Identyk

Spóźniłam się nieco, bo oficjalny dzień nauczyciela już minął. Ale to nic. Mówią, że lepiej późno, niż wcale.

Niniejsze opowiadanie dedykuje nauczycielowi, który jest w moim sercu do dziś i wszystkim innym nauczycielom obecnym na eiobie. 

796289bd7a8d1f24b6432f7bdab5d12f.jpg

(źródło: google)

 

Profesor Identyk pracował właśnie nad nowym wynalazkiem. Wprawdzie miał na swoim naukowym koncie wiele nowatorskich projektów, które w mniejszy lub większy stopniu służyły społeczeństwu, które w mniejszym lub większym stopniu rozsławiły jego złe imię, ale ten, nad którym aktualnie pracował, miał być inny niż pozostałe. Miał być wyjątkowy i razić utylitaryzmem po oczach.
Wcześniejsze projekty nie były nigdy szczytem marzeń naukowca. Nie były nawet pagórkiem jego sennych wizji. Bo jak nazwać szczytem wynalazek służący do podcierania tyłka? Jak nazwać szczytem wynalazek, mający na celu pomóc istotą ludzkim w wyciskaniu bobków? No jak? Jak bić pokłony takim gównianym wynalazkom? Profesor pragnął czegoś więcej, miał ambicje, plany. Chciał zrobić wszystkim dobrze, cokolwiek to znaczyło. Wiedział jak ciężko jest żyć, w końcu nie przypadkowo miał tytuł naukowy. Wiedział jak trudno jest trwać w świecie dziwnym, złożonym. Wiedział jak trudno jest funkcjonować pośród zróżnicowanych mas, zróżnicowanych pod wieloma względami. Różnych ze względu na wzrost, wagę, kolor oczu, sposób załatwiania się, sposób jedzenia kanapek, gryzienia makaronu, połykania zupy, siorbania herbaty, mlaskania przy jedzeniu, bekania po jedzeniu. Świat jawił się profesorowi i, podejrzewam, że nie tylko jemu, ale też rolnikom, rzeźnikom, nauczycielom, paradoksalnie politykom, sklepikarzom, tynkarzom, pisarzom, biegaczom, skoczkom w dal, skoczkom wzwyż, jako świat pełen rozmaitych barw. Pełen różu, który u nie jednego powodował już odruch wymiotny. Pełen czerwonego jadu, żółci z żołądka i brązu z...kasztanów oczywiście. Ten nowy wynalazek profesora miał być cudeńkiem nad cudeńkami. Miał być unikatem i ewenementem na skale, nie tylko krajową, ale przede wszystkim, światową.

- Wprowadzić ich wszystkich do kapsuły – krzyknął profesor do swojego pomocnika Kserka.
Profesor był opiekunem Kserka. Pomagał mu od wielu, wielu lat. Kserek był sierotą. Rodzice porzucili go w lesie, bowiem mały tuż po urodzeniu zdradzał cechy i zachowania, które wskazywały, ich zdaniem, na dziwną dolegliwość. Nie umieli dokładnie jej nazwać, a na wizytę u specjalisty, który postawiłby odpowiednią diagnozę, nie było ich stać. Jedno było pewne, nie umieli zaakceptować ułomności syna.
Mały od samego początku, czyli od momentu wyjścia z łona matki był bardzo niezaradny. Nie umiał sikać do kibla i walił śmierdzące kupy w gacie. Do tego,o zgrozo, zawsze po karmieniu coś ulewało mu się z buźki. Ponadto, zamiast mówić czego chce, wciąż ryczał jak nawiedzony. Dzieciak nie mówił nic. Cały czas wył jak dziki wilk. Para bardzo chciała stworzyć małemu dom, ale nie potrafiła. Załamała się. Załamanie było tym większe, gdy okazało się, że Kserek urodził się bez zębów. Te wszystkie nieszczęścia nie dość, że przygnębiły parę, to jeszcze rozzłościły. Nie mogli pogodzić się z faktem, że poczęli niedorajdę życiową. Tak się starali, a tu wszystkie starania na nic. W którym momencie popełnili błąd? Kto zawinił? Wina leżała oczywiście po stronie rodziców chłopca. Bez dwóch zdań. W czasie ciąży za często uprawiali seks i właśnie praktykowanie zachowań seksualnych spowodowało zatrzymanie rozwoju Kserka.
