Enklawa przeszłości

Odpowiedzialni jesteśmy nie tylko za to co robimy, ale i za to czego nie robimy. (Molier)

 

Jak myślicie: kiedy Prawo Murphy’ego zadziała z całą pewnością?

Tak: w dniu i w chwili kiedy zaczniecie się modlić, aby teraz właśnie zapomniało o waszym istnieniu.

Na przykład późnym wieczorem, po ciężkim dniu, kiedy myślicie już tylko o umyciu zębów i pójściu do łóżka: Prawem Murphy’ego los podsyła wtedy Najbliższą Wam Osobę, która ostatkiem sił prosi o pomoc, bo – co pojmujecie w lot – prawdopodobnie umiera. To jest ta chwila, kiedy plany tak banalne jak nocny sen odpływają w niepamięć, bo wy już organizujecie opiekę do dziecka i odpalacie samochód. Jest dawno po północy, wszystko wam w środku dygocze, ale jedną ręką prowadzicie samochód, a drugą uspokajająco ściskacie dłoń Człowieka z Którym Przeżyliście Ponad Ćwierć Wieku  i odpędzacie wizję świata bez Niego.

Prawo Murphy’ego (bo któżby inny?) sprawia, że po trzech tygodniach upałów właśnie tej nocy zaczyna padać deszcz, a ponieważ to jeszcze za mało, drogowcy remontujący ten odcinek drogi wyżłobili w niej podłużny uskok, o którym – nomen omen – na śmierć zapomnieli poinformować. Dlatego nie rozwiniecie prędkości adekwatnej do sytuacji. Co więcej, nawet nie osiągniecie prędkości dozwolonej, bo w zakamarkach świadomości tłucze się myśl, że stres, noc, stan drogi i złe warunki  atmosferyczne mogą doprowadzić do tego, że ani nie dojedziecie na pogotowie, ani nie wrócicie do domu.

Kiedy wszystko wskazuje na to, że z Pasażerem jest krytycznie, puszczacie jego dłoń, sięgacie po telefon i wybieracie 999. To chyba oczywiste, że odzywa się dyspozytorka z miasta odległego o 100 km i poproszona o przygotowanie ekipy na wasz przyjazd (żeby nie trzeba było czekać na lekarza i w ogóle pomoc) przemawia do was jak do debila w histerii: „Nie rozumiem, przecież na Izbie Przyjęć JEST lekarz, ratownik medyczny i pielęgniarka.” Wiecie, że na Izbie p o w i n i n i e n być lekarz, pielęgniarka i ratownik, ale ponieważ chodzi o TĘ Izbę, wiecie, że ich obecność nie jest tak oczywista (mówi nam o tym Prawo Murphy’ego + doświadczenie z ostatnich dziesięcioleci). Rezygnujecie więc z „pomocy” i zrywacie połączenie.(„Houston, mamy problem…”  "Nie macie!”)

Droga na Izbę Przyjęć

...jest – jakżeby inaczej – zamknięta szlabanem. Pada, jest ciemno. Nie wiecie, czy należy jechać pod ten szlaban, bo po pierwsze nie macie czasu na rozkminianie jak znaleźć dżina, który go otwiera, po drugie nie możecie uwierzyć, że ktoś tak to zorganizował: nastawiał szlabanów, nie umieścił wyraźnych oznaczeń, zamknął główne wejście do szpitala, które jest najprostszą drogą do Izby Przyjęć (to byłoby zbyt łatwe dla osób niezorientowanych, np. turystów lub tych, dla których wizyty w szpitalu zdarzają się raz na kilka lat). Stawiacie samochód tam, gdzie nie wolno i dzwonicie do tych zamkniętych drzwi. Prawem Murphy’ego przychodzi je otworzyć utykający ochroniarz (stróż?), idzie irytująco niespiesznie (nie robi tego specjalnie, naprawdę jest inwalidą – ZUS go nienawidzi, ale pracodawca kocha), ostrożnie pokonuje kilka schodków, mocuje się z zamkiem, który (patrz: Prawo Murphy’ego) właśnie się trochę zaciął. Wszystko po to, żeby powiedzieć, abyście okrążyli szpital i podwieźli Może Jeszcze Żywego Pacjenta dokładnie z przeciwnej strony.

A szlaban?

„Ja pani otworzę”.

Fajnie, właśnie zaliczyliście  dżina!

