Kłamstwo, niewiedza, głupota?

Kto mówi, że nie boi się śmierci, albo kłamie, albo nie wie co mówi, albo jest głupcem. Pragnienie życia, jest naturą ludzką, w tym względzie nie różnimy się od reszty istnienia.

 

Przeczytałem właśnie na jednym z portali artykuł o ty, jak to mistrz hinduski opowiada o świecie. O tym, co w środku i co na zewnątrz. Uwielbiam filozofie wschodnie: chińskie, hinduskie. Uwielbiam mądrości mistrzów tych filozofii, to dzięki nim, zanim jeszcze dostrzegłem obłudę katolicyzmu, „małość” katolickich funkcjonariuszy, oddaliłem się od tej religii. Filozofiom wschodu zawdzięczam więc bardzo wiele, gównie „otwarcie oczu”.

Ale na koniec owych mistrzowskich opowiadań, napomknął był też o smierci:
 - A czy nigdy nie odczuwasz tego strachu (przed śmiercią – przyp. mój)?
 - Przeciwnie. Jestem nawet ciekaw śmierci – odpowiedział.

I już wiem, że mistrz ściemnia. Zapewne wierzy w to, co mówi, ale z pewnością (moim zdaniem) nie wie, co mówi. „Zauważyłem” bowiem, że wśród wspaniałych, celnych, olśniewających i niezwykle prostych, acz trudnych do odkrycia (jak z ciemnością i latarnią), mistrzom, niezaprzeczalnym mędrcom, zdarzają się…, komunały, albo może lepiej określić to jako… „tak powinno być”.

Wiem o czym piszę, bo… doświadczyłem. A nic tak nie uczy pokory, prawdy i odwagi w obalaniu komunałów, jak własne doświadczenie.

Tak się składało w mojej głupiej, szalonej i kompletnie nieodpowiedzialnej młodości, że kompletnie nie dbałem o życie. Życie uważałem za bezsens. Nie tylko się śmierci „nie bałem”, ale wręcz wyzywałem ją, wzywałem, prowokowałem. Nie chce mi się teraz opisywać motywów i okoliczności, bo to nie jest ważne. Ważna jest kompletna głupota. Kiedy „dojrzałem”, zmądrzałem odrobinę i… zacząłem przejawiać chęć do życia (zainteresowania, światopogląd, dom, kobieta, praca…), to śmierć zaczęła polować na mnie. Role się zmieniły, to ja stałem się gonionym króliczkiem i… uciekałem co tchu. I metafora króliczka nie jest tu akurat taka głupia, bo podobnie jak goniony królik, byłem kompletnie przerażony, paraliżował mnie strach przed… śmiercią.

96729ff8ba92b0d1998aadc4faf3faab.jpg

Nigdy nie doświadczyłem jakiegoś tam tunelu i światełka, jakiegoś tam zapraszania babć i innych krewnych: „Chodź, chodź, to jest pięknie” - jak opowiadają ci, którzy doświadczyli życia po życiu. Ale parę razy doświadczyłem granicy. Bytności na przemian po jednej i po drugiej stronie, niczym dziecko grające w gumę, skaczące to na jedną stronę, to na drugą, rozciągniętej, sprężystej tasiemki.

Kiedy leżałem w agonii w swojej pościeli, przytomny, ale kompletnie bez sił, lekarz już wyszedł, przyjaciel też, bo nie chciałem, żeby ktoś był i patrzył, myślałem tylko o jednym – muszę żyć! Nic nie załatwiłem, niczego nie skończyłem, gdybym teraz odszedł, byłbym najgorszym skurwielem pod słońcem. Co zrobi żona, rodzice, przecież wszystko jest w trakcie, trwa, nie mogę tak po prostu: „spadam stąd”. A i to nie wszystko. Ja też chciałem czegoś nie stracić: Małysz znów pewnie wygra puchar. I ja mam tego nie oglądać?  Betkę (sunię) trzeba będzie do lekarza, bo musi operację mieć…, przecież ona zdechnie z tęsknoty za mną, kocha manie jak wariatka. Dostałem nową książę, zbieram się do jej czytania już od miesiąca…, przecież muszę ją przeczytać, ostrzę sobie na nią zęby już od roku, a teraz, jak ją mam, mam to stracić. Takich myśli – powodów, dla których nie możesz umrzeć są tysiące w takiej chwili. A wszystko sprowadza się do jednego – strachu absolutnego! Strachu przed śmiercią. Paniki wręcz.

Ale śmierć „robi swoje”, nie powie:
 - Dobrze Andrzejku, to ja spadam, a ty sobie żyj - ona jest natrętna i właśnie dlatego budzi strach.

