Kula jasnowidzenia cześć 1: Prawo i Sprawiedliwość .

Ważne wydarzenie polityczne, jakim są wybory parlamentarne, nie tylko prowokuje do analiz tego, co i w jaki sposób uczynili politycy, jakie popełnili błędy, jaka jest przyczyna ich triumfu lub porażki, ale przede wszystkim skłania, by zadać pytanie: co wydarzy się w przyszłości? Jaka będzie ta przyszłość zarówno pod względem ideowym, jak i pod kątem kuchni politycznej, tej wiecznej walki buldogów pod dywanem?

Przewidywania przyszłości zacznijmy od zwycięzcy. Prawo i Sprawiedliwość zdeklasowało przeciwników, odniosło największe zwycięstwo w historii polskiego parlamentaryzmu, po raz drugi pod rząd zapewniło sobie samodzielne rządy w kraju i bezpieczną większość w Sejmie. Ale, tak jak pisałem tydzień temu, odniesione zwycięstwo nie przyniosło partii Jarosława Kaczyńskiego pełnej satysfakcji, gdyż spodziewano się triumfu o wiele bardziej okazałego. 235 mandatów w Sejmie to co prawda większość bezpieczna przy rozdrobnieniu opozycji i zakładając wewnętrzną dyscyplinę w samym klubie, ale nie pozwalająca choćby na postawienie poprzedników przed Trybunałem Stanu, na odrzucenie prezydenckiego weta, nie wspominając już o większości konstytucyjnej (tu byłoby trzeba aż 307 głosów!).

Warto przypomnieć, że formacja, która startowała pod szyldem PiS, jest w rzeczywistości koalicją trzech partii: PiS pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego, Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry oraz Porozumienia Jarosława Gowina. Te dwie ostatnie przynajmniej teoretycznie dysponują ponad trzydziestką posłów, więc niewątpliwie z ich zdaniem trzeba będzie się liczyć. Co zresztą wcale nie musi przynieść negatywnych skutków! Gowin spróbuje bowiem powstrzymywać pewne zbyt populistyczne projekty społeczno-gospodarcze, a z kolei Ziobro stanie się motorem napędowym aktywizacji tak potrzebnych w kraju reform, zwłaszcza reformy znajdującego się w opłakanej kondycji wymiaru sprawiedliwości.

Tak jak pisałem tydzień temu, utrata przez PiS władzy w Senacie może okazać się nieprzyjemna z wielu powodów. Nie tylko dlatego, że Senat będzie przeszkadzał w procedowaniu ustaw, mówiąc językiem potocznym: złośliwie sypał piach w tryby maszyny. Nie tylko dlatego, że trzeba będzie z Senatem uzgadniać wybór kandydatów na niektóre stanowiska w administracji państwowej. Przede wszystkim Senat stanie się ośrodkiem wrogiej rządowi propagandy oraz skazą na wizerunku Prawa i Sprawiedliwości jako na partii odnoszącej triumf za triumfem. Co prawda PiS wygrał wybory do Senatu, jeśli spojrzymy na liczbę zdobytych głosów wyborczych, uzyskał również największą liczbę mandatów, ale cóż z tego, skoro przełożyło się to na obecność 48 senatorów przy 51 senatorach opozycji? Najbliższe dni pokażą, czy partia Kaczyńskiego potrafi wyjść z tych kłopotów i czy przekona chociaż dwóch polityków reprezentujących inne barwy, by włączyli się do prac „dobrej zmiany”.

Warto zauważyć, że nawet gdyby trafili się opozycyjni senatorowie mający ochotę działać na rzecz Polski, a nie jej szkodzić, to mogą mieć obawy przed zmianą politycznych barw. Przecież Jerzy Fedorowicz z Platformy wyraźnie, w publicznym wystąpieniu, groził śmiercią zarówno politykom, którzy chcieliby przejść do PiS, jak i nawet ich rodzinom (tak w każdym razie jego wściekła tyrada została odebrana przez wielu obserwatorów). Co prawda Fedorowicz próbował potem wycofywać się ze swoich gróźb, ale zdanie: „Jeżeli ktoś ma odwagę taką, żeby zaryzykować swoje życie, swoich dzieci i wnuków, to proszę bardzo” przejdzie do historii hańby polskiego parlamentaryzmu i polskiej polityki. Wstyd, że człowiek posługujący się gangsterską retoryką jest w Polsce senatorem. No ale skoro senatorem mógł zostać aferzysta Stanisław Gawłowski, któremu grozi za 7 przestępstw do 15 lat więzienia (akt oskarżenia liczy ponad tysiąc stron!), to znaczy, że wszystko jest możliwe…

 

 

 

Ogólna sytuacja PiS na mapie politycznej nieco się skomplikowała w porównaniu z rokiem 2015. Cudaczny sojusz PSL i Kukiza okazał się rzeczywistym bytem na scenie i chociaż sam Kukiz zapewne szybko zostanie zmarginalizowany, to jednak PSL-owi znowu (ku goryczy wielu obserwatorów) udało się przetrwać. W efekcie i na wsiach, i w małych miastach stanowi nadal niezbyt potężną, jednak funkcjonującą alternatywę dla PiS.

