Horrorologia wojenna: NIESPOTYKANE MĘSTWO

Pięć czasoprzestrzennie rozrzuconych historii zadziwi raportami o męstwie ludzi wplątanych w okoliczności wojennego koszmaru. Przed lekturą zaleca się nałożyć hełm i onuce.

 

Wojna jest zjawiskiem strasznym, mrożącym krew w żyłach z oddali, i spuszczającym ją z żył, gdy podejdzie. Nie ma żartów, gdy już zapuka do bram. Z kolei, gdy jeszcze daleko, warto ją obśmiać, by widmo splątanych cieni wojennych rozładować, rozwiać, rozessać i w ogóle precz. Na wojnę sposób tylko taki widzę: wyszydzić z daleka, obrzucić pomidorami i brukwią, a gdy podejdzie... ewakuować się na Syriusz B, przeczekać.

Horrorologię dedykuję serdecznie Youngcontrarianowi. O zaletach, uroku i nieprzeciętności naszego Przyjaciela mógłbym dużo tu napisać, jednak powstały w efekcie potężny ładunek pozytywnej treści rozładowałby wojenną horrorologię, a może i doszczętnie sprasował. A przecież wojna to horror, a nie tańce druidowe w przerwie na maseczki odmładzające z suszonych śliwek. Powiem tyle: Youngcontrarian wniósł tyle w Eiobę, z tym całym rozeznaniem, odwagą i perfekcja wykonawczą, że wstępnie obliczam, iż odpowiada on 23 przeciętnym eiobowym autorom. Jeśli dodać, że przejawia cechy, które lubię szczególnie - ironiczny humor, zrównoważenie i życzliwość - to cóż, dedykacja była tu wręcz powinnością... religijną. ;)

Dzisiejsza horrorologia, podzielona na pięć horrohełmów, pokaże, w jak niespodziewanych, wyzywających okolicznościach może znaleźć się posłaniec wojny tudzież jej ofiara. Poczytajcie, proszę, o przykładach niespotykanego męstwa.

 

c92413973665c3100cda24ace4f800e1.jpg

 

Horrorologia wojenna: NIESPOTYKANE MĘSTWO

Spis horrohełmów:

1. Obsydiańczycy

......2. Normandia... 1492

....................3. Strategia sołtysa Kogutka

.4. Etykieta II.........

....5. Tajemnica ułana

 

Horrohełm pierwszy: Obsydiańczycy

 
Kiedy polski rząd popadł w konflikt z Rosją, Niemcami i Wielką Brytanią, nieodzownym stały się posunięcia prewencyjne na podłożu militarnym. Ponieważ wystawienie armii w liczbie adekwatnej do zrównoważenia sił przeciwnika (potencjalnego, fakt, ale na początku wszystko jest potencjalne) przerastało możliwości kraju, Naczelny Sztab postawił na sformowanie 30 kolejnych oddziałów specjalnych, przystosowanych do zaatakowania każdego celu na terytorium ,,potencjalnych’’ w ciągu dwóch godzin.
W trakcie najzupełniej tajnych konkursów i zdrowego, pełnego wściekłości współzawodnictwa, szybko wyłonili się  najlepsi z najlepszych: Obsydianowe Berety.
Przez pierwsze miesiące istnienia jednostki prasa, która zawsze wyszarpuje przynajmniej strzępy najtajniejszych raportów, obśmiewała cokolwiek nazwę. Potem, po kuriozalnych sukcesach komandosów w Panamie, Laos, Urugwaju i na Arubie, nazwa zaczęła budzić już tylko dumę, szacunek i naturalnie sympatię. Komandosów zaczęto ciepło nazywać Obsydiańczykami, a umiłowani w prowokacji (i nie mniej umiłowani w samej jednostce) dziennikarze używali nawet określenia ,,Antybrytyjczycy’’. Okazało się bowiem, że wróg , który długo udaje sojusznika, a potem okazuje się tyle wart, co nieprzyjaciele ,,tradycyjni’’, drażni jeszcze bardziej.
Na temat ZDRADY ALBIONU 1939 wydano osiemnaście książek i wszystkie okazały się bestsellerami.
Ostatecznie, z powodu strat na Arubie i obniżenia napięcia na linii Polska-Niemcy-Rosja-Zdrajcy1939 jednostkę ,,zamrożono’’ w stan półgotowości.
Owe zhibernowanie trwało już od pół roku. Żołnierze trenowali we własnym zakresie i żyli życiem rodzinnym lub hobbystycznym, spotykając się tylko przy okazji kodu HALOGEN. Sygnał ów oznaczał natychmiastową zbiórkę w wyznaczonym punkcie, a najczęstszą przyczyną do jego nadania było zagrożenie życia albo… majątku któregoś z Obsydiańczyków.
Tak, lojalność jest wielką folią, którą oddani sobie towarzysze rozciągają na wszelkie możliwe sfery, aby żyć bezpieczniej i szczęśliwiej.
Od ostatniej takiej zbiórki mijały właśnie dwa miesiące. Wtedy kod HALOGEN rozesłał dowódca komanda, bo jego zastępca, kapitan Modry, popadł w konflikt z gangiem, który groził zamachem na niego i rodzinę.
Obsydiańczycy nie czekali na atak bandytów, lecz uderzyli z wyprzedzeniem w kilku punktach. Opór szumowin był mizerny, jeśli nie żałosny. Gang przepadł bez śladu.
 