Kiedy tak leżałem, żona kompletnie bezradna krzątała się po kuchni, robiła jakieś tam herbaty…, sunie usadowiła się w fotelu i patrzyliśmy sobie w oczy. Była smutna, wiedziała, że jest ze mną źle. Nagle zaczęła falować razem z fotelem i szybko się oddalać. Ja równocześnie poczułem się kompletnie lekki, absolutne poczucie ulgi – wszystko przestało, a sunię już ledwo dostrzegałem, tak daleko odpłynęła. Z ca łych sił wczepiłem się w prześcieradło i to co pod nim (nie wiem jak to nazwać – materac, w każdym razie to, co jest na wersalce na czym śpimy) i ostatnim… cudem wydobyło się z mojego gardła potężne „nie”, które, jak okazało się w opowiadaniach żony, było ledwie słyszalnym szeptem, ale bardzo zdeterminowanego, wczepionego we wszystko człowieka, łapiącego oddech jak ryba na ladzie „nie”.

Powtórzyło się to kilka razy tamtej nocy. Przeżyłem. Ale nigdy nie zapomnę strachu, panicznego strachu przed śmiercią, jaki mi towarzyszył. Od tamtego dnia, wryła mi się w świadomość jedna prawda – moja prawda: „Byle jak, byle gdzie, ale muszę żyć. Życie bowiem, to jest jedyna rzecz, której doświadczania jesteś pewien. To jest w ogóle jedyne, czego jesteś pewien. Jeśli to stracisz, będziesz, albo nie, nigdy nie będziesz tego wiedział. Więc trzymaj się tego, co wiesz, bo to wszystko, co ci zostanie, jeśli wszystko stracisz. Ty, to życie – życie, to Ty”.

Pomyślicie sobie: „No dobra, to Twoje doświadczenie, ale dlaczego ten mistrz hinduski nie mógł mieć swojej racji?”. Otóż z bardzo prostego powodu: ten mistrz mówił o tym, co myślał, że myślałby, gdyby czegoś doświadczył (a nie doświadczył), ja, oprócz własnych doświadczeń, mam, znam, doświadczenia innych.

Często słyszymy w telewizji: życzenie eutanazji, albo życzenie śmierci osoby umierającej w hospicjum… Ale to wszystko nie jest tak. Dlaczego pan, który chce umrzeć wrzeszczy o tym na całą Polskę, we wszystkich możliwych telewizjach? „No coment”, domyślcie się sami, zresztą, nie musicie się domyślać, bo przecież ten człowiek żyje i „odrodził się na nowo”. Kiedy do hospicjum przychodzi gość z kamerą i mikrofonem, umierająca kobieta mówi o tym, że jest gotowa na śmierć, że jest jej dobrze (bo pewnie jest – w wielu hospicjach dobrze dbają o chorych), że jest przygotowana w każdej chwili. Spróbujcie jednak przyjść do tej samej kobiety bez kamery i mikrofonu, pogłaszcze ją po głowie, pomówcie czule, powiedzcie, że jest wspaniała, że ja lubicie, albo kochacie, że jest cudowne słońce, a jeśli tego dnia ból jest nieco mniejszy niż wczoraj, zapewniam, że ostatnia rzeczą, jakiej by oczekiwała będzie śmierć. Więcej, będzie się panicznie bała umrzeć.

Znam wielu starców, którzy, kiedy źle się czują, „błagają o śmierć”. Ale kiedy nie podać im herbaty, albo nie zmienić prześcieradła, przeklinają:
 - Tak, bo byś (Pan by) chciał, żebym już umarł (umarła) – mówią z takim wyrzutem, że nie można nie wyczuć pragnienia życia, strachu przed śmiercią. Kiedy czują się lepiej, myśl o śmierci usiłują schować w najgłębsze zakamarki swojego jestestwa, aby samemu jej nie znaleźć.  

Są jeszcze samobójcy. No, co to na pewno nie boją się śmierci. To bzdura, boja się, jak wszyscy inni. Jednak strach przed życiem, waży odrobinkę, o piórko więcej, niż strach przed śmiercią. Ci ludzie boją się podwójnie. I życia, i śmierci, a gdyby mieli o kilka sekund czasu więcej, musieliby wybrać życie. Nie zdążyli.

Kto mówi, że nie boi się śmierci, albo kłamie, bo tak trzeba, bo tak jest lepiej, bo tak wypada, albo nie wie co mówi, albo jest głupcem.

Życzenie własnej śmierci, realnie rzecz traktując, nie istnieje. Pragnienie życia, trwanie, jest naturą ludzką i w tym względzie niczym nie różnimy się od naszych krewnych – zwierząt.

Instynkt przetrwania jest najbardziej pierwotnym instynktem wszelkiego istnienia na ziemi. Również człowieka.