Koń lekarstwem na depresję

Koń wykupiony z rzeźni sprawił, że wyszłam z depresji i z nadzieją spojrzałam w przyszłość. Uratowałam życie kobyłce, a ona odwdzięczyła się tym samym wobec mnie.

 

 

Miałam już dosyć, tego całego bałaganu, który dzieje się dookoła. Mojego małego i nic nieznaczącego życia. I tak porostu zniknąć, schować się w jakiś kąt i płakać do ostatniej kropli łzy, która i tak nie przyniesie ulgi, a jedynie sprawi, że dopadnie mnie zmęczenie pozwalające choć na chwilę zasnąć. Chciałam wyłączyć i tak już zatrute pesymistyczną wizją myśli, które gnieździły się w samym środku mojego serca. Była to późna godzina letniego wieczoru. Zaraz przed moimi 24. urodzinami. Leżałam w łóżku płacząc, bo w sercu miałam kompletną pustkę. Modliłam się, żeby zadziało się coś, bym w końcu wstała i z uśmiechem na ustach rozpoczynała i kończyła każdy dzień. Pozbawiana łez od intensywnego płaczu, ledwo udało mi się zasnąć tamtego wieczoru, by za moment wstać ponownie i zacząć kombinować, jak przetrwać kolejny dzień.

 

Budząc się, postanowiłam wziąć auto, by pojechać tak po prostu przed siebie. Gnałam po miejscowościach, które wyszukać na mapie graniczy z cudem. Chcąc zaspokoić pragnienie w końcu zatrzymałam się w wiejskim sklepiku. Ten niepozorny postój, jak się później okaże, miał odegrać kluczowa rolę w moim życiu. Pijąc lokalną oranżadę, niemal zakrztusiłam się, gdy usłyszałam głośne rżenie koni. Zahipnotyzowana tym dźwiękiem, pobiegłam w jego kierunku. Po chwili moim oczom ukazał się koń, którego siłą, biciem i krzykami próbowano wprowadzić do zbyt ciasnego transportu w rozklekotanym żuku. Nigdy wcześniej nie widziałam takiej prowizorki. W środku czekały na niego już dwa inne konie. Celem ich ostatniej przejażdżki była pobliska rzeźnia.

 

I nagle zgięło mnie wpół, poczułam, że żołądek odmawia mi posłuszeństwa. Te wszystkie emocje, których byłam świadkiem, silnie skondensowane trafiły prosto do mojego brzucha. Poczułam z powrotem, że żyję, jestem Tu i Teraz. Otworzyłam furtkę i weszłam do ogródka, by przyjrzeć się sytuacji, i zrozumiałam przyczynę całej szamotaniny. Jeden z koni był świadom swoich ostatnich chwil życia i, mimo karcenia, nie chciał wejść do przyczepy. Spojrzałam uważnie w jego oczy i oniemiałam. Nigdy wcześniej nie widziałam u żadnej istoty takiej ogromnej chęci życia, jak u tego gniadego konika. Zupełnie jakby chciał powiedzieć: „to nie jest mój czas, mam w sobie tyle energii, dajcie mi szanse, ja chcę jeszcze żyć!” Dłużej nie wytrzymałam. Podchodzę do jednego z mężczyzn, który trzyma konia i pytam się go, ile jest wart? Handlarz mówi 5 tys. Śmieję się i odpowiadam, że dam mu nieco więcej niż będzie wynosiła jego cena rzeźna. Postawiliśmy konia na wagę, znajdującą się na tyłach gospodarstwa i obliczyliśmy, co do kilograma, jego wartość. 3050zł. A więc koń pójdzie za 3350? - pytam. Handlarze zgodzili się bez wahania. Poprosiłam ich o dokumenty, by sprawdzić pochodzenie oraz wiek konia. Na nie wiele się to zdało. W papierach, oprócz imienia Gniada, wszędzie widniały napisy NN (nieznane). Umówiłam się z nimi, że dam im teraz niewielka zaliczkę a konia odbiorę w ciągu tygodnia.

