Takie tam "przedsenne" rozważania o całości.

 

TO

              Wszystko co istnieje — wszechświat, kosmos, universum, czy jak To nazwać — wydaje się być Całością, dla której optymalnym, pożądanym stanem końcowym jest jednorodny, homogeniczny chaos, zwłaszcza energetyczny, cieplny, co ciągle na nowo potwierdzamy nieustannie prowadzonymi badaniami, nie tylko astronomicznymi. Daleka i upragniona, pełna, absolutna izotropowość, powszechna równość i sprawiedliwość dziejowa. Idealnie rozgotowana już na zawsze, nieodracalnie stygnąca zupa.

             Jednak żeby cokolwiek mogło się uparcie, konsekwentnie zmieniać w dowolnym, określonym kierunku, musi przecież charakteryzować się jakimś stanem wyjściowym, początkowym. I tutaj mamy problem, ponieważ najczęściej cytowany w naszej kulturze tekst, uznawany powszechnie za niepodważalny, twierdzi, że wszystko zaczęło się właśnie od chaosu, czyli od stanu do którego właśnie z żelazną konsekwencją weryfikowalnych w każdej sekundzie praw fizycznych, zmierzamy. Sprzeczność? Błąd? Niekoniecznie.

             Chaos nie jest czymś nieokreślonym czy niewyobrażalnym. Chaos musi być "chaotyczny" na tyle, by analizowany, oglądany niejako z odległej perspektywy, tak przestrzennie (nieskończoność), jak czasowo (wieczność), był postrzeganym jako absolutna jednorodność, homogeniczność, coś bez dających się wyróżnić inności, lokalnych zagęszczeń czy rozrzedzeń, zafalowań, naprężeń, itp.. Chaos w swojej całości musi stanowić tzw. szum biały. Podkreślam tutaj słowo szum, czyli przypadkowy, chaotyczny właśnie, nie dający się w żaden sposób uporządkować zbiór drgań, oscylacji, zmienności i wahnięć. Stan jak najbardziej dynamiczny.

             Chaos stabilny, nieaktywny, nie drgający, chaos wieczny constans, przestaje być chaosem i staje się czymś wysoce określonym i trwałym w swej martwocie. To już nie jest chaos, a nieodwracalnie niezmienny, czyli skrajnie uporządkowany, martwy głaz. Skądinąd wiemy, że tak nie jest.

             Tak więc musi to być stan permanentnej zmienności i oscylacji o nieskończenie szerokim widmie, z nie dającą się wyróżnić (w w/w skali) preferencją częstotliwościową. Szum biały. Taka konstatacja, twierdzę, że jedynie słuszna, rodzi ogromne konsekwencje i możliwości poznawcze, filozoficzne, religijne, itp..

             Przede wszystkim jeżeli Universum jest układem drgającym, zmiennym, pulsującym, choćby z chwilowo (w skali wieczności) określoną tendencją, to aby był spełniony postulat jednorodności (w skali makro) musi On, jako układ otwarty, czyli potencjalnie nieokreślony, a więc chaotyczny, być właśnie otwartym na wszelkie wyobrażalne i niewyobrażalne możliwości, oczywiście bez żadnej preferencji, jak też z drugiej strony bez istnienia jakichkolwiek zakazów "wycinających". Uniwersum jest nieokreślone absolutnie, a więc jest możliwe absolutnie wszystko, w każdej dającej się pomyśleć (i nie dającej się pomyśleć) sferze — fizyka, religia, biologia, zjawiska psi, socjologia, "cuda", itp..

             Jednak istnienie tylko możliwości, czyli nieokreśloności potencjalnej nie wystarcza. Nieokreśloność absolutna musi być zrealizowana praktycznie, fizycznie i naprawdę. Musi być właśnie nieokreślonością absolutną, spełnioną, naturalnie w skali całości i w odniesieniu do wieczności. Lokalnie i w danej chwili może to wyglądać i wygląda inaczej.

             Ponieważ stan chaosu oznacza po prostu aktywne istnienie Uniwersum, a więc jego "życie", będzie Ono (Uniwersum) dążyło do likwidacji wszelkich, nawet najbardziej lokalnych, spontanicznych wyodrębnień, inności i niejednorodności, zwłaszcza energetycznych. Dążność ta nie jest bezzwłoczna, realizuje się w czasie i charakteryzuje się ogromną nieraz bezwładnością, jednak istnieje bezsprzecznie. Jednym z jej przejawów jest podstawowe prawo fizyczne, znane jako zasada wzrostu entropii. Wszechświat demonstruje tutaj "instynkt samozachowawczy", co często fizycy interpretują jako postępujący uwiąd starczy, jednak skale czasowe jakimi On (Ono) operuje i energie/masy jakie w każdej chwili przetwarza, mogą i muszą powodować odwracalność zjawiska, być może oscylacyjną.

             Z drugiej strony, zbyt gwałtowna potrzeba spełnienia tego "instynktu" mogłaby okazać się "samobójczą" w tym sensie, iż likwidowałaby skutecznie realizację postulatu ciągłego spełniania i urzeczywistniania wszelkich możliwości, a więc chaosu właśnie.

             Tak  więc  Uniwersum  "chcąc  istnieć"  możliwie  wiecznie, musi "zachowywać" się "rozsądnie", by użyć tych odnoszących się do nas określeń. Mało tego — musi tak postępować w sposób ciągły, nieprzerwanie, niejako bez chwili wytchnienia, i w odniesieniu do najdrobniejszego fragmentu swojej całości, który — kto wie — bez kontroli mógłby zwyrodnieć do poziomu realnego zagrożenia "skamieniałą homogenicznością", nowotworem, na wieczność już wykrystalizowanych, samoistnych, obcych, być może rozrastających się reguł i zasad. Kontrola sięga do najniższego poziomu, do atomu i jego jądra, do kwarków i jeszcze głębiej i nazywa się PRAWA FIZYCZNE.

             Konieczność jednorodności (choć nie stagnacji rozwojowej), możliwie w każdym swym fragmencie i aktywnej kontroli tego stanu, uzasadnia pogląd o identyczności czy mniej kategorycznie, wysokim podobieństwie światów i "holograficznej" konstrukcji całości, jak też wpływu "wszystkiego na wszystko", co jest jak wiadomo banalną i oczywistą prawdą dla np: buddyznu i większości poglądów hinduistycznych.

             Tak postawiony problem, zwłaszcza pewność głębokiej, totalnej samokontroli, jako żywo przypomina podstawowe zasady funkcjonowania systemu homeostatycznego, a więc w dalszej konsekwencji może żywego, ba, inteligentnego, rozumnego i czującego? Więcej! Rozwijającego się, samouczącego i/lub powielającego, rozmnażającego?

 

KONIEC.