Dziś, dwa miesiące po tej akcji, Obsydianowe Berety znów się spotkały, w motelu pod Ciechanowem. Sprawa była jeszcze bardziej poważna niż zazwyczaj, bo zagrożony był sam dowódca jednostki – pułkownik Obsyda.
To właśnie od jego nazwiska wzięła się nazwa (proponował porucznik Kajtan, a kapitan Modry poparł) oddziału. Rzeczywiście berety i hełmy dostosowano szybko pod kolor obsydianu.
Teraz jedenastu komandosów spotkało się pod motelem i ruszyło bezszelestnie schodami. Dwóch zostało na dole, by obstawić budynek i wprowadzać tych kolegów, którzy jechali z dalszych stron. Niestety, nie można było na nich czekać. Pułkownik nadał kod HALOGEN-1, co oznaczało Znajdę się pod ogniem lada moment. W takim wypadku z odsieczą nie można było za bardzo zwlekać – do akcji według procedury miało ruszać 30% stanu. Przy kodzie HALOGEN-2 50%, przy kodzie HALOGEN-3 70%, natomiast przy sygnale HALOGEN-0 miał ruszać z marszu, natychmiast, każdy pojedynczy żołnierz, bo oznaczał ów kod beznadziejne położenie nadawcy.
HALOGEN-1 też stawiał sprawę w ponurym świetle. Nie tylko dlatego, że atak wroga był kwestią chwili, może minut. Pułkownik Obsyda był znany w całym wojsku z niezwyczajnego męstwa. Nawet na Arubie, kiedy zaległ z powodu ostrzału jeden z prowadzonych przez niego oddziałów, sam zaatakował konwój i zabił dziewięciu ludzi w ciągu minuty, nim nadeszło wsparcie i dogniotło resztę przeciwnika.
Obsyda sam rzucił się na tygrysa w Laos i sam rzucił się na granat w Urugwaju (by ocalić swoich ludzi). Tygrys padł pod nożem, a granat nie eksplodował, co jednak nie zapobiegło wielkiej sławie i respektowi dla dowódcy Obsydiańczyków.
Były i trzy zamachy brytyjskich agentów na niego – z wszystkimi poradził sobie sam, nie nadając HALOGENU, wybijając napastników do nogi. W pojedynkę.
A teraz wezwał ich wszystkich, swoich twardych, oddanych, niepokonanych żołnierzy - acz przecież nie tak silnych jak on, Pogromca Tygrysów i Granatów, Słowiański Sandokan ((jak to ogłosiła prasa z tym całym wścibstwem do tajnych raportów i jednoczesnym uwielbieniem dla dowódcy i jego ludzi). Pierwszy raz dał znać, że jest w opałach, które go przerosły.
To musiała być najtrudniejszego kalibru sprawa.
Żołnierze powoli przemykali się schodami pogrążonego w wieczornej ciszy i półmroku motelu.
Nim podeszli do drzwi z numerem 32, pułkownik sam je otworzył, i nie okazując najmniejszych emocji, ponaglił ich ruchem ręki.
Po kilku sekundach już kucali wokół generała na dywanie pokoju. Sierżant Możdżeń czatował przy drzwiach, nasłuchując, a porucznik Kajtan przysiadł przy oknie ze sztucerem.
- Jesteście – wyszeptał Obsyda.
Popatrzyli na niego trochę zdumieni, bo zwykle kamienna twarz dowódcy, teraz zdradzała lekkie poruszenie. Było w nim wymieszanie wzruszenia – rzeczywiście ci, którzy żyli blisko Ciechanowa, przybyli błyskawicznie – z napięciem, może i niepokojem.
Kapitan Modry zawsze bał się chwili, w której przestroga ojca generała zabrzmi mu głośno w głowie: ,,Pamiętaj, synu, że układ nerwowy starzeje się co najmniej tak szybko, jak kostny.’’
Czy to już?... Pierwsze osłabienie tych układów u nieustraszonego Obsydy?
- Tylko tylu was? – zapytał cicho, nieco chrapliwie pułkownik.
- Jadą – odrzekł rzeczowo Modry. – Za 45 minut będziemy mieli 80-90% stanu. Czajkowski będzie dopiero w południe, leci ze Stanów. Dumar i Wańkowicz obstawiają budynek, Szamilskiego zostawiłem na pierwszym piętrze.
Dowódca westchnął.
- Może damy radę – ocenił z wahaniem. Nagle przeniósł wzrok na Możdżenia. –  Sierżancie. Czy ty nie masz dziś operacji jelita, synu?
- Tak jest, panie pułkowniku. Odebrałem sygnał, zanim mnie uśpili… Nieważne. Nie ma o czym mówić. Musiałem się stawić.
- Dziękuję… A pan, poruczniku? Czy pańska żona nie rodzi jakoś dziś?
- Chyba teraz właśnie – porucznik Kajtan nie bez wysiłku zdławił ton żalu w głosie. Przysięgał żonie, że jest ważniejsza od dowódcy, od kolegów, przysięgał, że będzie stał przy niej w czasie porodu i że razem, trzymając się za ręce, złożą powitalne pocałunki na czole synka… Serce mu pękało, gdy wyruszał, ale nie dało się inaczej. Zawód żołnierza to trudny zawód.
- Dziękuję – skinął głową Obsyda.
- I jeszcze – nie wytrzymał kapitan Modry – Rawina miał dziś odbierać Krzyż Zasługi za Dzielność od prezydenta, Bolkowski wyszedł z pogrzebu matki, a ja mam wesele siostry, bardzo jej… – Na sekundę spuścił wzrok. – Ale co tam. Jesteśmy, panie generale. Mamy ciężką broń.
- Możemy ściąć motel do poziomu dmuchawców i mleczy, panie generale – dodał od drzwi Możdżeń, który przydźwigał najpotężniejszą broń oddziału, sześciolufowy karabin systemu Gatlinga, XM214 Automatic Gun, znany z filmu Predator. Obsydiańczycy nazywali ten karabin Ścinaczem Buków, co było wymowne. ,,Gdy otwierasz ogień, wzruszam się i chce mi się zabić ich wszystkich’’, wyraził kiedyś opinię porucznik Kajtan.
I coś w tym było. Jeśli dywizję piechoty pokrzepiał pomruk wspierających ją czołgów, to Ścinacz Buków uskrzydlał Obsydianowe Berety, kiedy dyskretna anihilacja wroga stawała się już niemożliwa i trzeba było go po prostu krwawo naparzać.
