Fejsbuk czyli „wyginam śmiało ciało”…

         Mam konto na Facebooku. Jest tam tez kilka zdjęć z moim udziałem. Niewiele. Zaglądam tam średnio raz dziennie. Na może 2-3 minuty. Kiedy mam wolny dzień loguję się częściej i na dłużej – maksymalnie na kwadrans. Co tam robię? Odczytuję lub wysyłam wiadomości i przeglądam stronę główną. Czytam, co kto napisał (omijam cytaty zarówno polsko jak i obcojęzyczne) a najchętniej oglądam zdjęcia najbliższych znajomych.

         Kiedy portal się pojawił dość długo zwlekałam z założeniem własnego konta, bo wydawało mi się, że jest to rodzaj swoistego albumu ze zdjęciami, do którego wgląd mają tylko np. inni uczestnicy tego samego wyjazdu. A  że sama nie znoszę jak ktoś znienacka robi mi zdjęcia i wobec tego nie mam ich zbyt dużo (a tymi, które mam niekoniecznie chcę się chwalić) stwierdziłam: po co mi to? Jednakże po jakimś czasie i odkryciu innych opcji tego portalu, jak możliwość wysyłania wiadomości czy rozmowy na czacie (choć tego też nie znoszę), a dodatkowo skuszona  pozytywnymi opiniami znajomych – przełamałam się i wreszcie to konto założyłam.

         Nie żałuję, chociaż coraz częściej łapię się ostatnio na tym, że przy każdym kolejnym zalogowaniu się na tym portalu jestem bombardowana informacjami, w których posiadanie niekoniecznie chciałam wejść. I nie jest to winą portalu, a osób, którzy z facebooka uczynili sposób na życie i niejednokrotnie traktują go jako doskonałe narzędzie do wykreowania swojego, niekoniecznie kolorowego życia, na nowo.

         Mimo ogromnej liczby użytkowników, z których każdy jest przecież inny, portal stał się dość przewidywalny. To znaczy: w zależności od pory dnia bądź roku można tam spotkać stałe elementy. Zacznijmy od pór dnia.

         Poranek. Codziennie pewna grupa użytkowników nie wyobraża sobie rozpoczęcia kolejnego dnia bez poinformowania całego świata o tym: ile spali (i dlaczego tak krótko), co zjedli/zjedzą/jedzą na śniadanie, ile kawy zamierzają wypić i – obowiązkowo – jaka piosenka ich dziś postawiła na nogi (tu oczywiście następuje link do jakiegoś utworu, na który koniecznie trzeba kliknąć, bo przecież skoro Zdzisiu tego słucha (a Zdzisiu ma świetny gust!) to mnie też musi budzić ten sam hit (tylko tego poranka, bo jutro Zdzisia na pewno ożywi co innego).

         Koło południa następują narzekania na pracę, szefa, który niechybnie się na nas uwziął (ryzykowne!) i wyliczenia tego, co zamówiliśmy na lunch (bo przecież przyniesione z domu bułki z serem są zbyt trywialne, żeby o nich pisać, co innego jakieś pasty, owoce morza, kebaby; generalnie: tradycyjne polskie jadło…).

         I wreszcie wieczór. Oj, teraz to już sobie można poużywać. W ruch idą więc czaty, gry, aplikacje pod tytułem „na ile procent byłeś dziś szczęśliwy – wylicz” oraz – obowiązkowo -  linki do piosenek (im bliżej nocy tym utwory bardziej melancholijne). Na sam koniec dnia cytaty o trudzie życia i marnym człowieczym losie.