Kobieta godziła się na współżycie z mężem pomimo wewnętrznych obaw i niepokoi. Czemu więc wyrażała zgodę? Mężczyzna zapewniał ją, że to całkiem bezpieczne. Czyżby kłamał? Kłamał. Za każdym razem podczas stosunku tłukł Kserka swoim członkiem po główce. Dlatego zahamowanie rozwoju było tak bardzo widoczne, a uszkodzenia mózgu nieodwracalne.
Nie do pojęcia było, żeby dwudniowe dziecko nie mówiło, nie załatwiało się do nocnika, nie miało zębów i po każdym posiłku ulewało. Kserek doznał uszczerbku na zdrowiu z winy nieodpowiedzialnych rodziców, ale uszczerbku doznała tez kobieta. Tuż po urodzeniu syna z jej piersi zaczęła wyciekać dziwna ciecz. Najbardziej jednak winien był facet no i kłamstwo. Kłamstwo ma krótkie nogi. Właśnie, coś mi się przypomniało. Kserek, na domiar złego, miał również krótkie nóżki. Nic dziwnego skoro zrodził się z kłamstwa.
Małżeństwo rodziców chłopca nie wytrzymało próby czasu, rozeszli się tuż po tym, jak zostawili Kserka w lesie. Kobieta poszła w prawo, a mężczyzna w lewo. Los jednak w swej łaskawości zechciał, żeby ponownie się odnaleźli, aby spróbowali jeszcze raz. No i postanowili dać sobie szansę. Odnaleźli się na nowo po godzinie błądzenia w lesie. Popęd okazał się silniejszy. Ilu takich Kserków porzucili na leśnej polanie? Tego nie wie nikt. Ilu zginęło pożartych przez mrówki, lub inne leśne insekty? Dobrze, że Kserek miał tyle szczęścia i spotkał na swej drodze profesora, który zaopiekował się nim.
- Wprowadź ich wszystkich do maszyny, durniu!– krzyknął profesor po raz drugi, bo tamten jakby nie załapał za pierwszym razem.
Kserek jak zwykle wzdrygnął się na głos profesora, ale kiedy wrócił do siebie, bez mrugnięcia okiem wykonał polecenie. Zaczął zapraszać do machiny przymusowych ochotników wyznaczonych przez rząd.
Zapraszam – mówił. - Prosimy się rozgościć – zachęcał.
A ochotnicy wchodzili jeden za drugim. Niczym ludzie, którzy szli z opowiadań Borowskiego sunęli do czegoś na kształt komory gazowej. Każdy, kto dostał list z NFZ psychicznego ulokował się w kapsule. Zmieściło się 2746284 osób. Aż dziw bierze, że aż tyle weszło na pierwszy rzut. Musiało tyle wejść, bo premier wraz z ministrą edukacji byli nieubłagani, wydali rozkaz, aby zmieścić od razu całość pierwszej tury.
Do pierwszej tury zapisani byli uczniowie szkół średnich, liceów i szkół zawodowych, którzy ukończyli osiemnaście lat, i którzy, co jasne, ze względu na wiek posiadali już prawo wyborcze. Ta grupa była najważniejsza, bowiem przyszłość narodu, jak mawiało wielu uczonych w piśmie i nie tylko, leżała w rękach młodzieży. Tę grupę należało odmóżdżyć jako pierwszą i ujednolicić, przede wszystkim pod względem poglądów politycznych.