Panowała cisza. Mijały sekundy i było jasne, że tylko sekundy można zmarnować. Patrzyli na ukochanego dowódcę w pełnej koncentracji, kryjąc uczucia, głównie niepokój. Nie paraliżował ich lęk przed konfrontacją z wrogiem, ewidentnie groźnym, ale jeśli sam Słowiański Sandokan zdradzał napięcie…  Nie zdradzał zaś tej iskry do działania, tej promieniującej siły i niezłomności, co zawsze – to nie mogło być zignorowane tak po prostu.
- Jesteśmy gotowi, panie pułkowniku – szepnął kapitan Modry.
Jego siostra właśnie miała swój najszczęśliwszy wieczór w życiu. Rawina odbierze co prawda medal – tyle że już od urzędnika, nie od prezydenta. Możdżeń będzie musiał trochę dłużej pożyć z bólem jelit, Bolkowski położy kwiaty na grobie matki jako ostatni krewny, a Kajtan może zdoła ,,rodzić’’ z żoną następnym razem – nieważne! Teraz ich dowódca stał w obliczu śmierci, nad urwiskiem. Może nawet przeciw setkom agentów i komandosów – bo z tuzinami rozprawiał się sam.
Pułkownik Obsyda powiódł po nich jeszcze bardziej napiętym wzrokiem. Już to sprawiało, że odwlekanie walki stawało się nieznośne.
- Jest tam… - wyszeptał.
- Co? – spytał odruchowo Rawina.
- Gdzie? – zmarszczył brwi kapitan Modry.
Dowódca powolnym, nieomal nieskończonym ruchem, pokazał uzbrojoną w pistolet ręką na drzwi do łazienki. Były zamknięte, ale przez szpary wyciekało światło.
Nie byli amatorami i ani drgnęli. Może tylko Możdżeniem lekko szarpnęło, ale mogły to tłumaczyć fale bólowe w jelitach i dźwiganie Ścinacza Buków.
Mimo wszystko trochę zdrętwieli. Nikt nie zajrzał do łazienki!...
Modry zamrugał, co zawsze go uspokajało, po czym bardziej poruszył wargami, niż posłużył się krtanią:
- Brytyjczycy?
Obsyda spojrzał mu w oczy.
- Szczypawka.
- Szczypawka?
- Znaczy oddział? – domyślił się Bolkowski, starając się bezskutecznie wyrzucić z umysłu miny uczestników pogrzebu matki, kiedy to odebrał telefon, a potem odbiegł ,,do spraw’’. – Ilu?
Kajtan i Rawina zaczęli posuwać się kuckami w stronę drzwi łazienki, a Możdżeń powoli wymierzył tam Ścinaczem Głów. Wymiecenie łazienki w przestrzeń kosmiczną, wraz z całą jej zawartością: wanną, prysznicem, klozetem i tuzinem Brytyjczyków, mogło zająć jakieś dwadzieścia-trzydzieści sekund, ot, tyle.
Jednak ostatecznie wszyscy oni zamarli, gdy Obsyda powtórzył:
- No szczypawka. Skorek, wiecie.
Modry znów zamrugał oczami, nie on jeden zresztą.
- Skorek? – wymamrotał. – Znaczy ,,pluskwa’’?
- Jaka pluskwa – obruszył się dowódca. – Szczypawka. Taki robal ze szczypcami na odwłoku, co lubi się zakradać do wilgotnych ręczników. Szczypawica. Jest w łazience. Spłoszyła mi kobietkę, którą przywiozłem sobie z baru. Nic nie mogłem zrobić. Zaskoczyła mnie. Cholera – w głosie oficera był wyraźny żal, ale strach także.
Żołnierze mrugali oczami, lecz nie wypowiedzieli ani słowa. Patrzyli to na siebie, to na pułkownika, to na drzwi od łazienki. W końcu Możdżeń zmęczył się tym wszystkim, odłożył Ścinacz i poszedł otworzyć drzwi. Zajrzał do łazienki i potwierdził głucho:
- Jest na ręczniku.
- No widzicie! – Obsyda oblał się potem, nie mniej starał się panować nad głosem. – Chodzi o to, żeby nie otwierać ognia bez potrzeby. Jesteśmy w zasadzie jednostką niewidzialną… Rawina! Prawdopodobieństwo w tej chwili.
- Prawdopodobieństwo czego – wykrztusił żołnierz.
- Ataku szczypawki, gdy zasnę. Jakie jest prawdopodobieństwo, że kiedy zasnę, ona tu przyjdzie i przetnie mi coś szczypcami.
Rawina szybko się uwinął.
- 0, 000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000004%, panie pułkowniku.
- Jesteś pewien?
- Dwa razy obliczyłem, panie pułkowniku.
Przez pół minuty nic nie zakłócało ciszy. Dowódca kalkulował coś z przymkniętymi oczami i poruszającymi się wargami, natomiast twarze jego ludzi… Twarze jego ludzi były jakieś dziwne, naprawdę dziwne.
- Dobra – ogarnął się Obsyda. - Dam radę. Kapitanie. Wycofać ludzi.
- Jest pan pewien? – zapytał Modry z takim wysiłkiem, że przypomniał mu się bieg po dnie Morza Wschodniochińskiego, kiedy oddalał się po zaminowaniu dżonki.
- Tak. Nic tu po was. Przy takim rachunku ryzyko jest minimalne. I tak pewnie nie zasnę, ale broni mi nie zabraknie… Możdżeń! Zostawisz mi Ścinacz.
- Tak jest…
- Odmaszerować. Dziękuję wam, chłopcy.
Pułkownik odprowadził komandosów do wyjścia, pożegnał ciepłym, ojcowskim spojrzeniem, po czym zamknął drzwi.
Obsydiańczycy zaczęli schodzić po schodach jak ogłuszeni, nieomal plątały im się nogi. Ich miny były zmieszane, trochę zacięte, a trochę nieszczęśliwe... Jednak we względnym porządku cofali się z pozycji do samochodów.
I pewnie nic by się nie stało, gdyby Rawina łamiącym się głosem nie zwrócił się do Kajtana:
- Twoja rodziła z cesarką czy bez?
- KURRR…!
- Kominiarki włóż!! – huknął kapitan Modry.
Obsydianowe Berety wpadły do pokoju numer 32 w chwili, gdy zaskoczony pułkownik Obsyda uszczelniał majtkami i skarpetami szparę pod drzwiami od łazienki.
Ale mu kur[pii!]a naje[pii!]li?!!!
 