Za budynkiem możecie grzecznie stanąć na parkingu, biec po pomoc i czekać aż ktoś zaprowadzi/zaniesie/zawiezie Waszego Aż Do Dzisiaj Niezłomnego Mena na Izbę Przyjęć. Rozważacie też złamanie przepisów i wjechanie na długą rampę-podjazd wyłącznie dla karetek, żeby nie tracić już czasu, albo czegoś więcej. Dlatego wjeżdżacie. Drzwi waszego samochodu znajdują się teraz dokładnie naprzeciwko otwartych drzwi Izby Przyjęć. Nikt na was nie czeka, widać co najmniej dwie głowy, ale nie całe, tylko czoło i oczy, w każdym razie żadna się nie rusza. Wyobrażacie sobie więc, że półtwarze widoczne z daleka powtarzają w kółko „Może sobie pójdą, może sobie pójdą!” Ust nie widać, więc jest to bardzo możliwe, a uprawdopodabnia to przypuszczenie fakt, że jednak nie wyłażą zza barykady.

- Proszę nam pomóc! – wołacie (ale nie krzyczycie) w kierunku bunkra stylizowanego na kontuar.

Jest ruch! Jest też głos:

- Co się dzieje?

- No właśnie chcielibyśmy wiedzieć – odpowiadacie. – Mąż bardzo cierpi, nie wysiądzie o własnych siłach.

Bardzo niespiesznie podprowadza się do was wózek inwalidzki, a wasze próby wsparcia Chorego są bombardowane słowami: – Lepiej niech to zrobi sam!

Skąd Podprowadzaczka Wózka wie, że pacjent da radę zrobić to sam? Prawdopodobnie ma za sobą lata doświadczeń: to dlatego nie musi znać diagnozy, jeden rzut oka wyjaśnia jej wszystko. To, że ktoś jest rozdygotanym kłębkiem bólu nie znaczy jeszcze, że nie przesiądzie się z samochodu na wózek. Choćby to miała być ostatnia czynność w jego życiu na pewno da radę. I daje radę! Od tej chwili postrzegacie ją jako Profesjonalistkę.

Wózek z Waszym Chorym Bliskim jest  przez nią zabierany zapewne Tam Gdzie Czeka Ratunek. Oddychacie z ulgą: zdążyliście, jest już we właściwych rękach. Prawie spokojnie wracacie do samochodu i odprowadzacie go na parking nieopodal.

Kiedy po dwóch minutach wchodzicie w drzwi Izby Przyjęć widzicie w znajomym bunkrze te same półgłowy. Myślicie: machina ruszyła. Profesjonalistka kieruje was w głąb budynku, tam znajdziecie wciąż żywego Ukochanego…

…który siedzi na wózku przed drzwiami gabinetu lekarskiego. Dokładnie wygląda to tak:

Jest godzina 045, w półmroku pustego, długiego szpitalnego korytarza, częściowo ukryty we wnęce zamkniętych drzwi, czubkiem butów dotykający tych drzwi, siedzi na wózku inwalidzkim skulony i jednocześnie rozdygotany z bólu, śmiertelnie blady człowiek. Jedną ręką stara się podtrzymać głowę, która – z nerwów lub osłabienia – opada pod własnym ciężarem, drugą ręką naciska miejsce, z którego rozchodzi się ból: ostry, nieujarzmiony, nieznany, przerażający – z tych, które rzucają na kolana mężczyznę w sile wieku; chłopa, który nigdy nie skarży się na jakiekolwiek dolegliwości, ani na zmęczenie, ani nawet na czterdziestostopniowy upał… Nie ma przy nim nikogo. Pozostawiono go tu bez najprostszego wsparcia jakie daje sama obecność drugiego człowieka,  zwłaszcza jeśli jest to osoba w uniformie służby zdrowia, synonim bezpieczeństwa w takich sytuacjach.

Ile razy można pytać „jak się czujesz? Ciągle boli tak samo?” Stoicie więc zagubieni i bezradni, przytulacie Swoją Miłość z całą świadomością, że nie przynosicie mu fizycznej ulgi, zawieszeni z tymi uczuciami w pustce, którą z łatwością można wypełnić gniewem lub łzami, ale zbyt dobrze wiecie, że to nie działa. Znacie to, prawda? Kiedy dokładnie po kwadransie musicie iść do sprytnie okopanego (cały czas macie kontakt z połową każdej głowy) personelu, coś w was lekko drży. Nawet trąba powietrzna zaczyna się niewinnie, więc za wszelką cenę próbujecie to drżenie wygasić. Całkiem opanowanym tonem prosicie więc o „coś”, bo pacjentowi – tak, waszemu pacjentowi, póki co nikt inny nie jest nim zainteresowany – zbiera się na mdłości.