 

Wahałam się wiele razy przed jej zakupem. Jeździłam od weterynarza do weterynarza, prosząc, żeby pojechał zbadać konia. Jednak wszyscy, po usłyszeniu nazwiska handlarza, z troską na twarzy grzecznie odmawiali mi. Lepiej kup sobie konia z hodowli, będziesz miała pewność, że jest zdrowy i bez trudnej historii – przekonywali. Tyle, że oni wszyscy nie wiedzieli, że jeszcze parę dni temu żegnałam się z życiem, by za moment, pod wpływem nagłych emocji, stać przed decyzją kupna pół tonowego, być może bardzo schorowanego czworonoga, którego nie ukryjesz w ogródku ani w psiej budzie.

 

Wtedy myślałam, że jedyną ucieczką i lekarstwem na moją depresję był wyjazd. Całkowita zmiana otoczenia, gdzie mogłabym zawrzeć nowe znajomości a nawet poznać prawdziwych przyjaciół. Z tym, że tego też nie byłam pewna. Niczego nie byłam pewna. Teraz już nic nie miało dla mnie większego sensu, oprócz, ciepłych i pełnych życia, oczu gniadego konika.

 

Ze zgrzewką browarów postanowiłam odwiedzić mojego starego znajomego, który prowadzi szkółkę jeździecką. Wraz z nim pojechaliśmy obejrzeć klacz. Słowa, jakie otrzymałam od Piotrka nie były budujące. Od razu zwrócił uwagę na jej lekko wykrzywioną tylną nogę. Nie mógł też zrozumieć, na co mi nieujeżdżony, zimnokrwisty koń, który oprócz ciągnięcia pługa, zapewne nic nie potrafi. Uświadomił mnie również, ile będę musiała zapłacić za jej ujeżdżenie i korektę kopyt. I wtedy przez chwile poddałam się. Pomyślałam sobie, że nie jestem w stanie uratować każdego zwierzaka, więc tego mogę sobie odpuścić. Słowa te jednak nie znalazły najmniejszego odbicia w moim sercu. Decyzja zapadła.

 

Pod koniec tygodnia, kiedy moja zaliczka wygasła, dowiozłam resztę pieniędzy. Kazałam zapakować konia i pojechałyśmy. Nasza pierwsza stajnia leżała w pięknie zalesionym, górzystym terenie. Kiedy konik, którego nazwałam Ginewra, stał już w nowym miejscu, odbyła się upragniona wizyta weterynarza. Stwierdzono zapalenie macicy, grzybicę i przeziębienie. Równie kiepsko przedstawiały się sprawy dotyczące jej kopyt. Przednie były bardzo przerośnięte, podczas ściągania podków unosił się fetor porównywalny do zapachu szamba. Z tylnymi nogami kowal nie mógł sobie poradzić, bo koń wpadał w szał. I wtedy pierwszy i ostatni raz pozwoliłam założyć jej na nos dutkę, sprawiającą koniowi ogromny ból, o czym wcześniej nie wiedziałam. Dziś już wiem, że istnieją równie skuteczne, pokojowe metody pracy z nawet najtrudniejszym koniem. Po wszystkim, poczucie winy nie dawało mi spokoju. Zaczęłam rozmasowywać jej nosek i obiecałam, że już nigdy nie pozwolę zrobić jej krzywdy.

 

Zaraz po rozczyszczeniu Ginewrze kopyt, pojawiły się kolejne problemy z nogami. Wybiła sobie jedną z przednich nóg i zaczęła kuleć a druga przednia została zraniona i nie chciała się zagoić. W dodatku podczas wyprowadzania z boksu, stawała się niespokojna i coraz mniej ufna. Nie spodobało się to właścicielce azylu, bo wolontariusze, którzy dotychczas pomagali jej w codziennej pracy, zaczęli zajmować się mną i moją klaczą. Wtedy też ogłosiła, że nikt do tego konia nie może podchodzić, chyba że jest pełnoletni lub ma zaświadczenie od rodziców. Powoli zaczęłam czuć się w tym wszystkim coraz bardziej zagubiona i nie miałam co liczyć na pomocną rękę gospodarzy. O swoim koniu słyszałam coraz częściej, że nie będzie się do niczego nadawał. Co więcej negowali wszystko to, co starałam się dla niej zrobić. Po miesiącu, gdy odmówiłam prowadzenia jazd konnych, do których nie miałam uprawnień, dostałam wypowiedzenie i w dwa dni musiałam zabrać stamtąd konia.