***
 
 

Horrohełm drugi: Normandia… 1492

 
Od galeonu Santa Maria odbiła szalupa. Siedział w niej admirał Krzysztof Kolumb, kapitan de la Cosa i ośmiu żołnierzy, zaniedbanych jak jasna cholera.
Brzeg przybliżał się, piękny, pusty, tajemniczy.
- Jakieś zadrzewione te Indie – wymruczał Kolumb.
Kapitan de la Cosa przesunął wzrokiem po pustej plaży i skłębionej kniei.
- Czy to Bombaj? – zapytał życzliwym tonem.
Admirał bez słowa chwycił arkebuz i zestrzelił aroganta do morza. Bez względu na to, czy słowa kapitana były rzeczywiście szyderstwem, czy też objawem załamania nerwowego, nie mógł narażać misji. Spojrzał po wiosłujących żołnierzach, ale ci skrzętnie odwracali wzrok, udając, że dostrzegają coś na dnie.
Gdy łódź zaszurała w piasku, Hiszpanie powyskakiwali z niej piszcząc jak dzieci z ochronki ufundowanej przez królową Izabelę. Kiedy tak cieszyli się lądem, jego pięknem, egzotyką i związaną z tym nadzieją bogacenia się poprzez gwałt i rabunek zbiorowy, z zarośli wyszło czterech Indian.
- Hindusi – wymamrotał żołnierz Gomes, upuszczając arkebuz, biblię, różaniec i hełm typu hiszpańskiego.
- Nie róbcie krzywdy krowom – polecił admirał nerwowo.
Żeglarze patrzyli na tubylców wytrzeszczonymi oczami, które prosiły się o kompres i zabiegi inkwizycyjne.
Indianie, szczupli, ale wyraźnie umięśnieni, jakby całe życie poruszali się po gałęziach drzew, postawili na piasku dwa masywne kosze. Uśmiechając się dobrotliwie, zdjęli z nich wieka, co odsłoniło obfitą zawartość złotych ozdób.
Na ten widok Hiszpanie znieruchomieli. Na ich twarze wypełzł wstrząs, po którym musiały zostać pamiątkowe zmarszczki, nie mające nic wspólnego z procesem starzenia się.
Indianie rozpoznali w Kolumbie wodza i jednoznacznymi gestami dłoni zachęcili go do odebrania darów. Ich uśmiechy poszerzyły się, nadając twarzom co nieco lalkowy wyraz.
- Ej, Indie, Indie – wyszeptał admirał. Skinął przyzwalająco żołnierzom, a ci, porzucając broń i godność – a co za tym zwykle idzie: czujność – rzucili się do koszy.
- Dawajcie im paciorki – bełkotał Kolumb, ale nikt go nie słuchał.
I wtedy niebo poczerniało.
Aczkolwiek tylko nad Hiszpanami.
Z nieba posypały się setki strzał, dzid, włóczni, oszczepów i kamieni o ostrych krawędziach, siekących czaszki jak osłabione upadkiem kokosy. Hiszpanie nie zdążyli się nawet zdziwić - zresztą niewielu oderwało płazi wzrok od złota – ich umysły bezbożnych konkwistadorów zgasły z nieomal słyszalnym sykiem. Śmierć była zbyt błyskawiczna, zbyt gwałtowna, by zrozumieli, że ich wykiwano. Ośmiu intruzów, chciwych złota i władzy egzekutora, ośmiu zakalców kompromitujących Stary Kontynent, zaległo wokół koszy w marnych, rozstrzelanych kawałkach, tak małych, że obyło się bez konwulsyjnego naśladowania ruchów węża.
Sam Kolumb akurat zdążył się zdziwić, oszołomić i przerazić. A to dlatego, że równolegle z ostrzałem dokonanym z zarośli, czterech Indian-tragarzy pochwyciło go sprawnie i wyciągnęło ze strefy rażenia.
Chwilę później Krzysztof Kolumb znów stał na piasku, wstrętnie zanieczyszczonym, jak to u piętnastowiecznych estetów z Europy, i przyglądał się z obliczem bezrozumnym i wysoce nieadmiralskim tysiącom Indian, którzy rzucili się – jak to po artyleryjskim „ugruntowaniu” – na jego żołnierzy. Na owe rozsiekane płaty. Nie szczędzono ciosów, wyraźnie surowych, z pasją mającą przyczynę, zadawanych to dzidami, to kamiennymi pałkami.
Teraz jeszcze mniej zostało z Hiszpanów.
Bitwa była przegrana, desant się nie powiódł. Ot, taka wczesna Normandia.
Do Kolumba zbliżyło się dwóch niezwykle kunsztownie ubranych wodzów. Drugie, co rzucało się w oczy i sztyletowało i tak już zmartwione serce Europejczyka, to wyraz ich twarzy; najwyższy, posągowy stopień bezwzględności, nieugiętości, pogardy, awersji i, cóż, wyrokowości.
- Dziękuję za ocalenie – wycharczał admirał.
Wodzowie spojrzeli po sobie krzywiąc wargi na znak, że zgodnie uważają przybysza za gnojka i prymitywa. I kretyna, jeśli wierzył w jakieś ocalenie.
Wódz Azteków przemówił godnie i z wyważaniem:
- Nie życzę tu sobie śmierdzieli z Europy. To tyle, co ja chciałem powiedzieć.
A powiedział to hiszpańskim płynnym jak łagodny potok z ogrodów królowej Izabeli.
Dodajmy też, że był to całkiem wysoki poziom dyplomacji ze strony polityka propagującego operacje na otwartym sercu.
- Musisz coś podpisać – odezwał się z kolei wódz Majów bardzo zimnym tonem. – To zajmie chwilę.
Zajęło dość długą chwilę. O świcie wycieńczony, bliski obłędu Kolumb skończył podpisywać podsuwane mu papiery. Gdy się rozjaśniło, tępo patrzył, jak Indianie wrzucają do oceanu 1000 butelek z listami. Wiedział, co zawierają, bo każdy z nich podpisał. Gdy się ociągał, bito go trzonkiem noża po żebrach. Straszono go także aztecką kardiochirurgią, która „wyprzedza co prawda europejską, ale i tak wszyscy umierają”. Słowo „kardiochirurgia” brzmiało niczym imię demona z najstraszniejszych snów i admirał podpisywał bez narzekania.
1000 butelek. W każdej butelce tkwił list napisany w pięciu wersjach językowych: hiszpańskiej, portugalskiej, łacińskiej, angielskiej i holenderskiej:

