Wyklęci

Opinia autora i świadka tamtych czasów na temat gloryfikacji żołnierzy wyklętych. Zapewne dyskusyjna i sprzeczna s obecną, oficjalną doktryną polityczną. Opinia niepełna.

 

Listopad 2014

                                                                                                                    W  y k l ę c i

 

      Od pewnego czasu trwa akcja gloryfikacji żołnierzy t. zw. wyklętych. Nagle pojawiły się środowiska działaczy, dziennikarzy, polityków, którzy uznali, że należy uhonorować i ugloryfikować tę część społeczeństwa polskiego, które tuż po II Wojnie Światowej postanowiło walczyć nadal, tym razem ze znienawidzonym kolejnym okupantem, który wtargnął na ziemie polskie w pogoni za swoim hitlerowskim przeciwnikiem i przyniósł przy okazji kolejną okupację. Nie należy sądzić, że owi chwalcy wywodzą się z pokolenia tamtych wojowników, czy ich otoczenia, bo ci już wymarli lub schodzą ze sceny życiowej. Owi chwalcy wywodzą się z pokolenia, które nie nosi tamtych czasów w swojej psychice, a zna je z opowiadań , czy literatury. Ich osąd jest uproszczony, niepełny, nacechowany mało racjonalnym rozumowaniem. Ich spóźniona, nadspodziewana inicjatywa podyktowana jest zapewne swoistymi, bieżącymi racjami politycznymi. Jak należy sądzić na tej inicjatywie chcą zbić własny kapitał polityczny. Tak sądzi autor niniejszego.

     

       Tamtym bojownikom, jak i wszystkim uczestników ówczesnej polskiej wojny domowej, należy się pamięć i grób. Należy się rzetelna i racjonalna ocena i pamięć historyczna w publikacjach. Nie należy się im jednak gloryfikacja. Gloryfikacja żołnierzy wyklętych jest demoralizująca dla młodego pokolenie. Tym bardziej demoralizująca, że przy "okazji" zapomina się o tych z drugiej strony, żołnierzy z formacji WP, ginących na froncie, np. pod Lenino, pod Budziszynem, na Czerniakowie, palonych przez hitlerowców w stodołach ( np. w Mirosławcu (?), tych, którzy nie zdążyli dotrzeć do Andersa i skorzystali z możliwości, danej im przez Berlinga. Ta gloryfikacja jest także policzkiem dla reszty ówczesnego społeczeństwa, np. dla rodziców piszącego, tego, które nie poszło do lasu, lecz zabrało się do roboty, zakładało rodziny, rodziło dzieci, odbudowywało, niezależnie od tego, kto rządził.

     

      Tych z lasu powinnością była taka sama rola. Ich walka nie miała sensu, nie odwracała historii. Sprowadzała nieszczęście dla poległych przeciwników i dla nich samych i ich rodzin. Wina może nie leży po stronie lokalnych dowódców oddziałów. Ci pragnęli jeszcze coś znaczyć. Czasem należało odbić uwięzionych ( Suwałki?), choć i to nie przynosiło rozwiązania, bo nie poprawiało to losu odbitych. Natomiast działalność ówczesnych żołnierzy wyklętych rozsierdzała tylko władzę i tym samym pogarszała ich los. Cała wina leży po stronie ich zachodnich mocodawców, przegranych polityków, którzy pragnęli jeszcze coś znaczyć, choć będąc u źródła informacji, znając realia polityczne, musieli wiedzieć, że na odzyskanie władzy w Polsce nie mogą liczyć. Ich nierozumne błędy to pchnięcie tych formacji do walki z nową władzą, co równało się wpychanie ich do paszczy lwa.

 

        Przykład? Co chciał uzyskać gen. Anders , angażując rotmistrza Pileckiego, naszego wielkiego bohatera, do akcji szpiegowskiej w Polsce po wojnie na swoją rzecz? Co chciał zyskać gen. Okulicki rozwiązując w styczniu 1945 r Armie Krajową, ale polecając żołnierzom schować broń i powstrzymywać się przed ujawnieniem? Taka decyzja po kilku dniach dotarła do NKWD i uświadomiła im, co będzie dalej. I spowodowała polowanie na żołnierzy.

 

      Okulicki, który jest winien tragedii Warszawy i jest przez wielu uznawany za zbrodniarza, dokonał kolejnej zbrodni, bo wepchnął kolejną społeczność patriotów w paszczę law. Co uzyskał Kuraś, "Ogień", któremu postawiono pomnik w Zakopanem, w dodatku poświęcony przez księdza, grasując po Podhalu w latach 40-tych? Walczył z ustrojem? Sam był pierwotnie pracownikiem bezpieki. Mordował milicjantów, Żydów, Słowaków. I co miała uczynić władza? Może dać mu spokój, niech działa? Może odznaczyć go Virtuti Militari? Co jeszcze można było zrobić? Jedynie ująć go i osądzić. To samo z żołnierzami wyklętymi. Bo inaczej wojna domowa trwała by w nieskończoność. Czy zabijanie rolników , którzy otrzymali ziemie z reformy rolnej (autor był światkiem) było godziwe, a sprawcy są godni gloryfikacji?

