Kapitan niespełnionej żeglugi

Do prawdy ,do szczęścia droga daleka-to chwała prorokom co do marzeń wiodą człowieka

 

Zeglarz
Od maleńkości , jak  kot   swoimi ścieżkami chodził, w wieku trzynastu lat łódką rybacką do okola świata. ruszył, nim odbił od brzegów Bałtyku capnęli ,milicja przywiozła   do  domu i nie spuszczała wzroku do końca burzliwego żywota. A  jak  zmężniał na kuter dosiadł , choroba morska na ląd jednak wyrzuciła,a Bałtyk oknem na świat wabił go wciąż . W porcie był dokerem ,spoglądał na kutry i marzył głośno o jachcie, dalekich rejsach, uznano to za zamiar ponownej ucieczki ,wygnano na Śląsk do kopalni.
 Jak cygan koni zmieniał pracę., drwalem i rybakiem ,hodowcą gęsi i plantatorem był. Zimą limby ścinał, latem na Mazurach , nadmorskich lasach pozyskiwał żywicę Przystojny,silny, wysportowany po pracy na plaży muskuły prężył,a turystki w majtki sikały, wieczorem tęsknym wzrokiem w parku i kawiarniach wabiły.
Na wyspie Wolin w domku drwala żył ,o hodowali jałówek i pasiece pszczół marzył.,bez forsy nie zbuduję jachtu,pomóż ,prosił .Z jodeł do kubeczków żywica powolutku spływała ich  zawartość do beczki wlewał. Ile beczek na jacht trzeba,pytał? 
...
. Kiedy przyjechałem tam , drzwi otworem stały., na kołku powiewał sztandar z napisem wolność i swoboda. ,a na plocie dyndały poroża jelenia
W kuchni gotowałem wodę na herbatę,a Słonce chowało za sosnami , od zalewu płynęła siwa mgła., wiatr pachniał żywicą .Na ganku piłem herbatę i myślałem o życiu,które tak się wichruje wbrew naszej woli
.Pomóż bratu, gubi się ze swoja sprawiedliwością, zmysły traci,a nam brakuje już sil , krążyły w glowie slowa matki
A pod lasem ktoś śpiewał:...i szkoda lata..i żal mi ludzi jest.., drogą polną szla młoda kobieta .. Rozpięta spódnica odsłaniała uda ,a długie jasne włosy wiatr zarzucał na twarz,odgarniała je odruchowo i zmierzała w moim kierunku
Olek, odezwała się radośnie, co tak stoisz , rozchyliła ramiona i zaczęła ku mnie biec...Nagle stanęła jak wryta, boże,pomyliłem się! Pan taki podobny ,chyba starszy brat Tak ,-odpowiedziałem ,a na Olka czekać. trzeba Zaprosiłem do chatki i poczęstowałem herbatą. Czuła się   swobodnie niby ryba w wodzie. Znała każdy zakątek domu. Rozmawiała  poklepując  po ranieniu ,braciszka poznała  na płazy Jest asystentką w akademii wychowania fizycznego. , mężatka dzieciata,mąż  nie dogadza ,chodzi   na zebrania partyjne, utrwala władzę ludową... ,chwaliła braciszka  za sprawność i siłę
.Szkoda,ze mój stary nie jest taki jary,nie musiałabym się turlać  pociągami    na wyspę. .Opowiadała   o igraszkach z bratem na polanach leśnych i dzikich  plażach  , odsłaniała niby bezwiednie  jędrne uda  
W kąpielówkach byłem ,widziała ,jak pręży się wygłodniały rozpustnik! ,Oblizała wargi językiem i szepnęła, brat    mówił,ze dzielicie się babami.
Szczypiąc pośladki wolała ,jeszcze, nie przerywaj...aż gejzery trysnęły  Zeskakiwała z konika i spijał ich nektary w pozycji dziewięćdziesiąt sześc,..Rano , czerwone  uszy z odciskami  zębów i podrapane plecy miałem a ona w skowronkach smażyła jajecznicę i prowokowała dalsze igraszki.