Wasza Miłość Hiszpańska

Izabelo...!
Z przykrością i sposępnieniem wielkim donoszę , iż wyprawa naszej dumnej armady
królewskiej pozbawiona była sensu, szczęścia, boskiej akceptacji i hiszpańskiego
rozumu.
Do Indii dotarłem po 16 latach, i to na tratwie – armadę pochłonęły sztormy,
pioruny i stumetrowe krakeny (których tym więcej, im bliżej lądu owego). Co do
Indii, opowieść o bogactwach tej krainy to jarmarczna plotka... Ludność tu bowiem
nędzna, ubrana w szaty z tarniny i owsa, wszyscy chorzy na trąd, ospę, cukrzycę i
opętanie, które to choroby są zaraźliwe tak dalece, że przenoszone wzrokiem. Ja też
się zaraziłem, więc z szacunku dla Waszej Miłości Hiszpańskiej nie wracam.
Nie ma tu zwierząt prawie wcale, więc jedzą ziemię z kamieniami, a piją tylko urynę
zdobytą w walce. Nie ma pałaców, skarbów i monet, bo dopiero co odkryli glinę – z niej
budują, ją jedzą i nawzajem się z niej okradają.
Ponadto ciągle zima – ludzie tu nigdy nie mrugają, czy to w chrześcijańskim geście
pokrzepienia, czy pogańskim kokieterii – gdyż oczy są tak zamarznięte, że już u pacholąt
odcina się powieki jako niepotrzebne. Co nazywają obrzezaniem służącym estetyce.
W modzie jest zresztą odcinać z siebie całą skórę, by do żywej tkanki lepiej dobrać
ubranie z roślin albo pancerz z gliny, który zazwyczaj raz założony służy do śmierci.
Jeśli są święta, jedzą prócz gliny schwytane w pułapki robactwo, dla którego buduje się
więzienia, i o które przez cały dzień świąteczny trwają bratobójcze walki (które obniżają populację o co najmniej 60%).
Wszyscy są mordercami i rabusiami. Co 2-3 dni jest orkan i trąba powietrzna, a
trzęsienie ziemi i wybuch wulkanu nawet częściej.
Myślę więc, że kolejna wyprawa do Indii byłaby szaleństwem podszeptanym przez
diabły. Jeśli już jednak Wasza Miłość się uprze, proponuję tu skrót lądem – przez Ruś i
Syberię.

Kończę, gdyż mnie właśnie na ołtarz ofiarny niosą.
Z oddaniem, miłością i zafrasowaniem –

Krzysztof Kolumb

- To chyba nie do końca prawda, w tych listach – odważył się zauważyć przybity admirał.
Wódz Azteków wymierzył mu cios trzonkiem noża w nos. Upadły i na wpół omdlały Kolumb patrzył przez załzawione oczy na swoją flotę, która właśnie zajęła się ogniem. Zatrwożeni Hiszpanie ratowali skórę skokami w ocean, ale tam czyhały setki łodzi, z których miotano oszczepy. Sytuacji nie ratował też armadzie oddział dwustu inkaskich nurków, którzy najpierw porąbali toporkami poszycie okrętów, a potem wszelkich dostępnych Europejczyków. Co więcej, z osadzonych w piaskach nabrzeża bunkrów łucznicy-snajperzy strzelali do pojedynczych ofiar, którym jakimś cudem udało się przebić przez blokadę.
Nie było ku temu potrzeby, ale wódz Majów posłał masakrującym hiszpańskie kawałki Indianom odwody w postaci czterystu nożowników, którzy ze zwierzęcym wyciem uderzyli z lądu, szybko znikając w toni.
Kolumb przyglądał się temu martwym wzrokiem człowieka z ukrzyżowaną duszą. Nie było wątpliwości, że Hindusi nienawidzą białych. Za co?!
Miał dla nich dwanaście skrzyń paciorków.
Pomyślał o królowej Izabeli, którą wszyscy kochali i która była Hiszpanii Zesłaniem Bożym. Potem przeniósł umęczone spojrzenie na wodzów, co było wysiłkiem podobnym próbie oderwania własnej głowy.
- Ale... – wycharczał – majestat admirała chyba uszanujecie?
Wódz Azteków popatrzył na niego jak na rybę ogłuszoną wiosłem.
- Tak – potwierdził sucho. – Ale trzeba cię nauczyć miłości i poszanowania dla innych kultur.
- Ale... jak, panie?
- Masz bezduszne, zimne serce, admirale. Kamienne. Trzeba uzdrowić.
- Uzdrowić? – wybełkotał admirał.
Wódz Azteków wymownie spojrzał na wodza Majów. Ten pokręcił głową z pogardą, po czym zawyrokował:
- Kardiochirurgia.
„Niosą mnie na ołtarz ofiarny” – pisał w liście Kolumb, i nie kłamał przynajmniej w tym.