         Nie zapominajmy o młodych matkach, które po urodzeniu dziecka są tak zachwycone swoim bobasem, że wrzucają setki, ba,  tysiące zdjęć pod tytułem: nosek mojej dzidzi z prawej strony, nosek z lewej, prawa stopa w świetle sztucznym i lewa stópka w świetle dziennym. Ja rozumiem, że każdy chce się swoim szczęściem dzielić, a posiadanie potomka niewątpliwie wielkim szczęściem jest, ale przyznajcie młode matki, z ręką na sercu, czy jak wasza koleżanka wrzuci 50 zdjęć swojej córeczki/synka z pierwszego tygodnia życia malucha i dokumentuje tak każdy kolejny tydzień dziecka do 10-ego roku życia, to czy naprawdę przeglądacie te zdjęcia z równym entuzjazmem? To, że taka młoda matka takie zdjęcia tam wrzuci to jeszcze pół biedy, gorzej jak potem przy każdym spotkaniu odpytuje was z iście detektywistycznym zacięciem: „a to zdjęcie, gdzie Jasiu tak patrzy przed siebie, widziałaś? Jak to? Nie pamiętasz które? No to 124 z kolei, przecież  mówiłaś, że oglądasz! Widzę, że nic to moje dziecko cię nie interesuje. Taka z ciebie koleżanka?”.

         Dla przeciwwagi  teraz coś o zgonach. Jak, nie daj Boże, ktoś znany z tego świata zejdzie, to zaraz wszyscy okazują się największymi wielbicielami talentu: aktorskiego, muzycznego, poetyckiego, takiego denata i cytują go na potęgę, pod spodem zamieszczając „wirtualne znicze” czy pieron wie co. Po co, w jakim celu? Ja rozumiem, że może z szacunku, może z żalu, ale  ilu z tych , co 1-ego lutego cytowali Szymborską miało choć raz w życiu w ręce tomik jej wierszy?

          A teraz klasyfikacja zdjęć wedle pór roku. Jesień – spacery po lesie, trzymanie zwiędłych liści, wiewiórki w parku. Zima – narty, snowboard, oczywiście najbardziej stromy stok i my na dole (że niby właśnie z niego zjechaliśmy), generalnie – akty odwagi. Wiosna – wąchamy kwiatki na łące, spacerujemy z psem, wiosennie ściskamy się z ukochanym (niekoniecznie ciągle tym samym).

         Ale ja to najbardziej lubię facebooka w wakacje. Wtedy to tam się dzieje. Wystarczy trochę słońca i upału i już tracimy głowę. Mężczyźni zrzucają podkoszulki i wdzięcznie prężą świezo naoliwione muskuły w świetle słońca, a kobiety… O matko…Takiej parady naprężonych pośladków, na wpół gołych biustów i skąpych kostiumów kąpielowych nie ma nigdzie – w żadnej gazecie, żadnym filmie, no – po prostu – nigdzie! Ma się czasem wrażenie, że my wszyscy nie jeździmy na wakacje, żeby wypocząć, tylko żeby wyginać się pół dnia na plaży, wypinać lewe bioderko, potem prawe, wydymać usta, filuternie przechylać głowę w bok albo tęsknie patrzeć na zachodzące słońce, oczywiście nie zapominając o najważniejszym – ktoś nam przypadkowo (!) musi podczas tych wysiłków strzelać zdjęcia. Potem tylko należy wybrać spośród tego tysiąca ujęć tą setkę „fotek”, na których nasz wzrok jest najbardziej tęskny, a pupa – najbardziej jędrna, udostępnić to wszystko na naszym koncie i właściwie już można wracać do domu.

         Na koniec jedna uwaga: tekst złośliwy, ale nie mam na celu nikogo obrazić, bo przecież każdy z nas, w mniejszym czy większym stopniu, lubi czasem podkoloryzować rzeczywistość. Lubimy być postrzegani jako piękni i zaradni ludzie sukcesu, a o porażkach staramy się nie wspominać. Chcemy, żeby inni myśleli o nas jak najlepiej, bo wtedy i my sami jesteśmy dla siebie choć odrobinę łaskawsi. Tylko musimy pamiętać o tym, żeby zachowywać umiar w tym naszym kreowaniu siebie jako superbohaterów, bo publiczne pokazywanie każdej minuty swojego życia i odsłanianie naszej intymności przed często zupełnie obcymi ludźmi może nie tylko nie wzbudzić niczyjej zazdrości (o co nam przecież tak często na tego typu portalach chodzi), ale może się okazać po prostu niebezpieczne. Nie mówiąc już o tym, że jest to często po prostu śmieszne, a w ekstremalnych przypadkach – nawet żałosne.  A przecież nie taki jest nasz cel, prawda?

 *** Dziękuję Anecie Ch. za poddanie tematu :)

                                                                                                                                     Katarzyna Szeląg