Drugie tury wyborów pochłaniały zawsze dużo pieniędzy. Rząd szukał oszczędności, wprawdzie nie tam gdzie trzeba, najciemniej zawsze pod latarnią, no ale ważne, że w ogóle szukał, dlatego też, postanowił, że od tej chwili wszystkie wybory będą zaczynały się i kończyły już w pierwszej turze. Należało tylko nakręcić wszystkich tak, aby zaczęli chodzić w jedną stronę, myśleć tak samo, a może nie myśleć, tylko działać. Chodziło o to, żeby stworzyć idiotów. W tym miał pomóc nowy wynalazek profesora Identyka.
Rząd, jakby mogło się jakiemuś idiocie wydawać, nie był wcale taki głupi i nie wierzył bezkrytycznie w niesprawdzoną machinę profesora, dlatego też już wcześniej podjął działania odmóżdżające. Na dobry początek, dla rozkręcenia zabawy premier wraz ministrą edukacji zmodyfikowali nieco listę lektur uczniom szkół średnich i liceów.
Zaczęli od starożytności. Mitologię zamienili na mitologizowanie przeszłości.
Utwory średniowieczne całkowicie usunęli z listy, w zamian za to, nakazali nauczycielom, aby wszystkie godziny, które przeznaczali dotąd na zapoznawanie uczniów z tę przestarzałą epoką, poświęcali na...na...na przykład na słuchanie muzyki.
Renesans został nietknięty. Jedyne, co zmieniono to to, aby większy nacisk kłaść na Kochanowskiego, przede wszystkim na te utwory, w których pobrzmiewało hasło: nic wiecznego na świecie radość się z troską plecie. Poprosili - bo i im zdarzało się prosić -, aby nieco więcej czasu poświęcać na omówienie dwóch najważniejszych słów troski i plecie. Troski, bo wiadomo, a plecie, tego chyba wyjaśniać nie muszę.
Barok również wycieli.
O oświeceniu nawet nie wspomnieli, zresztą po co komu oświecenie. Nie chodziło o to, aby kogokolwiek oświecać.
Wspominali nawet, podczas jakiejś nieudanej debaty, że jeśli mieliby wybierać, woleliby mroki średniowiecza od oświecenie.
Romantyzm warto było przerobić w całości. Nie bez znaczenia były tu seryjne samobójstwa, choroby wieku i inne destrukcyjne zachowania. Tę epokę potraktowano łagodnie. Długo zastanawiali się nad usunięciem Dziadów, no ale kiedy przypomnieli sobie o głębokości dziury budżetowej, uznali, że pomysł jest co najmniej idiotyczny.
Z kolejnej epoki wyrzucili Lalkę Prusa. Myślicie pewnie, że powstała luka. Otóż mylicie się, żadna wyrwa, czy też dziura nie powstała, bo Lalkę zastąpiono czymś innym - Puchatkiem – czyli opowieścią o misiu o bardzo małym rozumku. Z Potopu również zrezygnowali, w to miejsce miały być puszczane filmy ukazujące nasze rodzime powodzie. Obowiązkowy jednak miał być tylko ten przedstawiający powódź z 1997 roku. Nowel całkowicie zakazano. Przede wszystkim Naszą Szkapę i Powracającą falę. Nie będę tłumaczyć warum, kto mądrzejszy się domyśli.
Młodą Polskę potraktowali bardzo delikatnie, podobnie jak romantyzm. Prawdę powiedziawszy została nietknięta. Ministra kazała jedynie bardziej skupiać się na utworach nawiązujących do dekadentyzmu, speenu, marazmu, niechęci do życia itp.
Plan był taki:
Wycofywali psychologów ze szkół. Powoli zaczynali też eksmitować pedagogów. Dlatego ważne było, żeby „zderpesjować” jak największą ilość osób, osłabić ich spostrzegawczość, reakcję na bodźce.
Roślinami i debilami łatwiej jest kierować.
Pozwolili również zgłębić się w problematykę Ludzi bezdomnych.
Dwudziestolecie całkowicie przeinaczyli. Granica została najsłabszym ogniwem i musiała opuścić listę najistotniejszych lektur. W to miejsce wpisano Keine grenzen. Przedwiośnie wycięli, a wkleili Zimę w dolinie Muminków. Ferdudurkę zostawili. Ważne było, aby poloniści zajęli się upupianiem, przyprawianiem gęb.
