Harry Brown alternatywa dla Avatara

Lubię umilić sobie wieczór dobrym filmem. Mam ich w swojej kolekcji ponad 600. Szukam kolejnych, mogących uświetnić mój zbiór. Czym się kierować w dobie kina 3D ??

 

Jestem jedną z tych osób, które mają swój malutki wkład w ponad 2 miliaardy dolarów zysku wypracowanego przez Avatara Jamesa Camerona. Cały świat podzielił się na zagorzałych zwolenników tego obrazu przypinając mu miano arcydzieła, opozycja z kolei krytykuje płytkość obrazu i sedno jego niebywałego sukcesu widzi tylko i wyłącznie dzięki zastosowaniu najnowocześniejszych osiągnięć speców od efektów specjalnych i obrazu 3D... Na wyrobienie sobie zdania na temat Avatara wystarczył mi jeden seans, podobnie jak jeden seans wystarczył mi na wyrobienie sobie zdania o filmie stojącym zgoła po drugiej stronie kinematograficznej ,,barykady", jakim jest niewątpliwie Harry Brown...

    Poniżej zamieszczam przedruk tego, co napisałem o Harrym na jednym z filmowych portali dzień po obejrzeniu go w kinie. W tym samym kinie, w którym dwa tygodnie wcześniej oglądałem Avatara...

 

Harry Brown - film nie dla każdego...
Wczoraj oglądałem Harry`ego Browna i muszę przyznać, że film zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Od razu trzeba nadmienić, że film absolutnie nie jest dla ludzi szukających super efekciarskiej rozrywki ociekającej scenami strzelanin i masą wybuchów. Piszę to dlatego, bo odniosłem wrażenie, jakby wielu Forumowiczów, którzy podjęli się tutaj krytyki tego obrazu, uczyniło to właśnie z powodu niespełnienia ich oczekiwań przez ten film właśnie pod tym względem.
Największym atutem Harry`ego jest Michael Caine, który nadaje całej opowieści odpowiedni... ,,smak". Naprawdę, jest to genialny aktor i w tym filmie potwierdził tylko swój kunszt. Historia nieco przejaskrawionej degeneracji współczesnej młodzieży i i desperackiej próby walki podjętej przez starca, który nie ma już nic do stracenia, pokazuje o wiele więcej niż widać bezpośrednio na ekranie.
To konfrontacja pokoleń ukazana ze wszystkimi swoimi przymiotami - oczywiście nikt w tym filmie nie twierdzi, że cała młodzież świata jest zdegenerowana, ale ujmujący jest obraz odchodzącego pokolenia, które, wyznając ,,archaiczne" wartości, nijak nie odnajduje się we współczesnym świecie... Jakże uderzające jest odczłowieczenie młodych ludzi, których droga prowadzi do samozagłady, ich wypranie z jakiegokolwiek szacunku i braku jakichkolwiek autorytetów... Również bezradność i ślepota policji nie jest tu przypadkowa - nie przez pałkę i siłę zmienić można obecny stan rzeczy, to nic nie da, niczego nie zmieni, chyba że na krótką chwilę...
Ślamazarne tempo akcji?? Film pędzi do przodu krokiem starca, dla którego czas płynie inaczej, niż dla goniącego za sukcesem współczesnego człowieka... Idealnie współgra to z tempem życia tytułowego bohatera, któremu nigdzie się już nie śpieszy, za niczym nie musi gonić...
Podziemny tunel, w którym króluje banda degeneratów i do którego boi się wejść Harry Brown, jest nie zauważony przez cywilizację, która pędzi nad nim ulicami nie widząc, jak bardzo zepsuta jest od środka...
Końcowa scena jest kwintesencją całej tej alegorii, a film polecam wszystkim, którzy ochłonęli już po fajerwerkach ,,Avatara" i dla przeciwwagi chcieliby z trochę innej perspektywy spojrzeć na problemy współczesnego świata. Być może za dekadę lub dwie, nikt już nie ośmieli się nazwać tego obrazu ,,przejaskrawionym"...
Polecam film wszystkim, którzy ochłonęli już nieco po fajerwerkach serwowanych nam przez Avatara, i spragnieni są kina nieco odmiennego, można by rzec - spokojniejszego, które jednak potrafi uderzyć...

 

Dlaczego powracam do tematu? Przecież Harry Brown filmem wybitnym nie jest, Avatar zresztą też... Myślę, że pewne zestwienie obu obrazów może ukazać ciekawą rzecz, jaka aktualnie ma miejsce w światowym kinie. Zacząłem ostatnio przypominać sobie oba obrazy i uderzyło mnie to, że o ile w mojej pamięci pozostał Harry wraz z całym swoim ,,bagażem", to bohaterowie Avatara gdzieś rozmyli się w gąszczu niesamowitych efektów i zaczęli znikać z mojej pamięci zaraz po wyjściu z kina. O ile trudno mi jakoś emocjonalnie związać się z cyfrowymi postaciami, które nieraz ciężko odróżnić od prawdziwych aktorów, o tyle najprawdziwszy Michael Caine nie pozostawia złudzeń co do swojego kunsztu.

    Naprzeciw siebie staje mega produkcja o niebotycznym budżecie (łącznie z wydatkami na promocję filmu wyniósł on podobno 460 mln $!!!), zrealizowana z wielkim rozmachem kosmiczna saga, oraz ascetycznie w wielu miejscach zrealizowany film o odchodzącym do lamusa starcu, wyznającym zdewaluowane wartości, nijak mające rację bytu w świecie, nad którym kontrolę przejmują ,,młodzi gniewni”. Avatar ma efekty, za to ma też średniawy scenariusz i oklepaną do bólu fabułę. Harry ma świetnego Caina, porusza ciekawy temat, celowo używa pewnych przejaskrawień… Czy kino w stylu Harry`ego Browna ma rację bytu w dobie takich produkcji jak Avatar? To trochę jak walka Dawida z Goliatem, jak zmagania… Harryego Browna z rozwydrzoną młodzieżą… Nie wieńczę końca ambitnego kina. Dzieje się jednak na naszych oczach pewne przewartościowanie – od dziś, od triumfu Avatara, coraz więcej obrazów będzie się szczycić dopiskiem zamieszczanym pod tytułem. Brzmi on: ,,3D”. Przez jakiś czas będzie to skuteczny wabik na widza, jednak już za parę lat nawet 5D nie będzie w stanie przyciągnąć widza do kina, jeśli pod tymi wszystkimi ,,wymiarami” nie będzie się kryło coś, co po prostu zapadnie w sercu na dłużej… Tylko od nas, widzów, zależy, czy pozwolimy Harryemu Brownowi zginąć w tunelu, zadźganym przez wschodzące pokolenie, czy też damy mu do ręki solidny ,,argument” pozwalający stawić czoła silniejszym, zdawać by się mogło, opryszkom, którzy w konfrontacji ze starym komandosem pokażą swoje prawdziwe, nieco pustawe ,,ja”…