John Carter - recenzja

Wielki spektakl ludzkiej wyobraźni, jakim jest film 'John Carter' robi wrażenie, udawadnia, że dzisiaj w kinie możliwe jest wszystko.

 

 

3f7f96f02581f3ed5c8004a7322d3b3f.jpg

 

"John Carter" to ekranizacja powieści Edgara Rice Burroughsa o przygotach człowieka na Marsie. To klasyczna fantastyka po raz pierwszy zekranizowana, choć prób było już kilka. Nie ma się co dziwić, bo wyobraźnia autora książki mocno wybiegała poza możliwości techniczne kina. Dziś w kinie można wszystko i rzeczywiście film jest feerią efektów specjalnych z najwyższej półki. Chociaż wiemy, że za efekty dzisiaj odpowiadają spece od grafiki komputerowej, to podczas oglądania filmu zapomina się o tym, postaci wykreowane w zaciszu pracowni komputerowej żyją własnym życiem, są doskonałe, poczynając od swoistego pieska, poprzez zwierzęta, aż po czteroręką rasę z Marsa. Ogromne plany, wspaniałe pojazdy, wszechobecny rozmach i to wszystko w 3D. To robi wrażenie.

 Jednak na stronie wizualnej zalety filmu się kończą. Poza ciekawym początkiem, gdy John Carter próbuje uciec od wojska oraz samą końcówką, gdzie zarysowana jest ciekawa intryga, cała reszta razi stylem retro z lat 50-tych. Książka to klasyka fantastyki, nieco już trącącą myszką, szkoda że reżyser nie uwspółcześnił nieco stylistyki. Pozostają więc superzdolności, supersiła, księżniczki, patos w dialogach itp. Wszystko jest tutaj sztampowe, nie ma żadnych nowinek. Miałem wrażenie, że wszystko już gdzieś widziałem, a to w "Gwiezdnych Wojnach", w "Conanie" , "Diunie", czy w "Avatarze". 

Jednak najsłabszą stroną filmu jest aktorstwo. Szczególnie raziła mnie postać księżniczki, grana przez Lynn Collins. Owszem, co do urody aktorki i postaci nie można mieć żadnych zastrzeżeń i to tyle. 

Montaż jest momentami dziwny, jakby reżyser próbował na siłę pozbyć się "dłużyzn", które moim zdaniem poprawiłyby opowiadaną  historię, a głównej postaci nadały charakteru (chodzi o sceny śmierci żony na Ziemi - nie wiadomo skąd i dlaczego).

Muzyka nie jest charakterystyczna, nie ma żadnego motywu, który można łatwo zapamiętać.

Słowem, jeśli ktoś lubi nowinki techniczne, efekty specjalne, dobre zdjęcia, retro-fantastykę, to film polecam. Dla tych, którzy wolą dobrą historię polecam raczej "Hugo i jego wynalazek".