Hipokryzja i idiotyzm polskiego szkolnictwa

"Nie cierpię szkoły, ona jest chora" - wiele razy to słyszeliście, czy to tylko niechęć do nauki, a może nasze szkolnictwo naprawdę jest "chore" ?

 

Piątek, godzina 13.30, na lekcji języka polskiego w jednej z prowincjonalnych szkół ponadgimnazjalnych pani X. omawia temat dotyczący ogólnych założeń romantyzmu. - Romantyczni twórcy to skrajni indywidualiści, niezwracający uwagi na konwenanse. Jako jednostki wybitne nie ulegają wpływom środowiska i nie działają wedle ustalonych wcześniej przez społeczeństwo schematom... Jeden z uczniów pyta: - Czy w takim razie przy pisaniu kolejnej pracy klasowej będziemy mogli olać klucz maturalny i napisać wszystko wedle własnej inwencji twórczej? - Oczywiście, że nie.  Prace pisemne są po to, żebyście mogli przysposobić się do egzaminu maturalnego. Na nim musicie napisać wszystko, aż do ostatniej kropki, tak jak chce od was kuratorium oświaty. Wszelkie zapędy w swoim kreatywnym myśleniu zostawcie na kiedy indziej.

"Rób co chcesz, byle by tak jak my chcemy"

Powyższa, jak najbardziej autentyczna sytuacja, jest obrazem tego co dzieje się na codzień w polskich szkołach. Nauczyciele wmawiają uczniowi przez cały okres jego nauki, że należy być kreatywnym, trzeba myśleć na wielu płaszczyznach. Podają przykłady "wielkich" , którzy właśnie tacy byli i tak postępowali. Jednak gdy już ich podopieczny wysunie jakiś nowatorski pomysł patrzą na niego sceptycznym wzrokiem i odpowiadają coś w stylu: "Ciekawe, ciekawe... ale czyż to nie masz jutro klasówki z matematyki? Wypadałoby się nauczyć". I tak naprawdę próbują w ten sposób wybić z głowy ambitnemu żakowi myśli, które dopiero co zakorzeniły się w jego głowie. Uważają, że w wieku szkolnym należy poświęcić się bardziej pragmatycznym rzeczom, czyli zwyczajną nauką algorytmów, zasad Newtona, dat dotyczących wojny stuletniej. I uczeń zwykle przygasza swoje wyjątkowe plany, zaczynając uczyć się rzeczy ujętych w programach nauczania, aby w końcu w ogóle zaprzestać o nich myśleć. Staje się w końcu zwyczajnym, niewyróżniającym niczym, szarym człowiekiem. Można spekulować czy taki stan rzeczy spowodowany jest panującym w większości krajów świata kapitalizmem, w którym najważniejszy jest pieniądz oraz ludzie-automaty, którzy muszą go rozmnażać.

"Tato, a co to ta Solidarność?"

Nawiązując do kapitalizmu: czy za kilka, kilkanaście lat nowe pokolenia uczących się będą wiedziąc skąd on wziął się w naszym kraju? Już teraz program nauczania jest tak ułożony, że trzecie klasy gimnazjum jak i liceum kończą edukację w swoich szkołach poznając historię do okresu pierwszych lat po II wojnie światowej. A co ze współczesnymi dziejami świata? Co z wojną w Wietnamie, co z zimną wojną, co z Solidarnością, co ze stanem wojennym? O ile jeszcze dzisiejsi 15-18-latkowie wiedzą coś o czasach komunizmu z przekazów rodziców, którzy przeżyli ten okres, to co będzie z ich odpowiednikami wiekowymi za 15-20 lat? Czy wówczas ich rodzice, którzy z reguły nie będą utożsamiać się z realiami komunizmu opowiedzą i wyjaśnią im rzeczywistość sprzed 1989r. ? Nie jest to raczej pytanie retoryczne, a jeśli nawet to marzyłbym, aby można było na nie odpowiedzieć twierdząco, ale w tym przypadku nie jestem optymistą z różowymi okularami. Opowiadam się za twierdzeniem, że najważniejsza jest historia najnowsza, czyli ta od okresu II wojny światowej po dzień dzisiejszy, ponieważ to ona ma największy wpływ na naszą dzisiejszą sytuację. Pewnie, że dla oczytanego, inteligentnego człowieka ważna jest polityka wewnętrzna Ludwika XiV, ale wiek XX stanowi dla mnie, zwykłego człowieka, najpotrzebniejszą część historii, bo dotyczy bezpośrednio życia mojego i moich bliskich. I nad sprawą programu nauczania historii należałoby się zastanowić.