Na koniec mówicie:

- …i nie wiem co mam z tym robić… – rzutem na taśmę dodajecie: – Jaki lekarz jest [dziś na dyżurze] w ogóle? Na kogo czekamy?

- Idzie lekarz już…

- A jaki jest lekarz? – brniecie jakbyście instynkt samozachowawczy właśnie zatrzasnęli w samochodzie.

- Lekarz ambulatorium, lekarz rodzinny – Półgłowy chętnie podejmują grę.

- A nazwisko?

- Jak przyjdzie to się pani dowie.

Tak, to rzeczywiście ściśle tajna informacja. Jak w ogóle mogliście o to zapytać?! Nie róbcie tego nigdy. Właśnie w tym momencie uświadamiacie sobie, że straciliście 14 tysięcy punktów w oczach personelu. Spadacie na poziom: Uwaga – dociekliwy!

Wobec bezcelowości rozmowy wracacie do jedynego (oprócz was) w tym towarzystwie człowieka z całą głową, któremu  w dodatku nawet ból nie odebrał umiejętności kontaktowania się na poziomie istot myślących i znów wsłuchujecie się w jego cierpienie. W sercu wzbiera strach, bo czas ucieka, a objawy delikatnie, acz niepokojąco sugerują nawet zawał…

- Tak bardzo pana boli, czy tylko wymiotować się chce, co? – słyszycie za plecami pytanie Profesjonalistki, która właśnie nadeszła i podaje choremu… worek na śmieci o pojemności co najmniej 35 litrów. Gdzieś pomiędzy strachem i rozdrażnieniem tłucze się myśl zrodzona na widok tego wora: „Czy ona na pewno go nie przecenia?” Z drugiej strony wszystko wskazuje na to, że nic nie jest tu tak poważnie traktowane jak mdłości. Zastanawiające… W dodatku Profesjonalistka woła do chorego, który oddycha bardzo szybko i głośno, więc może i nie dosłyszeć: „Proszę pana!” i wręcz mu ten wór, niech sobie wymyśli jak się tym posługiwać. Osłabienie i rozdygotane ręce najwyraźniej nie są jej zdaniem przeszkodą w kreatywnym podejściu do problemów. Nie powinien się w tym zaplątać. Zresztą obok stoi żona – diabli nadali! – niech się wykaże.

Nie da się ukryć, że taki widok upewnia was w przekonaniu, że już nic was nie zaskoczy.

Wtedy odzywa się Chory:

- I co, lekarz śpi? Czy mam do niego iść? – wyartykułowanie tych kilku słów naprawdę stanowi nie lada wysiłek.

- Lekarz jest już powiadomiony, tak, że…

- No i co z tego, że zawiadomiony? – Pacjent wkracza na niebezpieczne tereny, może stracić kolejne 300 tysięcy punktów i zostać zaliczonym do grupy: Pacjent Zbyt Mało Cierpiący, co daje personelowi prawo do niemiłego tonu, a nawet sięgnięcia po broń ostateczną: zignorowanie każdej kolejnej wypowiedzi.

- No, ale to co mam zrobić, proszę pana? Natychmiast powiadomiłam lekarza jak tylko pan się tutaj zjawił… – mówi to z lekką pretensją w głosie, bo przecież to nie jej wina, że czekamy, to nie ona jest Wielkim Nieobecnym, dlaczego właściwie ma się za niego tłumaczyć?

Niedostatecznie Cierpiący Pacjent

...nie ma w sobie ani cienia empatii i – nieumiejętnie walcząc o oddech – brnie dalej, zamiast jęczeć jak rodząca kobieta:

- I to… wszystko co można… zrobić!? Ta… święta krowa nie może się ruszyć? Mam do niego… iść?

- Nie będę z panem w taki sposób rozmawiała! – Profesjonalistka zdecydowanym ruchem odwraca się na pięcie (ups! na obcasie) i odchodzi. Jesteście pewni, że od początku miała ten ruch zaplanowany. Możliwe, że już nawet traciła nadzieję, że ktoś powie wreszcie coś co uzasadni tę rejteradę i zostawi rozmówcę w poczuciu winy, w dodatku z idiotycznie wielkim workiem pod nosem. Maszeruje odprowadzana zbolałą skargą Pacjenta Roszczeniowego:

- Tylko… dlatego… że lekarz… to mam tu cierpieć?

… a jej obcasy wystukują cichnące „I tak nic nie słyyyszę!”

