Jak podnieść ciśnienie Polakom.

 

 

 

 

Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie piję od czasu do czasu napojów energetycznych. Znam jednak takich, którzy z końskiej dawki słodzonej kofeiny uczynili sobie poranny rytuał i popołudniowy zwyczaj. Mieszają je z wódką, trzymają po lodówkach „na czarną godzinę”.

O szkodliwości tego typu napojów powiedziano już wiele. Znane są przypadki zapaści, a przyspieszone bicie serca i problemy z zasypianiem przeżył każdy, kto przedawkował ten tauryowo-kofeinowo-landrynkowy eliksir. Jest ich pełno. Większość z nich, zapewniam, nie różni się od siebie. Mam znajomego, który zjadł zęby na branży FCMG (produkty szybkozbywalne), więc nasłuchałem się o tym, jak łatwo wprowadzić na rynek „swój” energetyk. Istotnie, na rynku znajdziemy już napoje promowane przez gwiazdy sportu (Robert Kubica, Mike Tyson), muzyki (Zenek Martyniuk, raper Popek), a nawet polityków (Janusz Korwin Mikke). To tania i względnie łatwa forma promocji, można dość łatwo dorobić do niej marketing. Liczba podobnych produktów sprawia jednak, że spece od marketingu dwoją się i troją, jak przebić się do klienta. Pamiętna wojna o wizerunek Dariusza „Tygrysa” Michalczewskiego, która rozegrała się między firmami Maspex i Foodcare, jest tego doskonałym przykładem. Wygrał Maspex, producent „Tigera”, który ma w rynku energetyków potężny, bo kilkudziesięcioprocentowy, udział. Ten sam Maspex postanowił jednak pójść o krok dalej, a w zasadzie o krok za daleko. To, co uczyniono w ramach kampanii reklamowej, w której pamięć o Powstaniu Warszawskim skwitowano środkowym palcem, przejdzie do ponurej historii polskiego marketingu. Zapewne „kejs Tigera” będzie wykładany na zajęciach z reklamy jako przykład tego, jak nie należy postępować. Wpłacone w ramach przeprosin na konto pomocy powstańcom pół miliona być może odsunie od Maspexu widmo porażki. Jednak kołatania serca i podniesionego ciśnienia nie tylko u swoich klientów prędko nie zrekompensuje. 

 

Autor: Wojciech Mucha