Kabotyńska nostalgia.

Jak to się wszystko zmienia, jedno krótkie życie, a zmian, że ho, ho !

 

Mój były teść jest z zawodu elektrykiem. W czasach swej aktywności zawodowej, przed wyjściem do pracy zakładał czyściutka, wyprasowana biała koszule, krawat, garnitur i zależnie od pory roku stosowne okrycie wierzchnie, plus opcjonalnie kapelusz lub futrzana czapkę. Do solidnej skórzanej teczki z okuciami pakował starannie zawinięte kanapki i termos z herbata. W swym zakładzie z pietyzmem odwieszał garnitur do metalowej szafki, nakładał kombinezon roboczy, brał torbę z narzędziami i ruszał do swoich zajęć. Po pracy przebierał się w swe najlepsze ubranie, by przejechać komunikacją miejską do domu, wstępując ewentualnie do sklepu, czy kiosku. W domu też gdy nie miał nic akurat do roboty, uwielbiał do wieczora paradować w swym „miejskim uniformie”.
Ów, pieczołowicie kultywowany latami przez teścia rytuał odzieżowy był powodem pewnych niesnasek na początku mego małżeństwa. Pracowałem w tym czasie jako główny specjalista w biurze etnograficznym CZ „Cepelia”, było lato jeździłem więc zatłoczonymi tramwajami ubrany w krótkie spodenki, bawełnianą koszulkę z parcianą torbą na ramieniu. W pracy trzymałem w szafie rynsztunek urzędnika w postaci trzyczęściowego garnituru, koszuli i krawata, w które obligowany przez staroświeckiego prezesa, niechętnie się przebierałem. Mojej żonie w głowie nie mogło się pomieścić, że pracując na takim stanowisku w biurze, ubieram się do pracy jak to określała - „żulik spod budki z piwem”. Starała się mi to nawet wyperswadować szykując co rano wyprasowane koszule i spodnie, które ja uporczywie ignorowałem.
Biorąc pod uwagę fakt, że w tamtych czasach koszula z krawatem była akcentem wyróżniającym tzw. „inteligenta pracującego”, motywem potwierdzającym status pracownika umysłowego, mogę teraz z całym spokojem stwierdzić, iż obaj z teściem byliśmy na równych, choć przeciwnych biegunach kabotyństwa.
On swym strojem maskował zawiedzione ambicje i nadzieje bycia kimś więcej niż robotnikiem, ja natomiast skanalizowanie marzeń o karierze polskiego Levi-Straussa  urzędniczą pracą biurową. Preferowane przez nas sposoby ubierania, dawały nam ulotne i złudne poczucie, że choć w oczach obcych ludzi na ulicy, jesteśmy kimś innym niż w szarej rzeczywistości.
Obserwując dzisiejszą warszawską ulicę w godzinach szczytu, już takiego wyraźnego podziału na fizyczny – umysłowy zauważyć się nie da.
Wraz z transformacją ustrojową zmieniły się też wyraźnie preferencje, marzenia i ambicje okazywane na zasadzie jak nas widzą, tak nas piszą. Nie określająca pozycji materialnej dychotomia „fizyczny – umysłowy” zastąpiła zależna od dochodów: „biedny – bogaty”.
Naszego statusu już nie formułuje biała koszula i krawat, lecz odpowiednio wysoka półka butiku z markową odzieżą.
Ta zmiana sygnałów wysyłanych za pomocą wyglądu utrudniła początkowo pracę całej sfery obsługi klienta. Dawniej garniturowo – krawatowy obywatel automatycznie tytułowany był dyrektorem, czy prezesem, obecnie ocena marki i klasy wymaga wyrobionego oka i przyswojenia pewnych umiejętności. Odnoszę jednak nieodparte wrażenie, że w odróżnieniu ode mnie większość społeczeństwa sztukę tę opanowała perfekcyjnie.
Eh, łza się nam starym kabotynom w oku kręci. Kiedyś tak niewiele było potrzeba, by choć na chwilkę poczuć się kimś innym, a teraz trzeba się na to rzeczywiście solidnie napracować. A jakiej wymowy nabrało w tym kontekście powiedzenie - „biednyś, bo głupiś, głupiś, boś biedny”? Nie wiem, chybam jednak głupi.

Paweł Ilecki.