Europejskie migracje zarobkowe

...najsmutniejsze jest to, że ze znajomymi spotykasz się w realu, a skype instalujesz po to, żeby mieć kontakt z dzieckiem...

 

       Zapominam czasem, że bycie człowiekiem to także podejmowanie trudnych decyzji. Nieraz też zapominam, że mało jest takich decyzji, których tak na milion procent jestem pewna, że są właściwe. Prawie zawsze jest jeszcze jakaś alternatywa, z której aktualnie po prostu nie skorzystałam i w chwilach zwątpienia jawi się jako coś, co można było... Stoi za plecami i natrętnie domaga się uwagi, siejąc zwątpienie i tworząc zamęt w ludzkim jestestwie.

       Ostatnio znowu podjęłam decyzję. Znowu wyjechałam, zostawiając wszystko, co jest mi bliskie do spotkania za kilka miesięcy. A za plecami stoi alternatywa: mogłam przecież nie jechać, można było pozostać przy tym, co jest i ta alternatywa dopuszczona do głosu budzi wątpliwości i wpycha do świadomości wszelkie obrazy przeciwko podjętej decyzji.

       Wyjechałam, bo stoi dom, ściany z miejscami na okna i bez dachu. Chcę mieć dom, chcę zbudować ten dach i dać dziecku cały, ciepły i wymarzony dom. Czy to źle, że mieszkając na stancji chcę dać dziecku dom? Ale jest drugi dom, który nie ma ścian, okien i drzwi...

       Nieustannie ostatnio stoję wśród tysięcy matek i ojców, którzy mają ten sam dylemat: odebrać dziecku kolejny dzień z rodziną w zamian za euro, korony, funty czy jakąkolwiek inną walutę. Jednak ta waluta przekłada się na inne rzeczy: w moim przypadku dać dziecku dom, w przypadku wielu rodziców dać dziecku zwyczajnie jeść, dać mu buty czy kurtkę. Smutne. I myli się ten, kto sądzi, że takim rodzicom łatwo wyjechać. Nie raz słyszałam opinie, jaką ktoś tam jest matką- jak tak można zostawić dziecko i wyjechać, ale oby osoba, która ma takie zdanie sama nie musiała stanąć przed takim wyborem.

       Rozmawiałam z synem przed wyjazdem. Powiedział mi, że się przyzwyczaił. To powiedziało mi więcej, niż cała reszta rozmowy. Przyzwyczaił się.

       Ma prawie 17 lat i uważa, że jest dorosły, a ironią i humorem tuszował całą sprawę: " mamo, jedź, jak ty jesteś, to nie mogę pić, palić, brać narkotyków, urządzać imprez i babcią szybko nie zostaniesz". Zobrazowanie stereotypu tzw eurosieroty w jednym zdaniu. A tak naprawdę, mimo tego, że przecież nie robi żadnej z tych rzeczy i mimo tego, że "przyzwyczaił się", czai się, myśląc że go nie widać, za balkonowymi drzwiami, patrząc na parking, z którego odjeżdża samochód...

       Ten widok prześladuje mnie przez cały czas i rodzi wątpliwości.

       Wtedy zastanawiam się, czy naprawdę potrzebny mi ten dom? Czy zamiast tego nie mogłabym teraz trzymać w rękach kolejnej anime syna, z którą zawsze najpierw przychodzi do mnie albo rzucać śniegowe kule psu, który po moim powrocie będzie skakał jak szalony dookoła, a w jego szczekaniu będzie wyraźna pretensja: "co tak długo?".

       Zamiast tego mam skype. Najsmutniejsze jest to, że ze znajomymi spotykam się w realu, a skype instaluję po to, żeby mieć kontakt z dzieckiem.

       Nie chcę pisać o ekonomii kraju, o "spadku bezrobocia", którym rząd chwali się zawsze w czasie, kiedy są sezony wyjazdów do pracy za granicę i urzędy wykreślają z ewidencji nieobecnych. Spadek bezrobocia to się nazywa. Ciekawe, że nie chwalą się wzrostem bezrobocia, kiedy te tysiące osób wraca do kraju. Ale nie o tym.

       Chciałam o takiej chwili zwątpienia napisać, bo zawsze jest tak, że ten drugi dom zabierasz ze sobą, chociaż aktualnie wtedy bardzo starasz się w nim nie mieszkać. Tak jest łatwiej. Czasami jednak nie da się udawać, że go nie ma. Wychodzę na dwór i nie myślę o tym, żeby za chwilę zbesztać syna za rzucone na środku podwórka grabie, tylko widzę obce wrony kreślące swoje podpisy na śniegu.

       Chyba jednak życie trzeba brać za bary. Znieść to, co jest konieczne, żeby dostać to, czego się pragnie. Najgorsze jest to, że nie można spełnić wszystkich pragnień jednocześnie.

       Dwa domy...jeden dzięki sercu, drugi dzięki euro... który jest ważniejszy? W którym jestem lepszą matką? Zapewniając byt czy kształtując bycie?

       I wszystko sprowadza się do tego, żeby być twardym. Odrzucić wątpliwości, zdusić w zarodku tęsknoty i sentymenty; zrobić to, co jest konieczne. A reszta?

       Chowam serce do kieszeni i ściskam je tam mocno, nie tak, żeby bolało, ale żebym nie zapomniała, że je mam.

       Wypuszczę je, kiedy wrócę do domu, do obu domów. Dam obydwa swojemu synowi, tylko czy na jeden z nich już nie będzie za późno?...