Gdybym posadził jabłoń

Zwolennicy byłych właścicieli i byli właściciele (a raczej ich spadkobiercy), dopominają się tego, co jest ich własnością.

ruiny-warszawy.jpgSporo kontrowersji budzą moje artykuły dotyczące zwracania mienia byłym właścicielom. A to proste nie jest. Zwolennicy byłych właścicieli i byli właściciele (a raczej ich spadkobiercy), dopominają się tego, co jest ich własnością.

Gdyby ktoś posadził jabłoń, a potem sobie poszedł (z różnych powodów), i gdybym ja przyszedł, ogrodził tę „po prostu jabłoń” bo mi pozwolili i zbierał przez lata jabłka. I jadł. I przyszedłby ktoś i powiedział: „To jest moja jabłoń, bo ja ją posadziłem i jabłka są moje”. Odpowiedziałbym: „Posadził pan (pani) i co więcej? Widzi pan jakie to piękne drzewo, jakie wypielęgnowane, jakie owoce? Ja to zrobiłem!”.

Wierzę tym ludziom, którzy marzą o „fortunie swojego dziadka”, często dyskusyjnej, bo zadłużonej, ale nie mam dowodów, tak jak i oni nie mają. Jednak idźmy dalej: co by było, gdybym ja nie przyszedł i o tę jabłoń nie zadbał? A nie przyszedłbym, bo gdyby nie wojna, gdyby nie „komuna”, siedziałbym dzisiaj na bank w podwileńskiej wsi, ledwo czytaty i pisaty (ludzie w moim wieku, którzy tam zostali w wielu przypadkach po prostu żyją/żyli dla samej egzystencji). „Właściciel”, który wyjechał do Anglii, albo innej Ameryki, nawet się nie zająknął o „potrzebie zwrócenia swojej własności”. Nie zająknął się z prostego powodu: Rządy Anglii czy innej Ameryki sobie tego nie życzyły. Rząd PRL, prawo PRL było dla nich takim samym prawem jak każdego innego „cywilizowanego” państwa.

Ciekawy jestem, co by było, gdyby mój ojciec, wujek i inni polscy robotnicy nie przyszli i nie zaczęli budować Warszawy (oczywiście Warszawa to przykład). Zdrowy (chyba dla właścicieli) rozsądek nakazywałby pozostawienie kupki gruzów przy ulicy X i… oczekiwanie, aż przyjdą właściciele „tych kupek” i…  je odbudują. Nawet Bierut nie zabijał za "pytanie". Najwyżej można było usłyszeć: "Spadaj". Nie próbowali... wtedy. Dziś to co innego.

 

Dziś właściciele skarżą się na niesprawiedliwość. A ja jestem pewien, że nie przyszli po swoje nie ze strachu, ale z… rozpaczy: nic im nie zostało. Dziś przychodzą, krzyczą, bo na ich byłym półhektarowym ogródku, wartym wówczas pół roweru, obok centrum, „komuna”, albo Gronkiewicz-Waltz, wybudowali wieżowiec, już w centrum, i mają pretensje do milionowych zadośćuczynień.

Mam pytanie do wszystkich „byłych właścicieli”. Co byście mieli, gdyby nasi rodzice, robotnicy, analfabeci wydobyci z „ciemnego ludu”, nie odbudowali waszych domów?

Jakie macie prawo się dzisiaj o nie upominać, skoro przez dziesiątki lat, nie tyle nie mogliście, ale nie chcieliście?!!!) się nimi zajmować – nawet nie próbowaliście.  

Ja postrzegam Was jednoznacznie: „Przekręty! Złodzieje!”

I tyle.