Zostajecie znowu sami. Nie da się powiedzieć, że to efektowne odejście osamotniło was jakoś szczególnie – Profesjonalistka nawet nie starała się udawać, że jest w pracy – w pracy, która przecież polega na:

- nawiązaniu życzliwego kontaktu

- zwalczeniu poczucia lęku

- zapewnieniu poczucia bezpieczeństwa

- ułatwieniu adaptacji do zaistniałej sytuacji

… a wszystko to w odniesieniu do chorego: cierpiącego, przerażonego i – owszem – zniecierpliwionego człowieka. Możliwe, że umknęło to jej uwadze w trakcie edukacji, a potem – tym bardziej – nie zaistniało w nawale obowiązków. W końcu przysypianie za kontuarem, podstawienie wózka, zaparkowanie go w jakimś zakamarku, żeby pacjent miał przed sobą jedynie uspokajający widok jednolicie białych drzwi, budzenie lekarza tak, żeby nie było wiadomo kto to zrobił, no i kontrolowanie otoczenia połową głowy, naprawdę może człowieka wyczerpać. Nawet profesjonalistę…

To jest moment kiedy dociera do was, że możliwe jest też, iż „chory” staje się chorym dopiero po badaniu i diagnozie – tylko lekarz w końcu może stwierdzić czy pojękujący strzępek bólu jest czy nie jest chory.

Dokładnie po 22 minutach oczekiwania drzwi otwierają się od wewnątrz i słyszycie:

- Co się dzieje?

Mało jak na powitanie? Ale o co chodzi? Chcecie, żeby ktoś komu się płaci za spanie w pracy i kto może sobie pozwolić na decydowanie ile czasu będziecie cierpieć (może nawet umierać – czas pokaże) pod zamkniętymi drzwiami, zniżył się do wydalenia z siebie takich słów jak na przykład: „Dobry wieczór”?

Z  niezamierzonym, ale naprawdę widowiskowym brakiem wprawy wtaczacie wózek do gabinetu, kombinujecie, żeby ustawić go jak najbliżej leżanki, na której za chwilę powinien się ułożyć Człowiek, z Którym Macie Zamiar Spędzić Resztę Jeszcze Długiego Żywota i jednocześnie odpowiadacie:

- No właśnie też jesteśmy ciekawi co się dzieje, dobry wieczór – i przystępujecie do jak najsensowniejszego opisania objawów. Gdybyście nie mieli rąk zajętych taszczeniem wózka przetarlibyście oczy ze zdziwienia na widok pani-chyba-doktor-o-nazwisku-nieznanym-albowiem-nie-posiadała-żadnej-plakietki, zasiadającej za biurkiem. Otwiera księgę.

- Nazwisko!

Podajecie i bez sensu dorzucacie prośbę: – Czy pani mogłaby najpierw zobaczyć co się dzieje?

- Dobrze, dobrze. Imię!

Podajecie.

- Gdzie ON mieszka?

Podajecie. I pesel też. Podalibyście nawet szyfr do sejfu, zapewniam. I hasło do Facebooka.

W międzyczasie pojawia się pielęgniarka – ta, która powinna na przykład wpisywać dane, żeby być-może-lekarka mogła od razu przystąpić do badania pacjenta; mogłaby też pchać wózek, bo chyba lepiej to robi niż roztrzęsiona rodzina pacjenta, w dodatku chyba należy to do jej obowiązków – ale ona pojawia się tylko po to, żeby powiedzieć, że czegoś nie ma i żeby być-może-lekarka mogła stwierdzić, że u niej to jest… Fakt, że narasta w was głucha wściekłość, ale doskonale umiecie sobie z tym radzić – za komuny nie takie rzeczy trzeba było przeżyć. Bo ni stąd ni zowąd macie wrażenie, że przenieśliście się dobre 30 lat wstecz. Tu się nic nie zmieniło!

Być-może-lekarka wręcza wam skierowanie na konsultację chirurgiczną i trzymając ją w zębach odprowadzacie Swojego Własnego Pacjenta we wskazane miejsce, czyli do półgłowych Profesjonalistek, które spokojnie spisują dane – dokładnie te same, które trzy minuty temu podawaliście być-może-lekarce, ale widocznie ta nie przekazuje danych osobowych za darmo…

Wreszcie jedna z pielęgniarek poleca Pacjentowi u Kresu Wytrzymałości przejść z wózka na leżankę. Wózek, jak wiadomo, jest na kółkach, a leżanka okazuje się łóżkiem na kółkach. Wózek odjeżdża kiedy Pacjent na chwilę staje na własnych nogach (nie jesteście w stanie go zablokować, bo ustawiacie się tak, żeby złapać chorego, gdy się zachwieje), a ponieważ próbuje złapać równowagę opierając się o leżankę, ta odjeżdża w przeciwną stronę. Mimo to – uparciuch jeden – daje radę, przez co Profesjonalistka pokonując wewnętrzne opory przyznaje mu prawdopodobnie co najmniej 17 punktów!