Na szczęście wrócił braciszek Wygląd świadczył,ze tez miał pracowitą noc. Pod pozorem zmiany kubków z żywicą wyniosłem się z domu , Spacerowałem do późnych godzin  po lesie, myśli wokół rodziny krążyły

.Nie mogłem zasnąć, za ścianą jęczała,nogami wierzgała w ścianę Uchylając drzwi - pomóż prosił. Oj nie , wczoraj napracowałem się, powiedziałem odwracając się na drugim bok i usnąłem wreszcie .
Obudził łomot na poddaszu.,zajrzałem tam , nie było żywej duszy,
Brat uśmiechnął. kiedy o strychu wspomniałem, do tego hałasu jak do teściowej można się przyzwyczaić
podczas wojny czerwonoarmiści córki gajowego, gwałcili a jego wrzucili do kanału ,a teraz przychodzą w nocy. I dla tego tu nikt nie chce mieszkać, relacje te potraktowałem jak bajeczkę dla przyjezdnych,
Następne noce były spokojne , pachniały żywicą, sowy w pobliżu hukały głośno,a braciszek mówił,ze to siostry zamieniły się w skrzydlate,a mogą być i sarenkami
,Rano przyszły na podwórko dwie i zjadały chleb z  ręki,a na mnie zerkały zalotnie kołysząc biodrami jak baletnice ,czegoś podobnego w życiu nie wiedziałem,a braciszek przekonywał,ze to nie sarenki,a córki gajowego
. Kochał  przyrodę, słyszał jak jej serce bije,jak trawa rośnie., wędrował z siekierą po lasach i rozmawiał. z ptakami ich głosem,tego mu zazdrościłem
 
Odprowadzałem na przystanek dziewczynę , a brat z leśniczym pozyskaną żywicę liczyli
Przytulona do mnie wygłaszała monolog.
Nie ma miłości ,są tylko dążenia do niej ,a seks siłą twórczą , bóg ukarał Onana,ze nie chciał tykać żony brata swego, was nie ukarze , dzielnie się wspieracie, przyjadę za miesiąc popykać wasze fajeczki i rękę posunęła poniżej pępka,,
Pod drzewkiem po kawaleryjsku ,czy na między po bożemu zapytała prowokacyjnym głosem. Kobiecie się nie odmawia,,a pożegnać się trzeba I o to chodzi pochwaliła
Wrócę tu znów,, Marią Magdaleną waszą będę,bo moje marzenia spełniacie
, powiedziała wsiadając..do autobusu ,będę spałować żywicę z waszych jodełek Czekajcie,a wrócę
Leśniczy dziesięć beczek żywicy przyjął ,a zapłacili  za połowę., muszę z czegoś żyć,wyjaśnił ,a gajowy radził cicho być. Pokorne ciele dwie matki ssie ,pouczał,drwale też ostrzegali ,nie krytykuj nie podskakuj sieć na dupie i potakuj
Napisał jednak skargę do prokuratora i wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle. Z plecakiem na plecach szedł ścieżką na przystanek z dyscyplinarnym w kieszeni zwolnieniem i nienawiścią do władzy.
Nad Soliną zbierał jagody i grzyby, sprzedawał w punktach skupu ,kierownicy oszukiwali jak leśniczy przy, żywicy
Złodzieje krajem rządzą krzyczał,a ludzie głusi i niemi stali obok niego , przybłędów ,donosicieli wyrzucamy na zbity pysk,powiedział komendant posterunku w Ustrzykach Górnych. Zielone wzgórza nad Soliną jagodami pachniały,kiedy je opuszczał z plecakiem na plecach, jechał autostopem na Mazury
Skierowali nad Czarne jezioro. Szałas tam zrobił i spałował żywicę, pozyskiwał karpinę,Córka gajowego z młodą matką prosiły”zamieszkaj u nas, na poddaszu dwa pokoje mamy”, wracając ze sklepu ,kaszankę na pieńku zastawiali.
