Kapitan Kavior, a sprawy Ziemi

Odległe cywilizacje, nawet najbardziej drapieżne, nie zagrażają Ziemi. Dopóki nie posiądą silników doskonałych i broni, której rozum ludzki nie obejmie.

 

Moja wyobraźnia jest niczym Latający Holender uczyniony z sowieckiego lodołamacza. Poza wszelką kontrolą i szansą ujarzmienia. Pozostaje mi liczyć na to, że Czytelnicy będą pobłażać tak mojej makabrze, która świętości nie uznaje, jak kpinie przeciw nim samym zuchwale skierowanej...

 

 

Piotrowi Gruntowi, za wspólne pasje literackie i... wspólne poczucie ironii

e210334df8925aaed3ef29982a635b81.jpg

Kapitan Kavior, a sprawy Ziemi

To się stało w jednym czasie. W zasadzie tego samego popołudnia. Flota planety Kapium osiągnęła gotowość inwazji na System Słoneczny, a pilot sterowca Kavior otrzymał upragniony awans na kapitana.

Prace nad ulepszeniem silników sterowców uderzeniowo-jasyrowych trwały 600 lat. Ostatecznie się udało. Silniki były gotowe – teraz armia Kapium potrzebowała raptem 40 lat, by osiągnąć orbitę Ziemi.

Wzmocniono i broń stanowiącą o sile floty. Nowe działa z odlewni skolonizowanych i genetycznie upodlonych Vidłaków pozwalały emitować strumień niszczący w jednej chwili tak struktury społeczne, jak struktury skał okruchowych, ilastych oraz – to wstrząsało przełomem – wszelkie kryształy hipautomorficzne. Zwłaszcza te na wpół własnokształtne.

To była broń przełomu.

Kapitan Kavior był znakomitym pilotem. Potrafił wyprowadzić z korkociągu sterowiec dotknięty serią eksplozji wodoru oraz jednoczesną rebelią stewardów Vidłaków. Gdy z korkociągu wyprowadził jedenasty sterowiec, zdecydowano tak o jego awansie, jak o wprowadzeniu sterowców do armii w miejsce podejrzanie niezawodnych wahadłowców.

Kavior słynął z poczucia humoru. Kiedy rozpadający się sterowiec opadał beznadziejnie w dół, trawiąc ogniem i gazem spanikowanych załogantów, kapitan udawał, że zasiada w bibliotece pokładowej do przeglądu prasy. Albo krzyczał, że w kawie musiał być narkotyk, przewracał się teatralnie – co wychodziło doskonale, bo okrętem rzucało jak preclem w trąbie powietrznej – i symulował śpiączkę.

Czasem przebijał się przez obłoki gazu i płomieni, by wyszukiwać zbuntowanych, acz półprzytomnych już Vidłaków i proponować im honorowe pojedynki na kordelas lub działo jonowe, „dopóki trzymamy kurs, panowie”.

Ale zawsze zdążył wyprowadzić sterowiec z korkociągu. Nie stracił żadnego z nich.

Miał sześć żon i dwa tuziny adiutantek. Połowę z tego orszaku wypchnął ze sterowców, zwalając winę na Vidłaków.

Był znany z pobłażania i dzielenia się wszelkim dobrem, zwłaszcza zdobytym na jeńcach - których tak natrętnie zmuszał do ucieczki, że w końcu nawet najbardziej niechętni w desperacji się do niej rzucali.

Wszystkich ich zabijał działem jonowym, z którym nie zwykł się rozstawać. Zdobyte łupy rozrzucał ze sterowca nad stolicami planety, co było szczególnie widowiskowe, gdy czynił to po eksplozji bomby w zbiornikach wodoru.

Do łupów przywiązywał stewardów, a bombę sam podkładał.

Był najlepszym pilotem w historii Kapium.

Której to planety nigdy nie opuścił, gdyż, jak sam wyznał, dławienie buntowników jest mu milsze, niż rajdy po kosmosie, gdzie nikt mu nie zagwarantuje dostępu do łatwopalnych gazów.

Jaki zatem jest związek kapitana Kaviora z Ziemią?

Żaden. Oczywiście, że żaden. Dowódcy planety nie byli idiotami. Morale szeregowca rzecz ważna. Średnia długość życia Kapiumczyka wynosiła pół roku. Lot bojowy na Ziemię stawiałby więc pod znakiem zapytania istotne dla ducha wojennego sprawy przepustek na urlopy i kuracje w zdrojach.

Dlatego nigdy go nie planowano.

Czy zatem jest sens, byśmy my, Ziemianie, musieli sobie zawracać głowę kapitanem Kaviorem?

Pewnie, że nie! I po co ten cały raban?