Kochanie, przesłaniasz mi sobą cały świat!

O tym, że niektórzy odejmować sobie od ust nie lubią, wie dobrze każdy kto ma oczy. Nie sposób jednak zauważyć, że…

 

…że np. Brytyjczycy - w przeciwieństwie do Polek - zdają się tym faktem nie bardzo przejmować.

Zapewniam, iż nie chcę tu absolutnie uogólniać ani ograniczać zagadnienie obżarstwa do jednej płci, jednak spójrzmy prawdzie w oczy: przeciętna Polka stawia sobie poprzeczkę dość wysoko, szczególnie w porównaniu z tzw. Zachodem, który ponoć zawzięcie gonimy. Bo niech tylko znajdzie się na żeńskim, polskim udzie jakiś mini-pajączek, a nie daj Boże mikroskopijny cellulitis, a jego właścicielka już w popłochu wyciąga z szafy dłuższą kieckę, ewentualnie katuje się nową dietą-cud, podpowiedzianą jej przez Przyjaciółkę Claudię (jeśli tu się uniosłaś, Droga Czytelniczko, to znak, że być może nie jesteś przeciętna!). Poza tym, w naszym nadwiślańskim grajdołku nadal pokutuje mocno seksistowski stereotyp kobiety, która ma przede wszystkim ładnie ruszać nogami, a dopiero potem głową. W trochę lepszej sytuacji są co prawda puszyste Polki znad Tamizy; pewnie na zasadzie, że jeden prosiaczek robi widowisko, ale dwa lub dwadzieścia prosiaczków to już chlewik, w którym można sobie razem swobodnie i radośnie pochrumkać.

Ale wszystko OK: chodźmy ubrani jak chcemy, Panowie i Panie, pakujmy w siebie co popadnie i ile wlezie, jednak czy ta swoboda nie jest tylko na pozór OK? Już pal licho wylewające się nam spod (znowu modnej) mini maxifałdy, pal licho wcięcie w talii czy zasłaniającą ptaka piwno-bekonową oponę – przecież każda ptaszyna i tak znajdzie swoje gniazdko. Ja się tylko pytam: jak, za 30-40 lat, dzisiejszy przedstawiciel/-ka Pokolenia Czipsów i gorąca/-y wyznawca wiary w Dietę Pączkową dotrze do szpitala na kolejną operację? O własnych siłach czy na wózku inwalidzkim? A może w karetce z poszerzanymi drzwiami…? I czy to rodzice mają pchać wózki swych dzieci, czy na odwrót?

W takich sytuacjach słyszymy nieraz wytłumaczenie, cytuję: "Przecież na coś trzeba umrzeć". Hola! A kto tu zaraz mówi o umieraniu!? Żeby umrzeć od permanentnego przejadania się trzeba być naprawdę szczęściarzem, lecz - zamiast takiego "pięknego" końca - mamy o wiele większe szansę żyć przez następne 20 lat i np. robić pod siebie. A wtedy zawyjemy do "złego losu": "Przecież na coś trzeba wreszcie umrzeć!"

Jeśli zaś chodzi o sytuację w UK, to całkiem niedawno, dwóch rządowych ekspertów żywieniowych „ośmieliło się“ wreszcie powiedzieć swojemu społeczeństwu trochę prawdy: "Just eat less!" (Po prostu jedzcie mniej). Ale ani święty Boże nie pomoże, ani nawet sam Jamie Oliver, jeśli Wielka Brytania będzie nadal jadła swój największy posiłek nie o ósmej rano, a ósmej wieczorem, a przede wszystkim póki otyłość (czytaj: uzależnienie od jedzenia) będzie się nadal podciągać pod „chorobę“, którą można śmiało leczyć (na koszt podatnika oczywista) tak jak np. grypę. I choć de facto uzależnienie JEST chorobą, to jednak chyba wymagającą leczenia nie tyle żołądka, co głowy. No i to społeczne zrozumienie, to współczucie dla „ofiar niegrzecznych potraw“… Nie wiem czy współczuciem i sympatią wobec obżerców pomagamy im w czymkolwiek – chyba tylko w pozbyciu się resztek odpowiedzialności za swoje własne zdrowie i przyszłość.

Lecz Wyspiarze nawet na to znaleźli rozwiązanie.

Zdarzenie nr 1:

Moja rodaczka (175cm/60kg) poszła raz do brytyjskiego lekarza. Ten ją zbadał, zmierzył, po czym wyliczył BMI (Body Mass Index) i tu zatroskanym głosem rzekł: „10 kilo niedowagi – trzeba przybrać!“. No to jak miała mu się przyznać, że do pracy jeździ rowerem? Jeszcze by jej zakazał tego „nadmiaru ruchu"…

Zdarzenie nr 2:

Niedawno byłem na zakupach w pewnym sklepie odzieżowym. Przymierzam nawet ładną bluzę, rozmiar „L“ – rękawy krótkawe, za to w pasie worek. Biorę więc XL-kę. Efekt? Rękawy nadal krótkie, za to całość jeszcze szersza.

A ja, głupi, myślałem, że rozmiary idą wzdłuż…

Licencja: Creative Commons