goebbelsem dostrzegał możliwości, jakie wiązały się z genialną Leni. Nakręciła „Triumph des Willens” (Triumf woli”), uważany do dzisiaj za jeden z najlepszych filmów propagandowych w historii.

Jej dziełem jest też słynna „Olympia” – kronika berlińskiej Olimpiady. Reżyserka zastosowała w niej szereg nowatorskich technik, takich, jak kontrastowe oświetlenie i asynchroniczny montaż.

Fascynację nazizmem Leni dzieliła z większością niemieckiego społeczeństwa w latach trzydziestych. Dzięki militaryzacji, Adolf Hitler wyprowadził Niemcy z głębokiego kryzysu gospodarczego. Charyzmatyczny przywódca, genialny orator – tak był postrzegany przez swoich rodaków. Tę fascynację można, do pewnego stopnia, zrozumieć.

Leni miała jednak możliwość zobaczyć prawdziwe, a nie, objawiane w płomiennych przemówieniach, oblicze niemieckiego nacjonalizmu. We wrześniu 1939 roku filmowała paradę zwycięstwa w Warszawie. Ale widziała też egzekucję 30 cywili w miejscowości Końskie.

Praca na rzecz hitlerowskiej propagandy zablokowała jej drogę kontynuowania po wojnie filmowej kariery. Wszelkie działania w tym kierunku spotykały się z protestami i krytyką. Nazistowskich sympatii nigdy jej nie wybaczono.

Swoje zainteresowania skierowała, więc, ku innej pasji – fotografii.

Albumy fotograficzne, poświęcone sudańskim plemionom, do dzisiaj budzą zachwyt dzięki nowatorskiemu sposobowi fotografowania ludzkiego ciała.

Po zdobyciu uprawnień płetwonurka, w wieku 70 lat (!), rozpoczęła przygodę z fotografią podmorską. W swoje setne urodziny zaprezentowała film „Impressionen unter Wassert” o życiu w oceanach.

Na początku lat trzydziestych, gdy Leni poznała Adolfa Hitlera i, gdy rozpoczęła się jej niezwykła kariera, potęga nazistowskich Niemiec zdawała się być niczym niezagrożona. Perspektywy, jakie roztaczały się przed genialną reżyserką, wydały się jej oszałamiające. Do tego stopnia, że, nawet widok rozstrzeliwanych ludzi, nie zdołał jej zniechęcić.

Leni nie była jedyną. Wielu ludzi nie dostrzegało lub udawało, że nie dostrzega, swojego relatywizmu.

Można by szukać dla niego usprawiedliwienia. Strach przed konsekwencjami przeciwstawienia się, w warunkach totalitaryzmu, na pewno towarzyszył wielu rodakom Hitlera. Czym innym jest, bowiem, teoretyzowanie na temat wartości i zasad, a czym innym, skonfrontowanie ich z koniecznością dokonania trudnego wyboru.

Niemiecka aktorka i piosenkarka Marlena Dietrich należała do tych, którzy to potrafili, dzięki odwadze i bezkompromisowości. Sławną gwiazdą kina interesował się sam Goebbels. Marlena nigdy nie przyjęła żadnej z licznych propozycji współpracy. Oficjalnie i głośno potępiła nazizm. Za wkład  i poświęcenie w walce z nim otrzymała od francuskiego rządu Komandorię Legii Honorowej.

Nasza skłonność do konformizmu nie zawsze jest najlepszym drogowskazem.

Czytałam kiedyś opowiadanie SF, którego bohaterowie mieli możliwość odbycia podróży w czasie.

Ich celem była Golgota w momencie ukrzyżowania Chrystusa. Przewodnik ostrzegł przed próbami ingerencji i nakazał, aby starali się nie wyróżniać. W czasie drogi powrotnej zorientowali się, że tego strasznego czynu dokonali tylko i wyłącznie uczestnicy wycieczki. Tak bardzo starali się nie wyróżniać. Byli zaskoczeni i przerażeni okrucieństwem, do jakiego doprowadziły ich te starania.

Do dzisiaj pamiętam wrażenie po lekturze tego opowiadania. Atrakcyjny świat przyszłości stanowił jedynie pretekst do ukazania prawdy o ludzkiej naturze. Ten nurt reprezentował też niezapomniany Stanisław Lem.

To bardzo trudne widzieć pewne sprawy takimi, jakimi one są. Jeszcze trudniej jest głośno o tym mówić. Zwłaszcza, gdy trzeba iść „pod prąd”. 

 Nieraz, rozmawiając teoretycznie o jakiejś sytuacji, deklarujemy: „Ja postąpiłbym tak”. Zazwyczaj mówimy w, tak zwanej, dobrej wierze. Życie bezlitośnie weryfikuje nasze przekonania o nas samych.

Podziwiam Marlenę Dietrich, ale daleka jestem od jednoznacznego potępienia Leni.

Obu im przyszło żyć w czasach, gdy dokonanie wyboru bywało sprawą życia i śmierci. Powiedzmy sobie uczciwie, bywają wybory, które nas przerastają. Nawet, jeżeli nie musimy stawiać na szali swojego życia, a jedynie wykazać się odwagą cywilną.

Bardzo zirytował mnie kiedyś pewien amerykański polityk, oznajmiający dumnie, że nie ma mowy o pertraktacjach z terrorystami. Ładnie brzmi. Tylko … on to mówił, siedząc bezpiecznie w fotelu za biurkiem. Czy powtórzyłby te butne słowa, klęcząc na betonie, z lufą przyciśniętą do głowy?

Dlatego chyba nie warto deklarować zbyt wiele na temat hipotetycznych sytuacji. Bo może się okazać, że jesteśmy, jak bohater wiersza Marii Konopnickiej - Stefek Burczymucha.

Ale, to tak na marginesie rozważań o Leni Riefenstahl i Marlenie Dietrich.

 

Alicja Minicka

http://mysli-o-ludziach.blog.onet.pl