Krzyż nad Czarnym Stawem pod Rysami

(...)musiałem do Niego podejść.

(...)musiałem do Niego podejść.

 

Jest czwarta nad ranem. Ciekawe dlaczego muszę wstać? Normalni ludzie śpią jeszcze o tej nieludzkiej porze. 

Wieje. Dość mocno. 
Ale jest zimno. 
To dobrze. 
Świt powinien mnie zastać już nad Czarnym Stawem... 
Szybka, poranna "hygena". Herbatka. Kanapki. Sprzęt. 
Wychodzę.
Na Szpiglasową godzina z hakiem. Czasem dużym. 
Zamieć.
Widoczność zero.
Czasem zapadam się po kolana. Bywa, że i po pas.
444d7aba0d54bdf215ff00950788d734.jpg

Im wyżej, tym śniegu mniej. Tylko czasem muszę przekopać się przez zaspy. 
Ślisko.
Ślisko jak cholera.
Wieje.
Idę za wolno.
Zdecydowanie za wolno.
Na odsłoniętych częściach twarzy lód.

Ciemno.
Powinienem już być na Przełęczy.
Czekan i raki to dobre wynalazki.
Okulary też.
Dnieje.
A może mi się zdaje?
Zadymka coraz większa. 
Huk wiatru.
Po drugiej stronie grani powinno być ciszej.
I jest.
Herbatka. Kanapka. Zamarznięta.
Czekolada. 
2d598602e08b79d0c8c921fa7b8274c2.jpg

Schodzę do Morskiego Oka.
Czekan. Raki.
Krok za krokiem.
Cholera, w lecie "zbiegałem" w czterdzieści minut...
Schronisko.
Liczę czas.
Jem.
Wychodzę.
Wieje.

Jest jasno-ciemno-szaro. Śnieg wciska się wszędzie.
Brnę przez zamarznięte jezioro.
Byle pod ścianę.
Robi się cieplej. 
Niedobrze.
Na Kazalnicy powinienem być za...? 
Dwie godziny?
f6e8b0cd0212a110fc116f2513e9b79d.jpg

Huk.
Lawina.
Podmuch. 
Nic.
Strach.
Cisza.
Lęk.
Decyzja.
7fc8bc2396233301bc2d8bfddd7159c1.jpg

Idę dalej.

Im wyżej, tym cieplej.
Wiatr.
Duże płatki śniegu.
Kurzawa.
Cholera jak ślisko.
Lód, śnieg, odkryte kamienie, zaspy.
Pieprzone zaspy.
Brnę, kopię śnieg rękami.
Zapadam się.
Dyszę.
Odpoczywam.
Klnę.

Jestem.


Cisza.
Nie ma wiatru.
Śnieg sypie jak cholera.

Herbata, czekolada, glukoza.
Liczę czas.
Za późno by iść dalej.
Za wcześnie by schodzić.
Może Przełęcz pod Chłopkiem jest realna.
Tylko ten trawers, który na nią wprowadza...
... i ta lawina.
Musiała zejść kotłem.
Który jest pod nim.
Ruszam.
Nie jestem pewny...
Niczego nie jestem pewny.
Niepokój.
Jest szaro-stalowo-biało.
Ślisko.
Zdecydowanie mniej śniegu.
Przez bury woal chmur widzę bladą tarczę słońca!

A jednak jest.

Skąd ten niepokój?

Widzę Przełęcz.
Idę zdecydowanie szybciej.
Słyszę huk wiatru. Choć wokół mnie powietrze jest nieruchome.
Wariuję?
Może.
Nogi zaczynają drżeć.
Łapię "telegraf".
Za wcześnie. 
Powinien pojawić się przy zejściu.
Tracę siły.
ff8132fd924bbee841de93686d8e90e9.jpg
To zupełnie idiotyczne.

Nade mną szarawy błękit.
Blade słońce.
Pode mną ołowiano-szary ocean. Porżnięty wyspami stalowo-białych ostrzy szczytów.
150f4be0402f486bb4eeb13771955675.jpg

Nie mam siły myśleć.