Chirurg pojawia się zaskakująco szybko, jest kompetentny i – o dziwo – dobrze wychowany. Nie dajcie się jednak ponieść optymizmowi, bo „dobrze wychowany” nie znaczy, że przywita się lub przedstawi. Musi nam wystarczyć, że nie jest niezadowolony, ani nawet zaspany, mówi pełnymi zdaniami, nie ma nieprzyjemnego tonu głosu, nie patrzy na was jak na zapchlonego jeża, zadaje czytelne pytania i – niepojęte! – prawie do końca wysłuchuje odpowiedzi, a nawet utrzymuje kontakt wzrokowy i informuje, że trzeba przeprowadzić szereg badań i w związku z tym pozostać na oddziale chirurgicznym.

Kiedy wychodzi, aby wydać dyspozycje pielęgniarkom, po chwili jedna z nich pyta Już Nie Naszego Pacjenta:

- Zrobię zastrzyk przeciwbólowy, wyraża pan zgodę?

- Jaki zastrzyk?

- Ketonal doktor zlecił.

- Jeśli to jest konieczne…

- Trzeba badanie zrobić, na stojąco. Będzie komfort i dla nas.

No, to jest argument!

- A jakie badanie? – pyta Dociekliwy Pacjent

- Rentgen – odpowiedź przychodzi z falą potężnego ziewnięcia. Cóż się dziwić? Jest prawie druga w nocy, robota nieprawdopodobnie nudna…

A potem daje się wam do zrozumienia, że przeszkadzacie i tracicie ostatnie dwa miliardy punktów, bo pytacie o nazwisko miłego chirurga (ze zwykłej ciekawości) i ordynatora chirurgii (żeby wiedzieć u kogo zasięgnąć informacji rano).

Jest jeszcze formularz do podpisania:

pacjent musi złożyć 6 podpisów na JEDNEJ kartce – w tym potwierdzić, że został zapoznany z prawami pacjenta, z którymi nikt go nie zapoznawał, bo nie było czasu. Zresztą on i tak potrzebuje tylko pomocy i respektowania prawa do godności i uprzejmego traktowania. Faktem jest, że dosyć szybko można się tu zorientować, że lekarz ma prawo do świętego spokoju, a pozostały personel prawo do maksymalnego ograniczania działań, które pomogłyby pacjentowi przetrwać trudne chwile.

Najlepszą ilustracją jest „konwersacja” Naszego Pacjenta z pielęgniarkami już na oddziale: kiedy próbował zagaić rozmowę, dwa jego pytania pozostały bez odpowiedzi, więc stwierdził wprost:

- Nie macie panie ochoty na rozmowę z pacjentem?

Usłyszał opryskliwe:

- Nie bardzo!

Pamiętajcie: nie próbujcie tu nawiązywać normalnych rozmów, w tym miejscu nie pyta się też o nazwiska! Jest to zachowanie co najmniej nietaktowne i wyraźnie podejrzane. I w ogóle warto przybrać tu minę durnowatą, skulić się w sobie i nie patrzeć nikomu w oczy. Nie jesteście tu mile widziani, zwłaszcza w nocy, przeszkadzacie w drzemce – taka jest prawda.

To jest miejsce, gdzie prawo Murphy’ego nie ma nic do roboty: ciąg niefartownych wydarzeń i paradę nieciekawych postaci zapewnią wam tutejsi pracownicy, wiele wskazuje na to, że przeszli sito ostrej selekcji. W każdym razie to niemożliwe, żeby byli szkoleni do niesienia pomocy. A może… może są to „pracownicy interwencyjni” dzień wcześniej przysłani z Urzędu Pracy? Albo przypadkowi przechodnie z łapanki? To by tłumaczyło dlaczego ABSOLUTNIE NIKT nie posiadał plakietki z nazwiskiem – nie opłaca się codziennie drukować nowych…

Bo to chyba jednak niemożliwe, żeby osoby z tytułem lekarza czy pielęgniarki zachowywały się tak gburowato i prymitywnie.

Prawda, że to niemożliwe?

To jednak nie jest najważniejsze pytanie. O wiele istotniejsze jest: jak długo będziemy  się na to godzić?