Jakiś czas później wodzowie wszystkich plemion, które ściągnęły do zatoki, stali w kręgu i patrzyli w horyzont zadumani. Za ściany gęstych drzew dobiegała przytłumiona wrzawa świętujących Indian.
Długie milczenie przerwał wódz Inków.
- Wspaniałe zwycięstwo.
- Rzeczywiście – ożywił się wódz Majów. – Tak to jest, gdy nie lekceważy się astrologii, co pozwala ustalić miejsce inwazji i wykopać bunkry na plaży 700 lat wcześniej. – Spojrzał z euforią na wodza Azteków, ale ten zachował milczenie.
- No cóż, myślę sobie – rzekł do niego wódz Inków – że konkwistę udało nam się poważnie opóźnić. Przesunąć czasie o 50, może 100 lat.
- Ależ nic podobnego – wzruszył ramionami wódz Azteków.
- Jakże to? – zdumieli się nieprzyjemnie zjednoczeni wodzowie. – A o ile?
- Sądzę, że miesiąc, może dwa – padła spokojna, acz surowa przecież odpowiedź. – Przybędą znowu. Unicestwią całą naszą kulturę, obśmieją astrologię, wywiozą całe złoto i sekret kardiochirurgii. Za miesiąc. Może dwa.
- Niemożliwe! – wzburzył się wódz Majów. – Wszak Wikingów odparliśmy tą samą metodą i nie wrócili. Ani Chińczycy. I Rzymianie.
- Oni nie patrzyli na złoto tak, jak ci.
Zapadła smutna, ponura cisza.
- Nie zmienia to oczywiście faktu – odezwał się wódz Azteków tym samym beznamiętnym tonem – że zwycięstwo było wspaniałe i cenne.
- Prawda? – odetchnął wódz Inków, który był bardzo dumny ze swoich nurków.
- To co? – klasnął w ręce wódz Majów. – Idziemy poskubać kukurydzę?
- A to pewnie!
I poszli.

 

Ponoć niedawno pierwszą z butelek wyłowiono na Helu. List rzeczywiście brzmi zniechęcająco.
Polska Marynarka nie przewiduje w związku z tym żadnych manewrów w pobliżu Indii.
 
***
 
 

Horrohełm trzeci: Strategia sołtysa Kogutka

 
    Oj, co to się porobiło we wsi!...
    Ale po kolei: o świcie 39-tego – dnia nie pamiętam – myłem twarz i stopy w miednicy, gdy nagle Albertowa wpadła do izby z rozwianym włosem, obłędem w oczach i w ogóle krzykiem dramatycznym:
    - Maćku! Maćku, sieroto ty biedny! Na Boga jedynego! Niemce we wsi!!... Rozwalili Podróbków, Szumowinów, Parcholców, Podpłociów, Szczepanków i nawet Kogutków!... I starą Podupciową!
    Półprzytomny z przerażenia wytoczyłem się z chałupy.
    I stanąłem w oszołomieniu jako taki baran ze stada uprowadzony.
    Niemcy, owszem, stali we wsi całym oddziałem; blask bił z ich hełmów, kanek uwieszonych na plecach i z motocykli. Ale strzał nie padł ani jeden. Sołtys Kogutek stał pośród oficerów i z kamienną twarzą przemawiał po niemiecku:
    - Dobra kiełbasa i wódka dobra dla wojska! I życzymy szybkiego marszu na wschód; granica już blisko! Cała wieś kibicuje naszej armii kochanej!
    Naszej armii kochanej?? Dobrze rozumiałem niemiecki, bo do 1914 zmuszali nas zaborcy do nauk nie mniej, niż do dojenia krów dla cesarza i posyłania plonów na magistrat. Co tu się działo?
    Rozejrzawszy się, dostrzegłem tablicę:
 

Kuppernen Wilkommen!

 
    A jeszcze wczoraj wisiała zupełnie inna: Kuperki witają. A to szelma i mistrz strategii, ten nasz sołtys! Zamienił wioskę z polskiej w niemiecką, by ludność od rozwałki uchronić! Niemcy kupili fałszerstwo, wszak od granicy raptem pół kilometra krętych dróg końskich – łatwo im się wmówiło, że do niej jeszcze nie doszli, że odbili o kilometr i wciąż są w Rzeszy...
    Sołtys Kogutek ocalił nas wszystkich!!!
    Acz nie całkowicie, po prawdzie...
    W 45-tym – dnia nie pamiętam – o świcie zbudziła mnie Albertowa.
    - Maćku! Maćku, sieroto! Ruskie ido!! Wyzwolą nas od faszystów i polskich feudałów!!
    Wybiegłem z chaty nagi jak zając szykowany pod Wielkanoc.
    Wszędzie dookoła tłum roześmiany, w rękach kiełbasa, bimber i zegarki skradzione pijanym Niemcom.
    - Na przekupstwo! - śmiał się do mnie sołtys. - Strategia, Maćku, strategia!
    A na płotach ruskie napisy i nawet gwiazda czerwona na żurawiu, z betlejemskiej przerobiona dzięki krwi indyczej.
    I rzeczywiście Ruskich zwiodło! Że do republiki sowieckiej trafili, takiego tam przyczółku Stalina. Pojedli, popili, a zegarki to nawet na szyje i nogi zakładali, bełkocząc przy tym w euforii jak pacholęta nurzane w mleku matki. Kapitan ich to szykownie na nodze zegar z kukułką zawiązał!
    Sołtys Kogutek podskakiwał na wiwat, że znowu lud ocalił.
    I tylko jednego w swej strategii nie przewidział. Że krasnoarmiejcy gwałcą swoje tak samo ochoczo jak obce.
    Albertowa w ciąży, Podróbkowa w ciąży, Szumowinowa w ciąży, i Parcholcowa, i Podpłociowa, i wszystkie u Szczepanków... A u sołtysów to i sołtysowa z siostrami i sześcioma córkami, no i ta Żydówka, co ją w studni tak skutecznie przed Niemcami kryli.
    I stara Podupciowa w ciąży!!
    Oj, co to się porodziło we wsi!...
 