 

Poczułam wtedy, że Ginewra stała się dla mnie stanowczo za dużym obciążeniem. Postanowiłam się od niej uwolnić znajdując jej nowego właściciela. Zaczęłam wydzwaniać do różnych organizacji i fundacji zajmujących się ratowaniem zwierząt m.in. Vivy, która od lat zajmuje się wykupem koni przeznaczonych do rzeźni. Tłumaczyłam sobie, że muszę ją oddać, uciec gdzieś i zacząć na nowo życie dopóki mam jeszcze na to siłę. Viva obiecała mi, że zajmie się tą sprawą i znajdzie jak najszybciej dla Ginewry nowy dom. Fundacja nie mogła jednak zabrać konia w przeciągu 2 dni, które miałam na opuszczenie rancza. I całe szczęście, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Musiałam uzbroić się w cierpliwość i zacząć szukać tymczasowej stajni.

 

Kiedy już wydawało mi się, że zostałam w tym bałaganie sama, z pomocą przyszedł do mnie Janusz, mój znajomy, wielki miłośnik koni. I w jeden dzień znalazł dla Ginewry super miejsce, dzięki któremu nasz los odmienił się na dobre. Była to duża, trochę zapomniana, stajnia, w której stało parę koników właściciela obiektu i jedna prywatna klacz rasy śląskiej. Jej właścicielem jest Tomek, z którym bardzo szybko się zaprzyjaźniłam, i który zaczął uczyć mnie, jak patrzeć na świat oczami konia. Umiejętności te nabył w Stanach na licznych kursach naturalnych metod treningu Parelli-ego, które w ciąż doskonali w pracy z najróżniejszymi końmi. Dla przykładu, nigdy nie pracował z tak upartym introwertykiem, jakim okazała się moja kobyłka, której wspólnie nadaliśmy nowe imię zgodne z jej charakterem - Fantazja. Na początku była nieco przestraszona i niespokojna. Najbardziej bała się przedmiotów przypominających bat. Nie ma się czemu dziwić. Jeden z jej byłych właścicieli, którego udało mi się odnaleźć, twierdził, że Fantazja była upartą bestią, którą za brak posłuszeństwa trzeba było okładać batami. Niektóre z nich pozostawiły widoczne ślady do dziś w postaci blizn.

 

Ja i Fantazja byłyśmy zielone i nie widziałyśmy, jak ma następować komunikacja między nami. Dlatego Tomek zaczął poświęcać nam parę godzin dziennie, podczas których nie było miejsca na rozżalanie się i jakiekolwiek negatywne myślenie. Najpierw nauczył mnie sławnych siedmiu gier Parielliego. Dzięki nim Fantazja nabierała pewności, że nie będziemy jej bić ani używać przemocy. Nasze relacje poprawiały się z dnia na dzień. Nabierałyśmy coraz większego zaufania i szacunku do siebie. Znikły nawet takie problemy, jak czyszczenie jej tylnych kopyt czy głaskanie pod brzuchem, w trakcie których niegdyś gotowa była kopnąć. To wszystko po niecałych dwóch miesiącach uciekło w niepamięć. Obecnie mogę ją czyścić bez użycia jakiegokolwiek kantara czy liny. A ona stoi grzecznie i najwyraźniej sprawia jej to ogromną przyjemność. Kolejnym z licznych problemów była jej niechęć do innych koni. Wypuszczona na pastwisko, bała się każdego konia, który do niej podchodził. Broniąc się przed zbyt bliskim kontaktem, zaczynała atakować, najczęściej kopiąc i szybko chowając się w kontach wybiegu. Wtedy też zaczęłam dostrzegać, jak bardzo jej zachowanie było podobne do mojego w kontaktach z innymi ludźmi.

 

Wzięłam na to poprawkę i zaczęłam poświęcać Fantazji jeszcze więcej czasu. Widziałam i czułam, że nasze wspólne przebywanie zmieniało nie tylko ją, ale także i mnie. I stało się. Pokochałam ją tak bardzo, że zatarły się jakiekolwiek granice, które były między nami. A w raz z tym zaczął się mój najlepszy i najbardziej magiczny okres w życiu, który zrewolucjonizował całkowicie moje stare myślenie. Oczywiście nie było już mowy o oddaniu konia w ręce Vivy. Bo kto chciałby pozbyć się najlepszej rzeczy, jaka mu się przytrafiła w życiu?

