Jak przetrwać pierwszy dzień w przedszkolu?

Dawno nie widziałem tylu łez w jednym miejscu. Tak, mówię o przedszkolu - padole rozpaczy. Ale zacznijmy od początku.

 

- Małgosiu, a wiesz, co zrobić, jak się zgubisz?
- Wiem.
- A jak zachce ci się siku?
- Też wiem.
- A jeżeli… - pytaliśmy bez końca.
I chociaż Gosia była przygotowana już chyba na każdą ewentualność, to my najwyraźniej nie byliśmy jeszcze gotowi na takie rozstanie. Stresowaliśmy się zdecydowanie bardziej niż ona.

Do przedszkola poszliśmy wszyscy razem. Kiedy dochodziliśmy na miejsce, naszym uszom dały się słyszeć odgłosy nieprzeniknionej rozpaczy. To płakały dzieci… Płakały? Mało powiedziane! Niektóre skręcały się z żalu, inne wołały przez łzy: mama, mama, maaamaaaaa! Ale nikt nie odpowiadał. Ja jestem facetem. Z założenia powinienem być twardy. Ale tego widoku nie mogłem znieść.

Ku naszemu zdziwieniu Małgosia przemknęła przez sam środek doliny płaczu z uśmiechem, choć lekko zmieszana. Przebrała się, wyraziła zachwyt nad swoją szafką w szatni i bez problemu dała się zaprowadzić do sali. Nie uraczyła nas jednak wylewnymi buziakami, ani nie rzuciła się nam na szyję. Na pożegnanie musieliśmy zadowolić się zwykłym „pa”...

- I to już? Tak po prostu mamy wyjść?! Nie jesteśmy na to gotowi! - mogliśmy tylko pomyśleć, bo mówić nie wypadało.
Wyszliśmy, znów przechodząc przez padół płaczu i wylewnych pożegnań w korytarzu.
- Małgosia jest dzielna i na pewno sobie poradzi - powtarzaliśmy sobie po cichu.

Na zewnątrz pachniało jakoś inaczej, jak nigdy dotąd. Chyba tak pachniała wolność… Jako rodzice świeżo upieczonego przedszkolaka podreptaliśmy na spacer do parku, potem na lody - to nic, że padał deszcz! Dobrze, przyznam się: próbowaliśmy wmówić sobie, że jesteśmy spokojni. Przez chwilę nawet usiedzieliśmy w domu. W końcu jednak trzeba było zacząć działać…

Trzeba było zobaczyć, jak radzi sobie Małgosia! Pod płotem przedszkola okazało się, jak wielu rodziców wpadło na podobny pomysł. Jedni skradali się przy żywopłocie i próbowali zobaczyć, czy dzieci nie bawią się przypadkiem na placu zabaw. Inni starali się zajrzeć przez okna. Oczywiście trzeba było zrobić to dyskretnie - niby niechcący, przechodząc akurat obok. Chodzili tak więc przypadkiem raz w jedną, raz w drugą stronę, rzucając przypadkowe spojrzenia. Żeby nie przeciągać, powiem tylko, że przez okna nic nie było widać. Choć warto było spróbować.

O 15:00 wszyscy poszliśmy odebrać naszą pociechę. Czekaliśmy na długie opowieści, chcieliśmy znać każdy szczegół!
- Fajnie było - musieliśmy się jednak zadowolić takim sprawozdaniem.