___________________________________________________________
 
 
 

Horrohełm czwarty: Etykieta II

 
    Król Otobuktus był synem słynnego wodza Teworukasolepuntodydesa XI. Nim wódz ten poległ z rąk i zębów barbarzyńców, dał się poznać jako najbardziej charyzmatyczny i utytułowany król na kontynencie. To do czegoś zobowiązywało. Otobuktus pamiętał o tym i codziennie ćwiczył przed lustrem wydawanie pokojowych edyktów i frontowych rozkazów tym samym, rzeczowym, opanowanym głosem. Głosem włodarza, który panuje nad wszystkim i który zapewnia ocalenie ludowi w najbardziej beznadziejnych okolicznościach.
    - Etykieta czyni charyzmę – powtarzał mu ojciec nad kołyską.
    Otobuktus właśnie skończył czwarte śniadanie dietetyczne i brał się za trening etykiety, kiedy do namiotu wpadł zziajany i mundurowo naddarty oficer Niedobitus.
   - Panie! - wydyszał z wysiłkiem, który zdradzał albo przebyty maraton, albo największe niebezpieczeństwo. - Plemiona Wykruków i Osmalców otaczają nas od północy, południa, wschodu i zachodu! Ciągnie ku nam 120 000 piechoty Wykruków i jazda dwutysięczna Osmalców!
    Raport brzmiał rzeczywiście dramatycznie i obecna w namiocie łaziebna pobielała na twarzy ze zgrozy. Nie omieszkała też skierować obnażonych piersi i przerażonych oczu ku wyjściu z namiotu, z zewnątrz dobiegał bowiem narastający, raczej paniczny rwetes.
    Te reakcje odróżniły ją znacznie od króla Otobuktusa, który tylko odrobinę zmarszczył brwi, lecz do oficera zwrócił się w pełni szlachetnym, spokojnym tonem:
    - Stan palisady?
    - Palisadę już przeszli, panie – ujawnił oficer Niedobitus z nieszczęśliwą miną.
    Otobuktus uniósł delikatnie jedną brew, nadal jednak przemawiał z wyważeniem włodarza, który panuje nad wszystkim:
    - Wieże kusznicze?
    - Już rozebrane, panie... Kuszników wybito na miejscu.
    - Czołem ku jeździe! - rozkazał odruchowo król.
    - Ale czym? -  wybełkotał Niedobitus. Służebna zachwiała się z jękiem zgrozy.
    Król Otobuktus uniósł drugą brew.
    - Stan pikinierów? - spytał rzeczowo.
    - Nie mamy już pikinierów – brzmiał straszliwy raport. - Naszych pik używają już Osmalcowie...
    - Konni? - zmarszczył brwi zdziwiony król.
    - Już z nich zsiedli...
    Służebna osunęła się na kobierzec, wydając z krtani charkot przestrzelonego cietrzewia. Jednak Otobuktus nadal imponował opanowaniem:
    - Możliwość przebicia się w kierunku południowo-wschodnim? Albo północno-zachodnim? Albo zachodnio-wschodnim? A może...
    - Nie ma już kierunków przebicia, panie...
    - Ale meldowałeś, że nacierają tylko z czterech kierunków podstawowych? - spojrzał surowo władca. - Że z północnego, południowego, zachodniego...
    - Tak, mój, panie – oficer uronił łzę – ale wrogowie nacierają chciwie rozpostarci.
    - Jak??
    - Pożądliwie rozskrzydleni...
    - Logiczne i budzące moje wojskowe uznanie – przyznał bez emocji Otobuktus. - Odległość od najbliższych posiłków?
    - Rozbito je już wcześniej – załkał Niedobitus.
    - Podatność Wykruków na korupcję? Ugodowość?
    - Ależ oni są już wokół namiotu i dobijają ostatnich obrońców. Wszystko, co im, panie, możesz zaoferować, mogą i tak wziąć z marszu. A połowa władców Europy płaci im za twoją głowę milion forintów.
    - Aha – skinął koroną Otobuktus. I nagle przestał marszczyć brwi. - Ilość strzał w kołczanie? - spytał, patrząc z namysłem za plecy oficera.
    - Wszystkie zużyłem, mój panie – rzekł z żalem Niedobitus i zemdlał.
    Zamyślony król przesunął wzrok na ścianę namiotu, zdobioną uzbrojeniem ojca.
    - Prawdopodobieństwo sięgnięcia po tarczę?
    Okazało się zerowe. Wykrukowie weszli, a raczej wstrzelili się torpedowo do namiotu, na wyścigi z Osmalcami. Na wyścigi zadawano też ciosy Otobuktusowi za pomocą tradycyjnej broni szlacheckiej owych plemion: toporków glinianych i kamieni rzecznych. Na wszelki wypadek oderwaną głowę króla uduszono jeszcze kępą trawy z pastwiska.
    Tak poległ król Otobuktus, charyzmatyczny syn charyzmatycznego ojca, do końca opanowany, strategicznie przenikliwy i rzeczowy wódz europejski.
    Ciekawe, że komendanci beznadziejnych, przesądzonych w upadku fortec tak często objawiają ujmującą charyzmę i heroiczny chłód, gdy tymczasem ich zwycięzcy okazują się w gorącej krwi kąpanymi rabusiami i gwałcicielami.
 
___________________________________________________________
 
 
 

