Moja...

Miłość jest mieszkańcem duszy. Bez niej niszczeje ona i popada w ruinę niczym pusty dom...

 

 

(...) Teraz zmierzę się z samym Bogiem.  Stworzył fizyczną postać piękna – ja w słowa ją ubrać zamierzam…
Oto forma doskonała - w proporcjach z antycznej świątyni. Cała przyobleczona nie skórą, ale czymś na kształt aksamitnego jedwabiu - matową definicją ciepła i miękkości. Całość tutaj ma swój początek: smukłe palce, długie, bardziej dłoni, niż stopie przynależne. Ta zaś niewielka i szczupła, jakby zawstydzona rolą, którą Stwórca jej wyznaczył – rolą  podstawy dla piękna; marginesu oddzielającego urodę od przestrzeni nijakiej.       

Dalej biegną linie gładkie i długie, niczym nurt Bugu tuż przed tą chwilą, gdy z Królową rzek ma się spotkać. Bez żadnych gwałtowności, żadnych ostrych łuków – nieskończona łagodność
i miękkość… z końcami zanurzonymi w obfitości bioder…

W nich zaś meandry wzgórz morenowych… Stworzone, by ukryć mogły skarb najświętszy… rozkosz objawioną pośród płatków orchidei i jaśminów… Kto raz do tej świątyni wstąpi wolność myśli utraci na zawsze…
- Odtąd po wieki wspominać będzie ten krzyk uniesiony skrzydłami aniołów w świat rozkoszy nieistniejącej, w ósmy krąg tęczy…

 

Powyżej krągłych bioder kraina jedwabiu i aksamitu rozlewa się gładkością. Aż nudną
by była, gdyby nie... wgłębienie w środku. Rodzynek rzucony na powierzchnię świątecznego ciasta. Ciężka kropla, przez którą niegdyś wlało się życie. Teraz jest źródłem rozkoszy
i podniecenia…

Z boku, nieco wyżej, kilka ciemniejszych punktów. Położone jakby od niechcenia, a jednak przemyślnie. „Symetria estetyką głupców…” – powiedział kiedyś Dali.  - Zapewne nie był głupcem, kto stworzył ten symetrycznie-niesymetryczny obraz...

Rozległa Kraina Łagodności ledwie niewielkim falowaniem zdradza moc skrytą pod alabastrową powierzchnią... Tylko chwile uniesień ukazują jej istnienie – a wówczas burza przetacza się przez spokojne dotąd gładkości… Burza od zarania dziejów towarzysząca najświętszej tajemnicy istnienia: powstawaniu nowego życia...
- Czeka na ten moment… Pragnie go - i boi się zarazem. Nie doświadczy pełni szczęścia, jeśli go nie zazna - ale nie pożąda go już teraz, nie w tej chwili, jeszcze nie...

 Teraz droga wiedzie do rajskiego ogrodu, co tylko dwa owoce zrodził; dwie definicje krągłości. Wrażliwe są… jak grzbiet maleńkiej kukułki, reagujący delikatnym drżeniem na każde dotknięcie.
Miękkie są… miękkością wiosennego stogu siana, w którym zanurzenie obdziela nieskończoną rozkoszą wszystkie zmysły.
Spokojne są… Regularnie unoszone oddechem. W każdej chwili jednak gotowe zerwać się do galopu, niczym rozwichrzone rumaki z obrazu Podkowińskiego.

Powyżej barki –zwieńczają postać niczym  fryz z pentelickiego marmuru jak ateński Pantenon, wykonany dłutem Fidiasza.  Zwieńczony ramionami delikatnymi, niczym młode brzózki uginające się pod gestem grzybiarza.  - Doskonała oprawa dla zgrabnej kolumny, na której spoczywa kształtna główka.

 Oczy niezwykłe. Jeziorka z kaszubskich kniei, przez które na samo dno duszy można dotrzeć. Miękkie, zmrużone -  gdy najpiękniej tajemnicę uczuć oddają. Szeroko otwarte -  gdy zdradzają wrodzoną ciekawość życia. Zamglone lekko -  jeśli gotowe świadomość istnienia złożyć w objęcia Morfeusza. Niekiedy  zasłonięte szkłami niczym cenne klejnoty chronione szkłem gabloty.

Usta kształtne, namiętne. Z miękkimi, wyraźnymi wargami.  Raz syte, to znów głodne. Uśmiechem rysują na gładkich policzkach głębokie bruzdy. Niekiedy rozchylone pragną dotyku, który rodzi miłość.

Nosek niewielki, proporcjonalny. Nad nim czoło szerokie, gładkie…  Marszczące się lekko, gdy zdarzenie jakieś żywą reakcję wywołuje. 

Włosy obfite, niekiedy puszyste, innym razem gładkie - zawsze miękkie. W miłosnym uniesieniu podobne koronom sosen rozwichrzonych wiosennym wiatrem...

Post Scriptum.

Miłość jest mieszkańcem duszy. Bez niej niszczeje ona i popada w ruinę niczym pusty dom. Człowiek bez miłości to budowniczy, który wybudował dom, ale nie zadbał, by ktoś w nim zamieszkał. Włożył cały kunszt w to dzieło… A teraz patrzy jak niszczyciel czas na powrót zamienia je w kupkę pyłu bez formy.