Najwięcej tekstów kultury pojawiło się w rubryce, w której widniała nazwa epoki zwanej przez wybitnych i nie tylko,współczesnością. Epoka ta była najbogatsza, liczyła sporo pozycji. Trudno będzie wyliczyć wszystkie.
Z folwarku zwierzęcego uchowała się jedynie świnka Peppa, Reksio, Rasta mysz i Shrek 3. Z dzieł traktujących o wojnie i działaniach zbrojnych wpisano na listę: Bolka i Lolka na froncie zachodnim, Bolka i Lolka w komorze gazowej i jeszcze inne opowieści serii Bolek i Lolek. Nowością były programy zdebilniająco - ogłupiające, które MEN chciał jak najszybciej wprowadzić do szkół. Na tę okoliczność rząd zakupił nawet nowe telewizory do wszystkich placówek. Skąd wziął pieniądze? To proste, podwyższono podatki.
Programami obowiązkowymi objęto takie programy jak: Trudne sprawy, Bardzo trudne sprawy, Jeszcze trudniejsze sprawy, Najtrudniejsze sprawy i tym podobne.
W szkole, oczywiście z powodu barku czasu, nie można było prześledzić dokładnie wszystkich programów, dlatego nie obyło się bez zadań domowych. W domu uczniowie mieli za zadanie gapić się wzrokiem nieco otępiałym, z miną bardzo głupkowatą, bez zbytniego zaangażowania i bez wysilania mózgu, a więc zakazane było myślenie, na programy, których nie zdążono prześledzić na lekcjach. Preferowane były programy ukazujące problemy amerykańskiej młodzieży. One najbardziej lasowały mózgi.
Jeśli chodzi o zmiany w innych przedmiotach, to nie były one tak bardzo widoczne, jak te, które odnosiły się do lekcji języka polskiego.
Lekcję historii tylko okrojono z godzin. Jedna godzina w semestrze to i tak aż nadto.
Geografię ograniczono do poznawania tylko własnego województwa. Na drugi rok szykowano jednak kolejne zmiany. Stwierdzono bowiem, że nie ma sensu przesilać umysłu. Tak więc na rok 2013 lekcje geografii miały dotyczyć tylko i wyłącznie obszaru, w którym uczeń mieszkał, a więc chodziło o to, aby powierzchownie poznać swoje miasto, wieś i wsio.
Z matematyki postanowiono usunąć dodawanie. Uznano te działania za niepotrzebne. Mnożenia też się pozbyli. Należało skupić się i przyzwyczaić uczniów do odejmowania i dzielenia.
Cel był taki. Należało stworzyć mało oryginalne osobniki, nie wyróżniające się w niczym, nie wykazujące skłonności do twórczego myślenia i myślenia w ogóle. Chodziło o to, żeby pozbawić ludzi osobowości, indywidualizmu. Wszyscy mieli patrzyć w jednym kierunku i iść w jedną stronę. Najważniejsze było nie myśleć. Myślenie należało całkowicie wyeliminować na rzecz działania, a dokładniej na rzecz wykonywania poleceń.
Upupić. Przyprawić gębę. Dać złoty róg. Zesznurować. Wsadzić na łeb czapkę z piór. Pogrążyć się w chocholim tańcu. Chińczycy trzymają się dobrze i wpłynąłem na suchego przestwór oceanu, a tak poza tym to powtarzać jak mantrę Słowacki wielkim poetą był – powtarzać zgodnym chórem, bez zająknięcia.
Po wszystkich tych działaniach platforma miała wygrać wybory w pierwszej turze, zdobywając sto procent głosów.
Ogłupiać mieli też inne grupy społeczne.
