Głód. Nie macie pojęcia co to jest

A ja wiem.

 

Facet, który siedzi w skórzanym fotelu, wystającym oparciem pół metra ponad jego głowę, otoczony książkami za kilkaset tysięcy złotych i zarabiający kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, mówi: „Pieniądze nie są najważniejsze”. Boże drogi. Może i nie są. Ale jak taki „dupek” mi to mówi, wypasiony, który nigdy nie wiedział co to jest „cholera, zabrakło na papierosy…, albo, cholera, zjadłbym coś…”, to może takie cos pierdolić.

Byłem kiedyś głodny. I gdybym sam był, to nic…, ale było wszystko głodne. Moja żona, moja sunia, mój kot.

Byłem wtedy na bezrobotnym, ale zaraz po wzięciu zasiłku wszyscy (ze mną – jak wszyscy to wszyscy) skręcaliśmy do pobliskiego lasku itd., wiadomo. Tak się składało, że żona pracy już nie miała. Tak się składało, że piwko było dobre.  Ale się skończyło.

Dzień. Drugi dzień. Trzeci dzień. Żona nic nie mówi. Sunia piszczy cichutko, żeby nie rozgniewać „Pana”, a jednocześnie, żeby pokazać: „Daj jeść”. Kot przychodził pod kołdrę, myśląc, że gram z nim w jakieś podchody. Zdałem sobie sprawę, że… trzeba coś zrobić, bo nie ma jedzenia. Moja sunia miała trochę szczęścia: sąsiadka robiła gęś jakoś tam i przyniosła w reklamówce trochę kości pod drzwi. Betka (sunia) była na razie uratowana. Kotek płakał. Bardzo. Ale próbowaliśmy mu wytłumaczyć… zrozumiał.

Trzy dni.

Mieliśmy w piwnicy skrzyneczkę jabłek. Nazbierała żona. Było tego może dwadzieśc ia parę sztuk. Przyniosłem i… jedliśmy. Byliśmy trzeźwi jak ryby, zdołowani do granic możliwości, bez pomysłu, żeby gdzieś się ratować… Ale najgorzej było ze zwierzakami. Cezarek – kot dawał sobie radę. Jadł suchą karmę, za którą nie przepadał. Raz dwa zrozumiał, że jest źle i nic nie narzekał. Był naprawdę wielki. Dlatego kocham zwierzęta, bo wierzę, ze rozumieją sytuacje ekstremalne. Jestem tego pewien. Betka też, była grzeczna i nie płakała. Ale trzeba było z nią wychodzić. Szliśmy koło bloku, a Betka znalazła bułkę z szynką. Jakiś dzieciak wyrzucił idąc do szkoły (bo to po drodze). Całą Bułę! Z Wędliną. Ależ była szczęśliwa!

Zwierzaki były uratowane. Głodne, ale przegryzły. My, z żoną, zjedliśmy te jabłka w jakieś trzy dni. Były cztery dni.

Potem był piąty dzień. I szósty I dziewiąty, i… dwunasty. Nic nie jedliśmy. Boże. Nigdy, do końca życia tego nie zapomnę.

Bywałem przedtem głodny, ale dlatego, że miałem kaca i nie mogłem przełknąć. Ale wtedy byłem pierwszy, i jedyny raz w życiu głodny, bo… nie miałem jedzenia, choć chciałem jeść.

Często słyszę jakiegoś skurwiela (przepraszam za kolokwializm, ale nie mogę inaczej nazwać człowieka, który nie wie o czym mówi), w skórzanym, nieziemsko drogim fotelu, zarabiającym kilkadziesiąt (albo więcej) złotych miesięcznie, który mówi: „Pieniądze nie są najważniejsze”. Człowieku! Gdybyś ty chociaż przez godzinę wiedział co to jest głód, albo brak papierosa i kursy po publicznych, albo w lasku, albo przystankowych (MZK) popielniczkach.

Najchętniej naplułbym ci w twarz. Nie, że cie nie lubię, ale dlatego, że dostajesz kasę (kupę) za cztery słowa w telewizji, mówisz o głodnych „pięknie” i „robisz kasę bo mówisz””. A jak przyjdzie jakiś, to pewno powiesz: Spieprzaj dziadu”, albo trzaśniesz drzwi od strony pasażera, i każesz swojemu kierowcy zawieźć się do domu. Bo tam kominek już ciepły, i gazetka…

Kto mówi, że pieniądze nie są najważniejsze, to zwykły bydlak.

Nie są. Pod warunkiem: że nie ma z nimi problemu. Że się o nich nie myśli. A nie myśli się, jak je masz…

Czternastego dnia dostałem przekaz… pieniężny. Od rodziny, chociaż nikomu nie mówiłem. Dwieście złotych. Głód się skończył.

Ale „doświadczenie” zostało.

Bezcenne doświadczenie.