Lekarze – analfabeci

... żeby miał zniżyć się do wypisywania jakiegoś świstka... niedoczekanie, on jest za bardzo wykształcony na takie pierdoły, którymi powinien zająć się „głupszy” personel.

 

 

55438014567792c50da02ae6ba1f75f1.jpgNaczelna Rada Lekarska apeluje do medyków o wypisywanie pełnopłatnych recept od 1. lipca. Już dawno pisałem o tym, że jakieś ich tłumaczenia (jeszcze z przełomu roku), że niby nie wiedzą kto jest ubezpieczony, a kto nie, to jedna wielka ściema. A dowodem na to jest żądanie abolicji za błędne recepty.

Lekarze zachowują się jak kompletni analfabeci, chociaż tak naprawdę chodzi o nieróbstwo i pokazanie „kto tu rządzi”. Oto lekarz jawi się jako człowiek nie od pisania, tylko od leczenia, czyli... mówienia. Lekarz mówi co pacjentowi jest (w niekoniecznie częstym przypadku, kiedy rozpozna chorobę), ale żeby miał zniżyć się do wypisywania jakiegoś świstka... niedoczekanie, on jest za bardzo wykształcony na takie pierdoły, którymi powinien zająć się „głupszy” personel.

Lekarze, tak bardzo nienawidzący PRL-u, w którym „byli uciskani i klepali biedę”, najwyraźniej tęsknią za niektórymi rozwiązaniami z tamtego okresu. Wtedy, praktycznie każdy lekarz rejonowy, tak samo jak specjalista, miał przy sobie pielęgniarko-sekretarkę i jego praca polegała na słuchaniu i... mówieniu właśnie. Czyli dyktowaniu pielęgniarko-sekretarce nazw leków, które ta, wpisywała na receptę. I tyle, nie dziwi zatem, że lekarze nie mieli najmniejszego pojęcia o reszcie zawartości recepty i sposobie jej wypełniania. Dziś z dobrodziejstwa pielęgniarko-sekretarki korzysta cześć lekarzy specjalistów, lekarze pierwszego kontaktu, tego „słusznego”, żeby nie powiedzieć „oczywistego” ich zdaniem przywileju, zostali pozbawieni. Czyż to nie potwarz? Czy to nie zhańbienie wybranej profesji spośród wszystkich innych profesji na tym ziemskim padole? Wybranego niczym jeden i tylko jeden naród, spośród wszystkich innych narodów? Nie ma przecież na ziemi człowieka, bardziej wykształconego, mądrego i w dodatku ciągle się kształcącego niż lekarz. Lekarz człowiekiem jest wyjątkowym i tak też powinien być traktowany.

Niektórzy czytelnicy mogą oskarżyć mnie o zbytnią ostrość w ocenie, przesadę i uogólnienie. I rzeczywiście, mój tekst do wszystkich lekarzy skierowany nie jest. Miałem dobre doświadczenia z niektórymi lekarzami specjalistami. Więcej jednak i to w ostatnim czasie, miałem do czyniania z bufonami, nierobami, kłamcami, chciwcami i zwykłymi durniami.

Oto dwa miesiące temu, lekarz specjalista, pewną osobę z mojej rodziny, na „kopa w dupę – spieprzaj dziadu ze szpitala”, wyposażył w receptę, na której nie wpisał... miejscowości, w której owa osoba mieszka, chociaż wisi to we wszystkich papierach jak wół – zresztą, to to samo miasto, w którym znajduje się szpital. Niech mi więc nie wciskają lekarze, że idzie o jakieś „nie wiem, czy jest ubezpieczony”. Inny przedstawiciel superzawodu, lekarz (pani) rodzinna, stawała na głowie (i dopięła swego), aby pacjenta nie odwiedzić w domu, choć to jej psi obowiązek wobec kogoś, kto od grubo ponad pięćdziesięciu lat płacił składki i zmarł cztery dni po jej odmowie wizyty. Jej diagnoza (na odległość) była prosta i genialna, wszak to przedstawicielka „wybranych”: „Ten pacjentowi albo nic nie jest, albo już powinien nie żyć, bo perpetum mobile nie istnieje!”, przy czym owa geniuszka nie umie mówić – przywykła do krzyku. Kilka miesięcy temu lekarz, który od wielu lat przepisuje mi receptę na ten sam lek (jestem na ten lek skazany do końca), pomylił jego nazwę, chociaż przepisywał z kartoteki. W obydwu przypadkach recept, nie obyło się bez moich nerwów i biegania tam i powrotem, ale to normalne – moje nogi to przecież zwyczajne nic, w porównaniu ze zhańbionymi piórem (bo ostatnio u lekarzy pióra wieczne modne są) rękami wszechwykształconego geniuszu.

Kwestią czasu jest tylko protest pielęgniarek, wypisujących recepty, bo one od robienia zastrzyków są, albo EKG. I nauczyciele nie powinni pozostać dłużni, wszak oni od uczenia są, a nie od wypisywania ocen, sprawdzania obecności, czy sprawdzania klasówek. Że o policjantach wypisujących mandaty nie wspomnę.

Wkrótce zapewne wejdzie w życie nowy kierunek edukacji, najlepiej studiów wyższych oczywiście: „sekretarka-wypisywaczka” (albo „sekretarz-wypisywacz” – dlaczego nie). Pracy będzie dla nich pod dostatkiem, a bezrobocie stanie się w naszym kraju kompletnie abstrakcyjnym słowem, dla niektórych kojarzonych z mglistą, minioną przeszłością.

A więc... zawodowcy do protestów, a bezrobotni i młodzi do nauki! Rzeczpospolita woła!