Kwity na prawie premiera

Co było, znów będzie, a właściwie jest. Nic nowego pod słońcem. Czyli o starych patentach na nowe afery i intrygi.

 

Chyba nie ma żadnej współczesnej afery, która nie byłaby już wcześniej opisana w Piśmie Świętym. Inne były tylko okoliczności i postaci – ludzka natura pozostaje ta sama.

 

Jednym z bohaterów Starego Testamentu jest prorok Daniel. Żyd, który jako młodzieniec został uprowadzony do Babilonu, po zdobyciu przez babilońskiego króla Nabuchodonozora Jerozolimy i upadku państwa judzkiego. Już za tego władcy Daniel zasłużył sobie na jego zaufanie i zaszczyty, gdyż dostrzeżono i doceniono jego nadzwyczajną mądrość i niezwykłe uzdolnienia. Sława i pozycja Daniela rozniosła się tak dalece, że nawet po kilkudziesięciu latach, gdy Babilon został pokonany przez Medo-Persję, nowy król – Dariusz Medyjczyk zamierzał starego już Daniela ustanowić kimś w rodzaju premiera swego imperium. Historia ta jest opisana w 6. rozdziale Księgi Daniela.

„I postanowił Dariusz powołać nad królestwem stu dwudziestu satrapów (…). Nad nimi ustanowił trzech ministrów, z których jednym był Daniel. I owi satrapowie mieli przed nimi zdawać sprawę, aby król nie był poszkodowany. Tenże Daniel wyróżniał się wśród satrapów i ministrów, gdyż był w nim nadzwyczajny duch, i król zamierzał ustanowić go nad całym królestwem”.

Możemy sobie tylko wyobrazić, jakie uczucia musiały targać zasłużonymi „towarzyszami” króla, wiernymi mu od lat urzędnikami i dowódcami, obecnymi przy nim we wszystkich toczonych przez niego wojnach. Król bowiem nie tylko postanowił ich nadzorować, ale też jednym z naczelnych nadzorców uczynił obcego z podbitego królestwa, a na dodatek Żyda – członka narodu żyjącego niegdyś na krańcach obecnego imperium medo-perskiego, w jakiej zapadłej dziurze, zapomnianej przez bogów i ludzi. To był dla nich podwójny policzek. Postanowili, że tego tak nie zostawią.

„Satrapowie zaś i ministrowie szukali w sprawach państwowych pozoru do skargi przeciwko Danielowi, lecz nie mogli znaleźć pozoru do skargi ani winy, gdyż był godny zaufania i nie stwierdzono u niego żadnego zaniedbania ani winy. Wtedy rzekli owi mężowie: Nie znajdziemy u tego Daniela żadnego pozoru do skargi, chyba że znajdziemy przeciwko niemu coś na punkcie jego religii”.

Dziś powiedzielibyśmy, że szukali kwitów na Daniela – czegokolwiek, niekoniecznie prawdziwego, byle tylko stwarzającego pozory prawdziwości, żeby móc postawić zarzut, oskarżyć, rzucić cień wątpliwości na osobę wysokiego urzędnika królewskiego. Zapewne szukano w jego przeszłości, nawet w babilońskich archiwach. Przyglądano się, jakie pełnił urzędy, jak je pełnił, czy były na niego skargi lub choćby, czy był o coś podejrzewany. Dotarto zapewne do ludzi, których sprawy załatwiał, by wydobyć od nich jakieś dowody na jego nielojalność, niekompetencję, nieuczciwość, przekupność. Być może nawet cofnięto się do jego rodziców, by w ich przeszłości znaleźć coś, co mogłoby rzucić cień na wiarygodność ich syna. Może nawet posunięto się do prowokacji, podstawiając Danielowi agentów z korupcyjnymi propozycjami. I co? I nic. Człowiek prawdziwie kryształowy.