Do Sejmu dostała się również Konfederacja – organizacja uważana przez wielką część wyborców PiS za wybitnie szkodliwą. Stanowi ona zlepek różnych partii i partyjek skupiających ludzi reprezentujących poglądy od wolnorynkowych libertarian aż po admiratorów skrajnych tradycji endeckich z czasów II Rzeczpospolitej. Trzeba niestety ze smutkiem zaznaczyć, że część elektoratu Konfederacji jest agresywnie niechętna wobec wyborców PiS, a określenia takie jak judeoPiS, rząd Polin czy wyzywanie zwolenników rządu od żydowskiej agentury wcale nie są wyjątkiem. Ba, zwolennicy Konfederacji zarzekają się, że zagłosują na każdego, choćby na Roberta Biedronia, aby tylko zaszkodzić PiS-owi. Z tej nieszczęśliwej sytuacji, w której w Sejmie znajduje się ktoś na prawo od niej, partia Kaczyńskiego może moim zdaniem w finalnym efekcie skorzystać. Bo przecież w obrębie wpływów Konfederacji jest sporo osób o umiarkowanych poglądach, odrzucających jednak prospołeczną politykę PiS, którą nazywają „powrotem do socjalizmu”. Należałoby tych wyborców pozyskać programami nastawionymi na wspieranie przedsiębiorczości, zwłaszcza tej, z której żyje państwo polskie – drobnej. Z całą pewnością partia Kaczyńskiego właśnie w tym kręgu będzie szukała kolejnych kilkuset tysięcy głosów w przyszłych wyborach.

Po lewej stronie w Sejmie zalęgła się Lewica, w większości progresywna, tęczowo-czerwona, ale też hołubiąca pamięć PRL (łącznie z afirmacją komunistycznych zbrodniarzy). Przy ogromnych różnicach ideologicznych Lewica może być dla PiS agresywnym i niebezpiecznym konkurentem na polu polityki socjalnej. Ale, co ciekawe, może stać się również sprzymierzeńcem w konkretnych projektach, co umiejętnie wykorzystywane pozwoli sprowokować napięcia na linii Lewica–Platforma (a na tej linii i tak jest już gorąco). No i właśnie: Platforma. Co może się wydawać na pierwszy rzut oka kuriozalne, stanowi ona pod wieloma względami najmniejsze zagrożenie dla PiS. Bowiem pomiędzy PiS a PO w zasadzie nie istnieje bezpośredni przepływ elektoratu, więc nie są to partie, które mogą sobie podbierać wyborców. Poza tym to, teoretycznie najsilniejsze, ugrupowanie opozycyjne przeżarte jest sporami wewnętrznymi i zdruzgotane po klęsce wyborczej. Oczywiście po Platformie można jak zawsze spodziewać się jednego: wykorzystując swoje kontakty międzynarodowe, będzie prowadzić przeciwko polskiemu rządowi działania dywersyjne za granicą, zarówno wśród polityków, jak i w mediach.

Podsumowując: partię Kaczyńskiego czekają cztery lata ciężkiej walki. Z wrogiem wewnętrznym i z atakującym z Unii Europejskiej wrogiem zewnętrznym, pragnącym nie dopuścić w Polsce do dalszych, umacniających państwo reform ustrojowych. Sporym problemem dla PiS będą wybory prezydenckie (wiosna 2020), ponieważ przed ich rozstrzygnięciem partia nie może sobie pozwolić na żadne rewolucyjne ruchy. Jeżeli w wyborach kandydat PiS odniesie zwycięstwo, wtedy zostaną mniej więcej dwa lata na dokończenie reform. Jeżeli natomiast zostaną przegrane… No cóż, wtedy PiS-owi pozostanie tylko (i aż) administrowanie krajem, gdyż każda istotna ustawa napisana przez polityków Kaczyńskiego spotka się z wetem opozycyjnego prezydenta. Wetem, którego z uwagi na zbyt małą liczbę posłów nie będzie można odrzucić.

 

Autor: warszawskagazeta.pl