Jak widać rząd nie był obojętny na losy współczesnej młodzieży. Starał się pomóc jej, sobie, no i przy okazji profesorowi. Nie przypadkowo powierzył uczonemu losy narodu. Premier ufał wynalazcy i jego machinie, jednak jego wiara nie była stu procentowa. Od ufności do wiary daleka droga. Zresztą z doświadczenia wiemy, że w naszym kraju wszelkie nowinki, które przyjmowane są z wielkim entuzjazmem nie do końca dobrze funkcjonują i nie koniecznie dają oczekiwane efekty. Sceptycyzm, dmuchanie na zimno i pomaganie szczęściu – tymi zasadami kierował się premier i ministra edukacji.
Kserek wprowadził wszystkich do kapsuły. Nie obyło się oczywiście bez problemów. Problemy i owszem, pojawiły się, ale chłopak doskonale sobie z nimi poradził. Wiedział, że jeśli coś nie chce się zmieścić to należy to popieścić. Wprawdzie profesor zakazał używać prądu, ale sprytny uczeń zrobił to tak, że staruszek nie zauważył. Zmieściło się 2746284c uczniów. Za ostatnim, którego trzeba było dopchać nogą, Kserek zatrzasnął drzwi.
W tym czasie profesor znajdował się już w centrum dowodzenia.
W centrum dowodzenia było mnóstwo rozmaitych wajch. Tysiące kolorowych przycisków i milion migających światełek. Tylko uczony wiedział co przycisnąć, za co pociągnąć, gdzie zaświecić, aby wynalazek zadziałał jak trzeba. Kserek nie miał o tym zielonego pojęcie. Profesor nie dopuszczał młokosa do swojego centrum.
Kserek usiadł na zydelku obok kapsuły, a profesor zaczął działać. Zaprogramował maszynę, ustawił odpowiednią częstotliwość fal radiowych. Radio Maryja zaczęło rozbrzmiewać w głośnikach. Potem, po przyciśnięciu kilkunastu zielonych guziczków i po pociągnięciu kilkakrotnie czerwoną wajchą w monitorku umieszczonym wewnątrz kapsuły, zaświeciła niebiańskim światłem i zaczęła nadawać program stacja TRWAM. Ludzi w kapsule zamurowało. Wszyscy zamrugali trzy raz lewym okiem, podrapali się za prawym uchem, po czym z rozdziawionymi gębami zaczęli gapić się w stronę monitora. W takiej pozie siedzieli trzy tygodnie. Po tym czasie profesor rozpoczął kolejną fazę eksperymentu. W ruch poszły niebieskie guziczki, te odpowiedzialne za odmóżdżanie.
Po ich naciśnięciu z sufitu zaczęły wychodzić ogromne wiertła, które poczęły wwiercać się w głowy uwięzionych w kapsule osobników. Mózgi chlupały przez długie trzy dni, w końcu chlupanie ustało. Kolejna faza obejmowała golenie. Następna odsysanie tłuszczu. Potem było powiększanie piersi, potem zmniejszanie. Dalej szycie mundurków, a na koniec ubieranie się w schludnie wyglądające stroje.
Operacja trwała miesiąc, tyle też czasu przymusowi ochotnicy siedzieli w kapsule. Tyle też czasu Kserek spędził na swym zydelku. Profesor przez cały ten czas nie opuszczał centrum dowodzenia. Po czterech tygodniach i trzech dniach nastąpiło uroczyste otwarcie kapsuły. Z tej okazji do siedziby Centrum Badań nad Odmóżdżaniem, prowadzonym przez profesora Identyka, przybyli premier, prezydent i ministra edukacji.
Otwarcie drzwi nastąpiło o godzinie 13. Głównym otwierającym został mianowany, nie kto inny jak Kserek.
Punkt o trzynastej Kserek umieścił klucz w zamku.
Minutę po trzynastej przekręcił kluczem, a o trzynastej dwie drzwi się otworzyły. Wyleciała mała myszka, którą spostrzegł tylko Kserek. Pozwolił jej uciec.