Przeciwnikom Daniela zostało tylko jedno – wykorzystać jego powszechnie znaną religijność i wierność staremu żydowskiemu Bogu i na tym tle oskarżyć go o jakieś przestępstwo religijne. Gdyby działo się to dziś, powiedzielibyśmy, że przeciwnicy Daniela posłużyli się maksymą ukutą przez stalinowskiego prokuratora Andrieja Wyszyńskiego: „Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”. Tyle że oni nawet paragrafu na niego nie potrafili znaleźć. Dlatego postanowili taki paragraf stworzyć, a potem Daniela oskarżyć.

„Wówczas owi satrapowie i ministrowie wpadli do króla i tak odezwali się do niego: Żyj wiecznie, królu Dariuszu! Wszyscy ministrowie królestwa, namiestnicy, satrapowie, zwierzchnicy i doradcy doradzają, aby król wydał zarządzenie i nadał mu moc obowiązującą: Kto w ciągu trzydziestu dni o cokolwiek będzie się modlił do jakiegokolwiek boga albo człowieka oprócz ciebie, królu, będzie wrzucony do lwiej jamy. Teraz więc królu, wydaj to zarządzenie i każ sporządzić pismo, które według niewzruszonego prawa Medów i Persów nie może być cofnięte. Wobec tego król kazał sporządzić pismo z tym zarządzeniem”.

Mamy tu klasyczny przykład tego, że nie należy tworzyć prawa pośpiesznie, na kolanie. Czytamy, że satrapowie i ministrowie wręcz „wpadli do króla” z propozycją nowego prawa i król, zapewne niezwłocznie, „kazał sporządzić pismo z tym zarządzeniem”. Co nagle to po diable. Król miał się z czasem boleśnie dla swej dumy przekonać, że niepotrzebnie wydał to nowe prawo, bo przez to publicznie stracił twarz. Dopiero później zrozumiał, że pozwolił na manipulowanie sobą. A manipulowano, gdyż postarano się, by król odniósł wrażenie, że nowe prawo jest wspólnym pomysłem wszystkich możliwych urzędników królewskich, za zatem – że jest dobrym pomysłem. To dlatego, choć projekt nowego zarządzenia powstał jedynie wśród ministrów i satrapów, powiedziano królowi, że zgadają się z nim również wszyscy namiestnicy, zwierzchnicy i doradcy królewscy. Dziś również nierzadko w procesie tworzenia prawa dochodzi do pośpiechu i manipulacji, kiedy to projekty ustaw tworzą inni, niż ci, którzy się za projektodawców podają; gdy ukrywa się prawdziwe intencje tworzenia nowych przepisów.

Ministrowie i satrapowie króla „zapomnieli” w tym wszystkim wspomnieć, że wśród projektodawców nowego prawa nie było najważniejszego z wysokich urzędników – Daniela. Ale akurat ten szczegół ten mógł umknąć królowi słuchającemu właśnie w oszołomieniu propozycji wydania prawa czyniącego go w oczach poddanych… bogiem. Rybka właśnie połknęła haczyk.

Dla Daniela oczywiście jedynym prawdziwym Bogiem był Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba – Wszechmogący, Bóg Izraela. Tylko do niego się modlił i do nikogo innego nie zamierzał. Dlatego, „gdy Daniel się dowiedział, że sporządzono to pismo, udał się do swojego domu, a miał w swym górnym pokoju okna otwarte w stronę Jeruzalemu i trzy razy dziennie padał na kolana, modlił się i wysławiał swojego Boga, jak to zwykle dotąd czynił”.

Wrogowie tylko na to czekali. „Wtem wpadli owi mężowie i zastali Daniela modlącego się i błagającego swojego Boga”. Potem oczywiście niezwłocznie stanęli przed królem, by oskarżyć Daniela o złamanie nowego prawa i żądać dla niego kary śmierci.

Ponieważ król bardzo szanował i cenił Daniela – a w momencie wydawania nowego zarządzenia nawet nie przyszło mu do głowy, że pierwszym, który może być jego ofiarą będzie jego najbardziej zaufany urzędnik – informacja, że to właśnie Daniel złamał niewzruszalne prawo Medów i Persów i dlatego będzie musiał ponieść tego najsurowsze konsekwencje, bardzo go zasmuciła. Biblia sprawozdaje, że król nawet zastanawiał się nad tym, jakby Daniela ratować i uwolnić. Wrogowie Daniela skwapliwie jednak przypomnieli królowi, „że żadne zarządzenie lub nakaz, wydany przez króla, nie mogą być zmienione”.