Horrohełm piąty: Tajemnica ułana

 
Mój ojciec umarł w tajemniczych okolicznościach. Miałem wtedy trzy lata i z całej tej dramatycznej sprawy zapamiętałem tylko płacz matki i wuja, który w rozpaczy uderzał głową w abażur lampy. Tamtego dnia z domu zniknął i ojciec, i abażur.
Mijały lata. Nim zdołałem przemóc strach i zapytać matkę o ponurą śmierć ojca, matka zmarła. Na serce.
Potem na kolejnych kilka lat popadłem w rezygnację i odrętwienie. Żyłem w przekonaniu, że nad moją rodziną z nieznanych przyczyn zawisło fatum, cień jakiejś śmierci nieodpartej, i dopiero skończywszy lat osiemnaście, zebrałem się w garść.
Mieszkałem wówczas w starym barokowym dworku, z wujem, bardzo zgorzkniałym już dziwakiem.
Dziwakiem, który pół dnia opowiadał mi o wzniosłych czynach mego ojca podczas wojny z Rosją bolszewików, a drugie pół spędzał na polerowaniu tuzina szabli ułańskich i pomrukiwaniu o potrzebie wymarszu na Kijów, by sprawy wyprostować.
Tydzień po urodzinach zaczepiłem wuja ostatecznie zdeterminowany. Byłem przekonany, że traci on z wolna rozum i wkrótce może być za późno na wyciągnięcie z niego sekretu ojcowskiego.
- Powiedz mi prawdę o ojcu – zażądałem.
Wuj spuścił głowę wyraźnie zaskoczony i chyba spłoszony.
- O biciu bolszewików? – spytał głupio.
- Wujaszku! O jego śmierci. Co zabiło mego ojca, gdy był tak młody?
Podniósł na mnie błękitne oczy i westchnął.
- Dobrze, Eugeniuszu. Usłyszysz całą dziś prawdę. Wiedz jednak, że prawda o śmierci twego ojca jest prawdą o jego życiu. O tym, skąd przybył, kim był, co mu zagrażało… i co go zabiło.
Rozłożyłem ręce.
- Tym lepiej – rzekłem krótko.
Chwilę później siedzieliśmy w salonie przy stole herbacianym. Służąca podała nam ciasto kokosowe i herbatę ze sklepu kolonialnego.
Patrzyłem na wuja niecierpliwie, lecz w grzecznym milczeniu. Miał odsłonić mi prawdę. Doceniałem to. Szanowałem też ciężar, który od tylu lat dusił mu serce.
Najpierw kiwał głową i cicho mruczał coś do siebie. Potem spojrzał na mnie jakby wzruszony.
- Mów, wujaszku – zachęciłem.
- Eugeniuszu mój drogi – przemówił w końcu cichym, zafrapowanym głosem. – Oto prawda o twoim ojcu. Oto jego tajemnica. Otóż ojciec twój wykluł się z pączka ziemniaczanego, po czym, nim nabrał sił, został zaatakowany przez chrabąszcza majowego, który zadał mu silne ugryzienie. Co gorsza, tego chrabąszcza wspomógł chrząszcz biegacz, który też gryzł. Gonił ojca i bił skrzydłami. Ojciec twój ledwo się wyrwał z matni i schronił pod liściem buraczanym. Spod liścia też zresztą musiał czmychać nieomal natychmiast – bo otaczać zaczęły go kwieciaki jabłkowce. Takie całkiem silne i harde chrząszcze, które nie lubią obcych pod swoimi liśćmi, rozumiesz. One też poturbowały ojca, który zaczął się czołgać. Kiedy tak się czołgał, dostrzegł biały dom z kolumnami. Białe kolumny wziął jako znak nadziei i czołganie bardzo sobie przyspieszył. Niestety, nim dopadł progów, bardzo silnie uderzył go w plecy borecznik rudy, co zbiegł z sosny. Ojciec, ranny już poważnie, ledwo zdołał wspiąć się na parapet okienny. Tam o mały włos dopadłoby go kolejne nieszczęście; na parapecie trwało przegrupowanie wiosenne zbrojców dwuplamych, takich, wiesz, drapieżnych pluskwiaków, które przybyły zza oceanu na wojnę ze stonkami. O mały włos… Już cień czułków padał na szyję twojego ojca, gdy wtem pochwyciły go czyjeś litościwe palce i zabrały do wnętrza domu, co ocalenie przyniósł. Te palce należały do mojej wspaniałej siostry, a twojej cudownej matki, Eugeniuszu. Ojciec był twardy, bo zrodzony z pączka ziemniaczanego. Szybko doszedł do siebie, a już miesiąc później odbyło się wesele. Gdy minął, rok Rzeczpospolitej narodził się kolejny ułan, imieniem Eugeniusz. Zaś twój ojciec, któremu mundur wyszyto z liścia miętowego, siedział na moim ramieniu i żadnej szarży nie odpuścił, kłując bolszewików lancą z wyostrzonej zapałki... Tak wygląda tajemnica życia twego ojca, kochany chłopcze. A tajemnica śmierci? Tej może jużeś się domyślił… Twój ojciec starał się olejkami i wodą źródlaną przedłużyć swój szlachetny żywot. Ale przecież musiało przyjść to, co nieuchronne. – Wuj skrył na moment twarz w dłoni. Zaraz jednak dokończył twardszym tonem: - Twój ojciec zgnił. Wszak był ziemniakiem.
Przez chwilę panowała cisza. Wyjątkowo przykra cisza.
Potem wstałem i bez słowa odszedłem.
Zrozumiałem, że się spóźniłem. Wuj oszalał pod ciężarem sekretu.
Już nigdy więcej nie spytałem wuja o tajemnicę śmierci ojca. Już nigdy więcej nawet nie przemówiłem do niego ni jednym słowem. Jedynie sprowadziłem mu dwie zakonne siostry do opieki.
Rok później wuj zmarł ze zgryzoty.
Zmarł, zabierając ów straszny, niewyjawiony sekret do grobu, który w złości sprawiłem mu całkiem lichy, niczym furmanowi.
Bo też byłem bardzo zły i rozczarowany.
Każdy syn chciałby poznać tajemnicę życia i śmierci własnego ojca. Zwłaszcza takiego, przed którym bolszewicy uciekali, gubiąc szable i konie. Tak okrutne kpiny wziąłem litościwie za objaw choroby umysłu, którą ściągnęła na wuja tęsknota i wyrzuty sumienia. I tylko dlatego nie wyrzuciłem go z domu pokłutego szablą.
Pięć lat po śmierci wuja odkryłem tajny schowek w sekretarzyku, w dawnym gabinecie ojca. W skrytce leżało dziewięć szabel odebranych bolszewikom. Pod nimi zaś list napisany ręką ojca.

…i wiem, synku mój piękny, że pewnego znajdziesz ten list, taką bowiem prośbę, u progu śmierci przeczuwanej, przekazałem Bogu, władcy archaniołów, co Sowietów pobić nakazali ulubionemu ludowi. Urodziłem się z pączka ziemniaczanego. Zaraz po tym mój pierwszy wróg, chrabąszcz majowy, ugryzł mnie silnie i bardzo osłabił. Tym trudniej było tedy uciec przed chrząszczem biegaczem, który gonił mnie i bił skrzydłami, toteż i…

Nie myślicie chyba, że poczułem się winny nad tym listem, i że przebaczyłem wujowi?
Przeciwnie. Mój gniew nasilił się srodze. Tyle bowiem lat zmarnowałem na dumanie uciążliwe nad tajemnicą mojego ojca, tylko dlatego, że ów dureń wuj nie potrafił przekazać mi jej we właściwy, wiarygodny i przekonujący sposób!
 
-------------------------------------------------------------------------