"Logika jest najlepsza, ale myśl schematami!"

Zastanawialiście się pewnie nieraz na lekcji nad jakąś matematyczną łamigłówką czy jakimkolwiek zadaniem logicznym, aż tu nagle słyszycie: "Zrobiłeś już? Nie? To pośpiesz się!" Wiele osób przyzwyczaiło się, że na lekcjach matematyki pracuje się szybko i robi się dzięki temu jak najwięcej nowych ćwiczeń. Tylko czy o to właśnie chodzi w królowej wszystkich nauk? Czy najważniejszy jest wyścig - kto pierwszy ten lepszy? Wydaje mnie się, że matematyka powinna być nauką w której nie należy myśleć schematycznie, nad którą trzeba się zastanawiać, wysuwać logiczne wnioski. Tymczasem w Polsce, przynajmniej na poziomie licealnym takiego czegoś nie ma, większość zadań rozwiązuje się pod schemat, a oprócz tego trzeba wykuć na pamięć wszystkie wzory, a nie myślę, że to byłaby dobra kwestia dla aktora. To wszystko oczywiście dla naszego dobra i dla rozwijania logicznego myślenia, mówiąc z lekką ironią.

"Zacznij swoją karierę naukową już w liceum, przed Tobą niepowtarzalna szansa"

Ironią są według mnie te wszystkie slogany reklamujące różnego rodzaju projekty naukowe. Jednym z przykładów jest coś takiego: "darmowe wycieczki na arcyciekawe wykłady na naszym uniwersytecie". Co do braku kosztów tych wojaży nie mogę się do niczego przyczepić, ale już do tych "arcyciekawych" plątanin słów( inaczej tego nazwać nie potrafię) mam wiele zastrzeżeń. Większość osób jak nie leżała na ławkach podczas tych "wykładów" , to siedziała z słuchawkami w uszach lub rozmawiała z osobami sąsiadującymi. Po tych "pasjonujących" chwilach przyszedł moment na równie ciekawe wypełnianie ankiet i wpisanie swojego nazwiska na liście obecnami. Natomiast patrząc na plakat projektu można sądzić, że to złapania Pana Boga za nogi - "zacznij swoją karierę naukową już w liceum, przed Tobą niepowtarzalna szansa". Zwracając się do pomysłodawców tego i innych "dających niepowtarzalną szansę" przedsięwzięć naukowych, mówię już całkiem bez ironii: Zanudzać może każdy, ale tylko ciekawe pomysły zainteresują innych.

"Nie wiem co w życiu robić"

Zainteresować innych do siebie nie potrafią także szkoły ponadgimnzajalne. Choć co prawda w ciągu ostatnich lat powstało wiele pomysłów na tzw. targi edukacyjne, na których młodżież może dowiedzieć się wielu informacji na temat wybranej szkoły. NIe ma jednak osobnego podejścia do konkretnego ucznia, co spowodowane jest w dużym stopniu niewystarczającym doradztwem w sprawie planowania dalszej edukacji. Przez te braki uczeń nie wie kim chce zostać i nie wie w czym jest dobry, więc idzie do jakiej bądź szkoły, najczęściej kierując się subiektywnymi radami znajomych lub rodziny. Następnie wybiera zawód, również jaki bądź i w wielu przypadkch staje się osobą która robi nie to czego naprawdę chce, niejednokrotnie również mało efektywnie. W ten sposób działa niekorzystnie dla pracodawcy oraz dla siebie, stając się nieszczęśliwy.

Co możemy zrobić?

Czy można zrobić z naszym szkolnictwem aby wszyscy byli szczęśliwi? W tym właśnie problem, nie można wszystkim dogodzić na raz. Możliwe jest jednak polepszenie stanu obecnej sytuacji. Może i jak twierdzą niektórzy zdrowa jest mała nutka hipokryzji, ale już duża jej dawka jest szkodliwa prawie dla wszystkich. Więc należałoby trochę zmienić naszą szkołę. Trochę, bo na rewolucji w tej dziedzinie obecni żacy mogliby bardzo ucierpieć, a trzeba kierować się, w myśli pozytywizmu, dobrem całego społeczeństwa, bez wyjątku. Potencjał polskiego narodu jest ogromny, ale z jego wykorzystaniem różnie bywa, a przecież w szkole spędzamy sporą część swojego życia. Warto więc dokonać kilku, może kilkunastu zmian w naszym szkolnictwem, aby zwrot "szkoła - nasz drugi dom" nie wywoływał gorzkiego uśmieszku na naszych twarzach, a może wtedy nasz kraj zacznie się w końcu naprawdę liczyć na świecie.