Daniela wtrącono więc do lwiej jamy. Na miejsce stracenia towarzyszył mu jednak sam król – w tym momencie niewolnik swych własnych pośpiesznych i przez to głupich decyzji oraz niezmiennego, gdyż tylko z założenia bezbłędnego prawa. Towarzyszył Danielowi, by mimo wszystko móc go wesprzeć słowami: „Twój Bóg, któremu nieustannie służysz, niech cię wyratuje!”. Król nie ograniczył się tylko do słów, ale też całą najbliższą noc nie spał i pościł, modląc się o boski ratunek dla Daniela. Gdy nadszedł ranek, król niezwłocznie pobiegł do lwiej jamy, by się przekonać, czy Daniel jeszcze żyje.

Daniel żył. Na wołanie króla odezwał się z jamy: „Mój Bóg posłał swojego anioła, by zamknął paszcze lwów, tak że mi nie zaszkodziły, gdyż przed nim jestem niewinny, nadto względem ciebie, królu, nic złego nie popełniłem”.

I król zrozumiał, że Daniel był naprawdę niewinny. Winne było złe prawo, które król sam ustanowił. Winni byli, ci, którzy podstępem króla do tego skłonili. A chcieli zmiany prawa i usunięcia Daniela, by móc bezkarnie okradać króla i królestwo z jego bogactw. Gdy król zrozumiał ten ciąg wydarzeń rozkazał wtrącić do lwiej jamy oskarżycieli Daniela. I tym razem lwy nie czekały ani chwili, by się nimi zająć.

Król zrozumiał nie tylko to, że został zmanipulowany, ale także to, że nie jest żadnym bogiem. Historia kończy się nowym dekretem króla nakazującym kult Boga, w którego wierzył Daniel. „On jest Bogiem żywym i trwa na wieki, a jego królestwo jest niezniszczalne i władza jego jest nieskończona. On wybawia i wyzwala, i czyni znaki i cuda na niebie i na ziemi, On, który wyratował Daniela z mocy lwów”.

W starotestamentowej Księdze Koheleta, napisano: „To, co było, znów będzie (…) nie ma nic nowego pod słońcem” (Koh 1,9). Natomiast Nowy Testament uczy, że wszystko, co przydarzyło się Izraelitom, zostało zapisane dla nas jako przestroga (zob. 1 Kor 10,11), żebyśmy nie musieli powielać cudzych błędów i ponosić ich konsekwencji.

Przed czym więc przestrzega nas dziś historia Daniela? Przed pośpiesznym tworzeniem prawa, manipulacją, ukrywaniem prawdziwych intencji – ale o tym była już mowa. To przestroga również przed traktowaniem własnego zdania za bezbłędne, a w konsekwencji ustanawianych przez siebie praw za niewzruszalne. Nieomylność to Boży atrybut a nie ludzki. Pretensje do nieomylności w ustach człowieka są bluźnierstwem. Nikt nigdy z człowieka nie powinien czynić boga, ani go za takiego uważać czy przypisywać mu boskich atrybutów czy tytułów. Każdy też, kto dziś prowokacjami chce doprowadzić do upadku niewinnych, kto nie czuje moralnych oporów przed szukaniem na ludzi haków czy kwitów lub tworzeniem przepisów tylko po to, by usuwać niewygodnych sobie ludzi, niech pamięta, że sam prędzej czy później padnie ofiarą swych podłych czynów; jak nie na tym świecie to w przyszłym. Wszystkich innych, obserwatorów zdarzeń dawnych i obecnych, historia Daniela powinna nauczyć ostrożności w ocenie wydarzeń i ludzi. Nie wszystko bowiem jest takie, na jakie wygląda.

Andrzej Siciński