Przybyli goście i profesor siedzieli na ławce oddalonej trzy metry od kapsuły. Nie było sensu podchodzić bliżej, bowiem i z tej odległości widoczność była doskonała. Siedzący byli poddenerwowani. Bali się, że eksperyment nie powiedzie się. Bali się, że pieniądze, którymi przez tyle lat wspomagali działalność naukową profesora okażą się próżną inwestycją. Siedzieli jak na szpilkach. Wyprostowani i w bezruchu. Z daleka wyglądali jak manekiny, a nie żywe istoty.
Pięć minut po trzynastej Kserek zaczął wypuszczać uczniów.
Zapraszam pierwszego – zawołał nie zaglądając do środka..
Goście wraz z profesorem zmarszczyli czoła w geście zamyślenia. Tak, oni mogli się zamyślać.
Kserek zawołał pierwszego, ale nikt nie raczył się ruszyć. Zaglądnął więc do środka. A tam...
Zapewne interesuje was jak profesor raczył sprawdzić stopień odmóżdżenia uczestników i stopień ujednolicenia ich pod względem działania, podejmowania decyzji. Bo myślenie, rzecz jasna, miało w ogóle nie wystąpić.
Po wyjściu, Kserek miał zadawać każdemu uczniowi pytanie, które brzmiało: Kto wielkim poetą był? Odpowiedź miała być jedna i niezmienna. Oczywiście należało odpowiedzieć, cytując słowa wielkiego Gombrowicza: Słowacki wielkim poetą był.
Ale nie tylko pytanie miało przesądzić o pomyślności eksperymentu. Uczniowie po wyjściu mieli również zdawać tak zwaną maturę próbną. Każdy miał otrzymać klucz, który winien był dopasować w odpowiedni zamek jedynie właściwy, wyznaczony wcześniej przez ministrę edukacji, a więc zamek marki GERDA. Klucz był kluczową sprawą.
Tak więc Kserek zaglądnął do środka, a tam nikogo nie było.
Pusto – krzyknął w stronę siedzącej na ławce elity.
Elita spojrzała na siebie. Spojrzała na Kserka. Spojrzała w stronę kapsuły, a potem było już tylko gorzej. Profesor zaczął szlochać. Ministra zaczęła walić głową w ścianę. Prezydent zaczął powtarzać w kółko - Miałeś chamie złoty róg, miałeś chamie czapkę z piór, ostał Ci się ino sznur! Tylko premier zachował zdrowy rozsądek.
Nie wierzę młokosowi - krzyknął. Przeszył go na wskroś swym groźnym wzrokiem. Podniósł kciuk do góry, nie spuszczał z chłopaka wzroku, po czym skierował palec trzymany dotąd ku gorze w dół. - Sami sprawdźmy – powiedział po chwili. Do broni, moi drodzy. - wrzasnął ile sił w płucach. Przewrócił oczami. Zastanowił się i sprostował. - Do kapsuły!
Przybyli goście jak i profesor Identyk ogarnęli się nieco na dźwięk słów premiera. Nawet odrobinę się uśmiechnęli. Wyczuli w głosie kolegi sporą dawkę optymizmu, która przywróciła im wiarę w sens i cel. Może nie wszystko jeszcze stracone – pomyśleli.
Zaczęli zbliżać się do kapsuły, a Kserek, jakby w przestrachu zaczął się od niej oddalać. Podeszli do drzwi i rzeczywiście w środku nikogo nie było. Jak na zawołanie rozpłakali się wszyscy, wszyscy oprócz Kserka. Kserek uciekł.
Stop!Mamy to! - krzyknął reżyser. Dobra robota – pochwalił. Zapalcie światła – rozkazał oświetleniowcom. Wyłączcie radio i telewizję – krzyknął do techników, po czym podszedł do aktorów i każdemu uścisnął dłoń. Niebawem film wejdzie do kin, zbijemy na nim majątek – powiedział z dumą w głosie.
Kserek nie podzielał entuzjazmu reżysera. Fabuła, akcja, gra aktorska nie bardzo mu się podobały. A zakończenie? Zakończenie według niego było do bani. Zwykłe, nie zaskoczyło, było mało oryginalne. Każdy idiota mógł napisać taki scenariusz. Scenarzysta nie popisał się pomysłowością , nie błysnął inteligencją.