Przyjedz pisał,motor kopiłem,wozić będę na dziewuchy. Urlopowałem pozyskując karpinę łowiąc ryby z tratwy ,a pluskały i kaczki nurkowały,,a na bagnistym brzegu długonogie czaple z wyciągniętymi dziobami czekały w bezruchu na zdobycz.
Tu wielgachne karpie i liny,pamiętają czasy Wilhelma mówili starzy Warmiacy Wytaskałem metrowego węgorza,żarcie na cztery fajerki,ognisko płonęło,butelki stały przy sośnie
Gajowy tęgo chlał, napełniałem musztardówki czystą kapslowaną ,panie gajowy ,siup w partyjny dziób, wołałem wyuczone słowa ,a .zonie jego świeciły oczy niby gwiazdy na niebie ,kiedy spozierała na umięśniony tor braciszka,a córeczka strzygła oczętami i ocierała się o moje kolana przy smażeniu ryb jak kotka mrukliwa i ciągnęła na tratwę,pływać pod gwiazdami chciała
Leciutki aromat drzew niósł wiatr z lasu i łagodnie pchał tratwę. W toni jeziora odblaski gwiazd,na ich tle biały żagiel na tratwie jak skrzydło anioła prowadził w szuwary,szmer wody ,plusk ryb,rechot żab i trele słowików. ubarwiały chwilę , poczułem bicie własnego serca.
.gdzieś dalej stukał dzięciol i pogwizdywał kos,sosny śpiewały,każda inaczej. Wszystko było tu na miejscu -tylko nie człowiek.. Drzewa w mnogości tworzą harmonie,a ludzie w zagęszczeniu dysharmonie...Myśli te i inne nachodziły skokami. Odczuwałem zbratanie z sosnami i klującym jałowcem,,uspokojenie i delikatną radość czułem i może to wszystko stanowiło szczęście istnienia
Ilekroć patrzę w kosmos,sprawy ziemskie tracą sens. Z bezradności poznania jego tajemnic pewnie zrodziła się wiara w boga,powiedziałem , bądź moim bogiem na tratwie i miłuj mnie jak on prosiła zapatrzona w otchłanie kosmosu ,a jej bliskość .zniewalało., nadchodziła burza naszych serc. Za dziecinna jesteś na te klocki wskakując do wody krzyknął,pachniała tatarakiem ,to  frajda lepsza niż żłopanie wodzi  mówiła,  woda wykipi ,jakiś gorący, szczebiotała  przy moich biodrach Wyskoczyłem z wody,bo licho kusiło i  biegłem  do ogniska ,a komary bzykając goniły nas
Pijanego gajowego do domu, taskałem ,a żona  braciszkowi spodnie w szałasie ściągała .Wódka sprawiała ze odbiór karpiny i żywicy szedł jak po maśle ,a wyplata bajeczna. Trzeba umieć budować socjalizm pouczałem braciszka ,.a bzykanie żony szefa nie uchodzi, ona  na mnie sama  wchodzi,ripostował Oby  tak dalej, dwa jachty zbudujemy,pocieszał  i dalej robił swoje ,motylkiem pływał,na plaży prężył muskuły.,a szałas zamienił w harem. Ryb nie nadążałem łowić,kuracjuszki z Warszawy wilczy apetyt miały, pewnego razu  swawoląc  szałas  zapaliły ,w majtkach do ośrodka wróciły Wtedy bunkier  zbudował,to dopiero dom,powiedziała gajowa zasłaniając właz kotarą, zazdrością kipiała ,inny bab tu  nie chciała, donos zrobiła,że ulotki  brat daje do czytania,glina spisała nas tylko  ,gajowy poręczył.,ale za parę miesięcy  zwolnienie wręczył. Wrócił do  Warszawy  ,pokazał harmonię pieniędzy, matka przeżegnała się z radości,a ojciec jak za dawnych lat zagrał na harmoszce .Zbudujemy jacht,pomogę tobie braciszku rzekłem
