Klepiskowo-jarmarczne popisy naszej TV.

W ramach płodozmianu – trochę o rodzimym szołbiznesie.

 

         Polak potrafi. W krytycznych chwilach instynkt samozachowawczy podpowiada mu uciekanie się do takich środków, które pomogą mu przetrwać, sięgając nawet do posiadanej - okazuje się, właściwości mimikry - umiejętności wtopienia się w otoczenie, także w obszarach psychiki i przeczekanie na lepszy czas. 

   Takie chwile właśnie mamy. Najzabawniejszy barak w obozie demokracji ludowej, po kapitalistycznej transformacji stał się najzabawniejszym kabaretem środkowej Europy. Nie zagłębiając się w temat – wszyscy wszak to znamy, bo na wyżynach władzy zabawiają świat osoby - najkrócej tę rzecz ujmując - z obszarów kabaretu.

  Żeby nie zgłupiał doszczętnie, co Polakowi instynkt podpowiada? Ano wtopić się w otoczenie, robić głupie miny i podobne produkty, broń Boże nie dając do zrozumienia że się wie o królewskiej nagości. Najbardziej tę umiejętność posiadły nasze media i publikatory wszelkiej maści, na masową skalę produkując kiczopodobne wytwory, by je wcisnąć w rozdziawione ze zdziwienia gęby gawiedzi.

   Ostatni wysyp sadomasochistycznej twórczości naszych telewizjo-podobnych instytucji (analogia do pamiętnych wytworów „czekolado-podobnych”) przerósł wszelkie na ten temat oczekiwania. Nasza niby-to publiczna telewizja ściga się najwyraźniej z prywatnymi, w rzucaniu na antenowy rynek chłamów, których poziom przekracza wszelką skalę w dół o wiele niżej niż przysłowiowe dno. I oto mamy bardzo wątpliwą przyjemność oglądać ostatnio trzy takie perełki, które mam równie wątpliwą przyjemność Państwu przedstawić.

   Założeniem pierwszej produkcji było a priori stworzyć klepiskowo-jarmarczny popis wędrownej trupy, słusznie mniemając, że jak góra może, to dlaczego nie my. Już samo zatrudnienie na prowadzącego program, człowieka który za swoje artystyczne credo obrał podrabianie gejów w żółtym sweterku, przesądzało o powodzeniu realizacji takiego założenia.

   I cóż się okazało. Otóż człowiek ów, oprócz tego swojego podstawowego talentu jarmarcznego trefnisia, ma ukrytą właściwość zarażania otoczenia swoim emploi. I jak widać choroba mająca wszelkie znamiona pandemii, w błyskawicznym tempie opanowała przede wszystkim twórców programu, każąc im zatrudnić na stanowiska nauczycieli śpiewu osoby, same takiego nauczenia gwałtownie potrzebujące. Czegóż i kogoż może nauczyć taki Iwan, albo piękniejsza połowa pamiętnego tria, albo panienka naśladująca Edytę G., albo niejaki charczący swoje discopolowe produkcje osobnik, o posturze małorolnego chłopa? Litościwie pominę pozostałych.

   Największy jednak mój sprzeciw budzi nazywanie tenorem – obrażając przy tym wszystkich tenorów na świecie - posiadacza dyszkantu, który choć w dalszym ciągu posiada walory sopranowej skali - rzecz charakterystyczną dla przedmutacyjnego okresu, w niezrozumiały dla mnie sposób zabarwił się grubszą barwą, w dalszym ciągu pozostając dyszkantem. Oczywiście fenomen, ale na miłość Boską w obszarach dziwów, tak jak choćby baba z brodą.

  Zdziwiło mnie tylko, ze dała się w to wrobić Irena Santor, czy Halina Frąckowiak, choć tej ostatniej litościwi widzowie oszczędzili dalszego wstydu i wyzwolili z oczywistych mąk, swoją decyzją w drugim odcinku. Jakby uzupełnieniem tego werdyktu widzów, a zarazem recenzją programu był ich sardoniczny rechot, wyrażony „uznaniem” za jednego z najlepszych… Iwana.

   Konkurencją w tym samym czasie antenowym był na Dwójce twór niczym nie odbiegający od poziomu wyżej wspomnianego. Do prowadzenia programu wyciągnięto z niewiemskąd objawienie i muzę carycy T., zabawnego tłustawego pana w późnośrednim wieku obleczonego w przyciasne stroje z błyszczącej srebrnej lamy. W nieskoordynowanych ruchach miotał się ten pan po scenie z wdziękiem hipopotama, z równym wdziękiem opowiadając jakieś facecyje. I tu w pierwszym odcinku zdziwił mnie udział w tym odpustowym programie znakomitej Grażyny T. Jednak jak widać bardzo szybko zorientowała się z czym ma do czynienia i czym prędzej dała dyla i chwała jej za to. Zastąpiła ją nie wiem dlaczego wciskana wszędzie gdzie się tylko da, bardzo nieciekawa pańcia R., może dlatego, że znakomicie mieści się w poziomie tego kitu.

   I wreszcie trzeci produkt geniuszu myśli „tfurców” z Woronicza, kit oparty na jakiejś licencji, podobny do wszystkich dotychczasowych wyławiaczy młodych talentów (czyt: naiwnych, bo nic za tym nie idzie), który niczym nie odbiegałby od poprzednich, gdyby nie kuriozalne jury. Pominę urodę, bo tym obdarowuje według swojego widzimisię Bozia, ale na tę-że bozią litość, trzeba tu mieć coś do powiedzenia. Już nie wymagam ideału w postaci błyskotliwości, poczucia humoru, czy dowcipu. Gdzieś tam słyszałem (z kolejnym zdziwieniem) że przewodnicząca Jury, która tu rządzi na tle dwóch smutnych panów najwyraźniej pochodzących z łapanki, gdzieś tam uczy śpiewu. I moje oczy przybierały kształt pięciozłotówek, a uszy więdły, jak posłuchałem co ta osoba ma do powiedzenia. Już nie wspomnę o jej minach godnych członkini Koła Gospodyń Wiejskich, którą posadzono w pierwszym rzędzie Filharmonii, ale kiedy otworzyła usta, to ni przypiął ni wypiął, albo lapnęła jakieś głupstwo ni priczom, albo nie miała nic do powiedzenia. Jedyne uczucie jakie wywołuje, to zażenowanie.