Kotwór spod łóżka.

Kot, a właściwie czarne europejsko-perskie kocię, łaskawie raczy przebywać w moim domu od miesiąca kwietnia. Jego poprzednik stracił życie w dość nieciekawy sposób – męczył się ponad tydzień przez niekompetencję weterynarza, zarekomendowanego wcześniej przez koleżankę jako „lepszego od najlepszych”. Bo też naprawdę był lepszy od najlepszych konowałów. Cóż, kot został pochowany za miastem, a dzień później na jego miejscu pojawił się nowy lokator.

Ledwo opuścił transporterek, w którym spędził pół godziny jazdy autem, natychmiast znalazł się za kuchenną szafką. Okej, kotek lubi wdychać kurz spod mebli, niech mu będzie. Czekamy cierpliwie, aż wyjdzie. Po godzinie zaczęła się serenada, która w końcu stała się na tyle głośna, że postanowiliśmy odsunąć tą nieszczęsną szafkę i wyciągnąć czarną, wielkooką kulkę o rozdziawionym pyszczku. Od tamtej pory było już tylko gorzej.

Kot błyskawicznie przyzwyczaił się do nowego miejsca i sytuacja z kuchenną szafką więcej się nie powtórzyła. Zwierzak zainteresował się bowiem czym innym. Bardzo szybko zostaliśmy zmuszeni zlikwidować dłuższe firanki i obrusy. Wkrótce w tajemniczy sposób zaczęły znikać różne rzeczy. Najpierw mój ukochany storczyk (później znalazłam go za telewizorem), kilka skarpetek (za telewizorem), szara koszulka (telewizor…), kilka klamerek (cóż… tym razem również telewizor) i pluszowy wąż (już nie telewizor, tylko transporterek). Mimo to zwierzak szybko zdobył serce mojej mamy, która wciąż twierdzi, że nie znosi kotów, ale temu jednemu wciska wszelkie możliwe smakołyki i uwielbia, gdy kocisko wieczorami leży, mrucząc, u jej boku. Ciekawa zmiana poglądów ;) Natomiast mojej przyszywanej siostry kot najwyraźniej nie polubił. Pewnego dnia, gdy niosła do jadalni talerz z rosołem, wredne kocisko wbiegło jej pędem pod nogi. Efekt? Tłuste plamy na podłodze, ścianie i parapecie, mokra bluza i spodnie siostrzyczki. Trzeba jednak przyznać, że sam kot także trochę ucierpiał, gdyż wybił sobie podczas tego ataku tylną łapkę, którą na szczęście daliśmy później radę nastawić samodzielnie. Nawiasem mówiąc, zwierz wiedział, kogo zaatakować. „Siostra” okazała się być podłą jędzą i w niedługim czasie wyprowadziła się z rodzinnego domu, ponieważ wszyscy mieli jej już serdecznie dość. Zresztą, to dłuższa historia.

Największą „radochę” sprawiają nam jednak nocne harce kota. Którejś nocy poczułam, że coś wchodzi mi cichutko pod kołdrę od strony nóg. Było kudłate, ciepłe i bardzo miękkie. Gdy doszło do wysokości mojego biodra, prychnęło głośno. Zaspana nie wiedziałam co się dzieje i krzyknęłam przerażona. Kocisko, spłoszone moim krzykiem, zaczęło szukać wyjścia spod kołdry, rozdrapując mi udo, biodro i brzuch. Od tamtej pory nazywam je kotworem spod łóżka. Doszłam do wniosku, że stanowczo wolę, gdy zwierz ugniata mnie łapami przez kołdrę, niż gdy wydaje dziwne dźwięki będąc pod nią, dlatego zaczęłam szczelnie owijać się w nocy. Nawet w trzydziestostopniowe upały, których na szczęście w tym roku lato nam oszczędza.

Może i mój kotwór jest upierdliwy, może zostawia wszędzie kilogramy sierści, może i nie mogę mieć w oknach pięknych, długich zasłon, ale nie zamieniłabym go na innego zwierzaka. A gdy leży przy mnie z błogą miną pana i władcy, wiem, że żaden pies by mi go nie zastąpił.