W ogrodzie z materiałów kombinowanych ,bo przydziału na zakup ich nie dawali budowaliśmy mozolnie  marzenie z dzieciństwa
Z kradzionego budują- znajomy ormowiec donosił ,rachunków żądali,w areszcie braciszka zamknęli, lewe  rachunki okazałem  ,wpuścili ale oka z nas nie spuszczali. Forsy
zabrakło, niedokończony stał pod jabłonkami,kontraktował len , hodował gęsie-, by grosz mieć,   ,na plantację lnu krowy z pegeeru właziły,a na gęsi pomór padł
Za len i gęsi zapłacili tyle co kot napłakał, skargi do wojewody elbląskiego, jak umarłemu kadzidło pomogły. Kruk krukowi oka nie wykuli,pisz lepiej do boga,radziłem, finansowałem budowę jachtu do końca,
Wodował  na Zalewie Zegrzyńskim ”.Omegą nazwał rozbijając o burtę butelkę gruzińskiego szampana ”. W Kurierze polskim napisali, „robotnik  żegluje za swoje zarobki” i zdjęcie tam jego było. I chociaż sztukę żeglarza miał w palcu, sternika dali ,po wodach słodkich pływać pozwolili, bo figurował jako uciekinier łódką
Wisłą   dopłynął do Zalewu Wiślanego, tam wopiści w kajucie ulotki zobaczyli ,jakaś baba zostawiła wyjaśniał,zamknęli na osiem dni,a kiedy wrócił na brzeg zalewu , podziurawiona  Omega pogrążała się w głębiny,a łabędzie  krążyły wokół jej, łzy pociekły  ,jak wtedy,gdy mnie obejmował po pięciu latach odsiadki.
Zbudujemy lepszy pocieszałem . Posępny jak mur więzienny stal wpatrzony w złamany maszt z poszarpanym białym żaglem,Jego 'marzenia” przywróciło się na lewą burtę,woda zabulgotała,łabędzie zerwały  się do lotu, tonęło w jego łzach.
Wieczorem ognisko płonęło ,a meteoryty leciały ku ziemi,kreśląc srebrną smugę wysoko nad nami
Wszystko leci z rąk ,jak one z nieba, Myślałem,ze popłynę,gdzie nie ma tych kanalii,powiedział ze smutkiem w glosie,a  dziewczyna z ostatniego rejsu pocieszała;
zabiorę do Karpacza na zawsze i nie oddam ,żądnej innej babie,
-tak bardzo ciebie kocham.-dodała cichutko, błogosławiłem jej słowa z nadzieją na lepsze .
Siedział z rodzicami kilka miesięcy,ale ciągnęła listami do Karpacza
.Śnieg chrzęścił pod nogami, z plecakiem na plecach szedł do niej . Po obu stronach ścieżki śmigały  dorodne sosny Ranek słoneczny ,a mroźne powietrze szczypało uszy,budziły nowa nadzieje w duszy. Miał  zarabiać na drugi jacht
W warsztacie szkolnym kolegi gromadziłem blachę na   jego budowę  i myślałem ,ze na przekór przeciwnościom  losu wypłyniemy w daleki  rejs,a  na pogrzeb jechałem jego  . Zginął pod kolami samochodu ze ulotkami w plecaku, Teraz limby mu pieśnie śpiewają o młodości górnej i durnej o wieku męskim pełnym klęski, nie wysłane
skargi na pożółkłych   już kartkach   pachą  wciąż żywicą  ,a  biały żagiel  fale  oceanu    pieszczą, widzę jak płynie po runo złote .Zycie to chwilka,mówił przed śmiercią,jakby ją przeczuwał. Cześć twojej pamięci.,kapitanie  niespełnionej żeglugi!