Nie podoba mi się film – powiedział Kserek. Nikt jednak nie zwrócił na niego uwagi. Reżyser z aktorami rozmawiali sobie w najlepsze.
Ten film to dno – tym razem podniósł głos w nadziei, że ekipa go usłyszy. Dno, dno, dno – zaczął drzeć się w niebogłosy. Nikt z obecnych na planie nie zareagował. To rozzłościło Kserka. Wyjął z lewej kieszeni pistolet i zaczął strzelać na ślepo, w różne strony, gdzie popadło.
Głupku – zawołał reżyser. Zmoczyłeś mi fryzurę. Ile razy mam Ci powtarzać, że pistolet masz zostawiać w garderobie.
Kserek zrobił zeza. Puścił bańkę nosem. Z ust poleciała mu ślina, która ciągnęła się jak flaki z olejem. Ślina uderzyła o podłogę, po czym z powrotem wleciała mu do buzi. Spuścił głowę i rozpłakał się jak małe dziecko. Zawsze tak reagował na sytuacje stresowe.
No już dobrze, dobrze – próbował załagodzić sytuację reżyser. Idź odrabiać lekcję, bo za pół godziny odwiozę Cię do szkoły. Obiecałem to Twojej matce. Co masz dziś zadane? – zapytał.
Kserek zaczął wycierać nos i buzię. Osuszył łzy. Przytulił się do reżysera, który nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, ale odwzajemnił uścisk. Kiedy stwierdził, że wystarczy tych czułości, Kserek oddalił się od pocieszyciela. Wyjął z kieszeni elektroniczną wersję zeszytu i sprawdził, co na dziś ma przygotować.
Wypracowanie – oznajmił po chwili.
Na jaki temat? - z udawanym zainteresowaniem zapytał reżyser.
Kto wielkim poetą był?– przeczytał. Góra cztery słowa – dodał nieco zmartwiony.
Ja pier....- wyrwało się reżyserowi. - Zamęczą was w tej szkole. Ale nie martw się. Pomogę Ci. Napisz tak: Słowacki wielkim poetą był. Kropka.
Dobrze mieć wokół siebie kogoś bystrego – pomyślał Kserek. Sam chyba nigdy nie zdołałby napisać tak genialnego wypracowania.
Dziękuję – powiedział nieśmiało. A teraz chyba musimy już iść, bo spóźnię się na lekcję.
Oczywiście. Chłopaki! – krzyknął reżyser do ekipy, która tuż obok kapsuły rozpracowywała już trzydziestą trzecią butelkę gorzkiej żołądkowej. Krzyknął chłopaki, ale w ekipie pijącej znajdowali się nie tylko osobnicy płci męskiej – jedziemy do szkoły.
Chłopaki i kobiety od razu zareagowali na słowa. Odwrócili się wszyscy razem w jednym momencie i tempie, i zgodnym chórem zawołali.
Okej! Miłej zabawy.
Reżyser objął Kserka i ruszyli w stronę drzwi.
Kserek! - zawołał za oddalającym się chłopakiem ktoś z pijącego towarzystwa.
Kserek od razu usłyszał i odwrócił się.
Co? - zapytał bez większego entuzjazmu.
Łap klucz – krzyknęła aktorka, która grała ministrę i rzuciła ogromnym kluczem w stronę chłopaka. - I pamiętaj – dodała po chwili – GERDA.
Kserek złapał klucz. Ale nie za bardzo wiedział o co chodziło kobiecie. Po kilku minutach zniknął z pola widzenia wraz z reżyserem.

Miesiąc później filmc wszedł do kin. Stał się krajowym bestselerem i nie dlatego, że ukazywał fikcję, nie dlatego, że zakłamywał rzeczywistość. Stał się bestselerem dlatego, że wiernie odzwierciedlił istniejący stan rzeczy.
Amen. A może jednak nie.