 

       Rasowy i zawodowy historyk nie może "gdybać". Profan może. Pogdybajmy więc sobie. Co powinni byli uczynić politycy londyńscy w 1945 roku? Już w dniu 17 września 1939 roku powinni wiedzieć, że ziemie wschodnie Polski nigdy do niej nie wrócą niezależnie od wyniku wojny. W 1944-45 roku zdawali sobie sprawę, że władzy w Polsce nie odzyskają, powinni byli z tego zdawać sobie sprawę i pogodzić się z wyrokiem historii. A Polska musi trwać, odbudować się, rozwijać niezależnie, kto nią rządzi. Ich powinnością powinno było chronić ją przed dalszymi nieszczęściami. Co mogli więc uczynić? A więc…

 

      Uniknąć powstania warszawskiego. Wybuch tego powstania, zagadnienie złożone w ocenie, nie powinno mieć miejsca. Powinni umieć przewidzieć najgorsze. Powstanie pozbawiło Polski miliona patriotów, spuścizny kulturalnej, stolicy. Gen. Anders i inni, zasłużeni, mieli polecić emigracji powrót do Polski. Ich pozostanie na obczyźnie także można uznać za swoistą wzgardę dla tych, co musieli żyć w Polsce bolszewickiej. Polska zyskałaby 500 tyś. kolejnych patriotów i kadry fachowej. Oddziałom leśnym AK należało polecić ujawnienie się i złożenie broni, niezależnie od perspektywy ich dalszego losu. Ich status i los powinien zostać ustalony drogą centralną jeszcze podczas wojny. Bezpośrednio z władzami ZSRR przez władze londyńskie lub za pośrednictwem Aliantów. Należało zalecić wcielenie ich do Wojska Polskiego. Uchroniłoby to ich od eksterminacji, deportacji i osobistych tragedii. Odmawiali wcielenie do WP, bo nie zostali "zwolnienie z przysięgi" (autentyczna wypowiedź członka wileńskiego AK, więźnia obozu w Riazaniu). Sami politycy londyńscy (nie tylko Mikołajczyk) i dowódcy zachodnich oddziałów polskich mogliby zadeklarować po zakończeniu wojny powrót do Polski, z zapowiedzią nieuczestniczenia w życiu politycznym. Polscy bolszewicy nie zgodziliby się zapewne na ich powrót, ale sama taka deklaracja stanowiłaby dla nich poważny problem polityczny, trudny do rozwiązania. Zgodzić się, czy nie?

 

      Nawiasem mówiąc, walka polskich lotników i marynarzy w obronie Anglii, krew przelana pod Narwikiem, w Tobruku, na Monte Cassino i  pod Arnhem, nie miała wpływu na przyszłe losy Polski, nie wpłynęła na decyzje podjęte w Teheranie, Jałcie i Poczdamie, ta krew wylana została daremnie, nie za wolność naszą lecz waszą. Za to krew dzisiaj zapomnianych i pomijanych, niedobitków z Syberii, którzy ginęli pod Lenino, Budziszynem, na Wale Pomorskim i pod Berlinem jakiś wpływ na dalsze losy Polski miała, choć przyniosła Polsce bolszewizm (nie komunizm), jednak zapewne uchroniła nas przed 17 republiką..

 

      Wspomniane wyżej deklaracje i decyzje polityków zachodnich przysporzyłyby Polsce około dwu miliona obywateli, którzy stanowiliby cywilną, legalną opozycję, z którą bolszewicy nie poradziliby sobie tak, jak poradzili sobie z szczupłą opozycją PSL-u i PPS-u. Te dwa miliony uległy rozproszeniu po świecie, zginęły, lub uległy "eksterminacji" i wywózce na Syberię. Demokratyzacja Polski i jej liberalizacja nastąpiłaby o wiele szybciej. Polska musiała czekać na przemiany lat 45, a wyszły one z całkiem innej formacji. Wyszły w istocie z polskie wsi, która dzięki bolszewikom polskim uległa głębokim pozytywnym przemianom. Wszak "Solidarność" w istocie to nic innego, jak, synowie polskich chłopów, emigrantów z przeludnionej wsi, czego najlepszym przykładem jest sam Wałęsa.

 

      Reasumując, należy postawić wielki zarzut polskiej elicie politycznej Polski przedwojennej, pozbawionej szerszej wyobraźni, która nie sprostała potrzebom polskiej społeczności, zagrożonej wprost biologicznie oraz polskiej racji stanu, polskiej przyszłości , Cechowała ich ciasnota ideologiczna i małostkowość polityczna, brak umiejętności rezygnacji z własnych ambicji politycznych na rzecz dobra Polski. Ich działania i zachowania przyniosły Polsce wiele szkód.

 

      W świetle tego, co autor tu pisze, gloryfikacja żołnierzy t. zw. wyklętych jest przedsięwzięciem chybionym, demoralizującym, krzywdzącym społeczeństwo polskie tamtych czasów, pracowite, cierpiące niedostatek, budujące Polskie mimo wielu przeciwności. Tamtym się należy pamięć, grób, ocena, ale nie gloryfikacja. Jeśli gloryfikować, to właśnie tych bezimiennych bohaterów pracy, tych, których potrafili honorować polscy bolszewicy, a nie potrafią obecni mali politykierzy, budujący swoją pozycję na odgrzewaniu polskich nieszczęść. Temat obszerny, godny większej publikacji obiektywnego, racjonalnego historyka, takiego choćby, jak Piotr Zychowicz, który miał odwagę przeciwstawić się utartym i utrwalonym ocenom niektórych aspektów polskiej historii, nie bacząc na krytykę przeciwników i błędność niektórych postulatów.

 Poglądy tu wyrażone zapewne obecnie nie do zaakceptowania, lecz warte dyskutowania.

Przedruk z Twittera UP72156@UP72156