 

Na jesieni Tomek powoli zaczął uczyć mnie jeżdżenia na Fantazji na oklep i z siodłem, bez wędzidła, bez użycia łydek i na bardzo długich linach. Tak, linach a nie na wodzach, bo Parelli w swojej szkole nie ograniczają koniom ruchu, dzięki czemu te znakomicie się relaksują. Bo właśnie o to chodzi w jedzie konnej i przebywaniu z koniem, żeby wszystko szło lekko, sprawnie bez żadnej szarpaniny, we wzajemnym szacunku konia z jeźdźcem. Niech koń zobaczy w Tobie lidera, za którym pójdzie wszędzie. I ja musiałam stać się takim liderem. Choć jeszcze niedawno byłam całkowicie zrezygnowana życiem, a jakiekolwiek decyzje były dla mnie za dużym obciążeniem. Dzięki Fantazji miałam szanse to całkowicie zmienić. Za co z całego serca jej dziękuje.

 

Zaczęliśmy stopniowo wychodzić z Tomkiem i naszymi kobyłkami na długie spacery, po ulicach, po śniegu, po wodzie, lesie i wszędzie tam, gdzie nas jeszcze nie było, a gdzie mogliśmy przystanąć, żeby koniki porządnie zrelaksowały się i pojadły trawę. Oczywiście nasze wyzwania nie kończyły się tylko na tym. Jednym z problemów, z którym trzeba było się zmierzyć, było zachęcenie Fantazji do galopowania, bo konik, ze względu na swoją przeszłość, nigdy tego nie robił. Dlatego też na początku całkowicie nie mogła się w tym odnaleźć. Wtedy przyszło mi uczyć się konsekwencji i cierpliwości w swoim działaniu. I szczerze przyznam - nie przychodziło to łatwo. Człowiek nauczony jest szybkiego życia i natychmiastowych efektów swojego działania. Ja na swoje efekty musiałam poczekać dłużej, co uczyło mnie cierpliwości oraz świadomości bycia z drugą istotą i komunikowania się z nią. Dzięki treningom obie przeszłyśmy metamorfozę. Ona stała się zdrowym, chętnym do współpracy konikiem. A mnie, nasze wspólne spędzanie czasu ze sobą nauczyło jednej z najważniejszych rzeczy. Że w życiu trzeba być czytelnym. Tylko dzięki temu, inne istoty będą mogły rozumieć nasze zamiary.

 

I w ten sposób zdobyłam się na odwagę, wyznając po dopiero dwóch latach miłość mężczyźnie, w którym byłam przez cały ten czas bez pamięci zakochana. I udało się, moje uczucia zostały odwzajemnione. Lekcja „bądź czytelny” sprawiła, że już sześć miesięcy mieszkamy ze sobą razem i cudownie nam się układa.

 

Fantazja nauczyła mnie pozytywnego myślenia i wychodzenia z nim do innych ludzi. Obecnie nie jestem samotna, mam nowych przyjaciół, którzy sprawiają, że dawne poczucie pustki i beznadziejności odeszły w niepamięć. Moja osobowość i widzenie świata przez cały ten rok, od kiedy kupiłam Fantazje, zmieniły się nie do poznania. Przebywanie i praca z końmi, którą chcę rozwijać, sprawiają, że czuję chęć, radość i motywację do życia. Teraz wiem, że tego dnia, którego kupiłam Fantazję nie tylko podarowałam życiejej, lecz także sobie. Dla wielu osób idealny koń musi mieć niesamowite pochodzenia i zanotowane osiągnięcia sportowe. Oraz kosztować naście tysięcy złotych. Czasami jednak warto zaryzykować i kupić zwierzę skazane na rzeź, na odstawkę lub zapomniane. Bo dzięki naszej pracy i treningowi możemy osiągnąć wielką przyjemność z obcowania i jazdy na każdym koniu. Nawet tym spisanym przez wielu na straty. Tym bardziej warto dawać szansę swoim koniom, o których myślimy, że już nic z nich nie będzie. Nie pozostało mi nic do dodania, jak życzyć każdemu z was, aby udało mu się odnaleźć w życiu taką Fantazję, jaką mam ja.