Co się dzieje?
Galareta.
Strach.
Całkowita niemoc.
Wtaczam się pod Chłopka.
Widzę plamki.
Kolorowe.
I absurdalnie wesołe.
Nie mam siły rozsunąć suwaka.
Jestem odrętwiały.
Drżę.
Boję się.
Powieki opadają.
"Nie mogę zasnąć"- to ostatni strzęp świadomości.
Uderzam się w twarz.
Mocno.
Rozrywam zamek. 
Żrę czekoladę.
I śnieg.
I jeszcze raz w mordę.
I śnieg.
Na kark.
Mija.
Powoli. Ale zdecydowanie.
Zaczynam czuć.
I myśleć.
Serce wali.
Ale chyba równomiernie?

Tylko czemu robi się tak szaro?
Zegarek.
Jasna dupa!
Już wiem.
Będę schodził po ciemku.
f4c77aa7c9498dae350085579ccd6b28.jpg

Ale pieprzony trawers( nie lubię go nawet latem) zdążę "zrobić" za dnia.
Byle się tylko nie powtórzyło...
I co to k..wa było?

No i muszę dać znać do "Pińciu", że nie wrócę na noc.

Wyraźnie łapie mróz. Widać już gwiazdy. 
Ale widać też moje ślady.
To dobrze.
Jest cholernie ślisko.
Coraz bardziej.
Muszę uważać.
Ale jak się do tego zmusić?
Zaczynam rozmawiać sam ze sobą.
Tym razem wiem, że nie wariuję.

Nie mogę się pośliznąć. 
Wiem, że jestem cholernie zmęczony.
To dobrze. 
Że wiem.
Lód.
Francowaty lód.
Każdy krok jest męczarnią.
Drżą nogi i ręce.
Nie czuję czekana.
Nie trzymam go.
Wisi na rzemyku.
Rozdarł mi spodnie.
I nogę.
Krew.
Nie czuję bólu.

Wypłaszczenie.
Herbata.
Zimna.
Pięć minut.
Nie dłużej.
Marznę.
Ruszam palcami w butach.

Cisza.
Absolutna.
Taka jak w Pańszczycy.

Nie mam siły.

Widzę wyraźnie światła schroniska w "Moku".
Jest tak blisko.
Tak blisko...

Muszę iść.
Nie mogę iść.

Mam jeszcze glukozę.
Ksztuszę się.
Jest miałka jak mąka.

Rzygam.

Drżę.

Ruszam.

Upadam. Wstaję.

Idę.

Potykam się.

Chwieję.

Upadam.

Przypieprzam kością jarzmową w jakiś kamień.

Boli.

Puchnę.

Krew.

Krew zamarza.

Natychmiast.

Jest słodka.

Jest dobra.

Czarny Staw. Dotarłem.

Każda komórka ciała krzyczy bólem.

Dziwne.

Przed chwilą nic nie czułem.

Jak pijak do butelki, przytulam się do krzyża.
509de5b1247bc0b23de707859442e9bb.jpg

Czekał tam na mnie?

Tak.

Czeka na każdego...

Nie da się Go ominąć.

Powinienem schodzić.

Ale musiałem do Niego podejść.

Musiałem?

Nie wiem.

Ale nie chcę się stąd ruszyć.

Nie chcę...

I znowu w dół.


Nie oddycham. Rzężę.


Zaspa.

Nie dam rady.

Muszę.

Albo. Albo..

Kopię


Ryję.

Dyszę.

Nie widzę.

Klnę.

Płaczę.

Modlę się.

Upadam.

Wstaję.

Jestem po drugiej stronie.

Obok było przejście...

Płaczę z wściekłości. I ze szczęścia.


Jeszcze tylko zamarznięte jezioro. Morskie Oko.

Śpiewam.

Albo mi się zdaje?

Nic nie czuję.

Nie mam rąk, nóg ani twarzy.


Nie czuję zimna.

Jeżeli jeszcze raz się przewrócę to już nie wstanę.

Wiem o tym i myśl ta powoduje jakiś upiorny śmiech. Trzęsę się ze śmiechu. 

Smarkam  i płaczę.

Gluty ściekają mi do ust, na kurtkę. Nie mam siły ich wytrzeć.

Nie mam na nic siły.

Każdy krok jest bluźnierstwem, każdy ruch, każde drżenie nóg.

I jest jednocześnie modlitwą. Wołaniem. Zespoleniem.

Komunią. Najświętszą.

Bezsilną. Bezradną.

Ostateczną.