Loch

Otworzyłem oczy. Wreszcie. Nie. Nie udało mi się tak od razu. Trochę to jednak musiało potrwać. Ciężkie powieki za nic nie chciały się poddać. Walczyłem z nimi. Nie pamiętam jak długo, ale pamiętam, że walczyłem. Powieki bywają czasem bardzo oporne. I zwyczjnie nieposłuszne. A może to oczy są winne, nie powieki? A może to oczy wiedzą co zobaczą? A nie chcą zobaczyć. Nie chcą...

 

Tym razem jednak, kiedy powieki uległy pod naciskiem woli a wbrew oporowi doświadczenia, niczego nie zobaczyłem. Niczego. I jakoś tak się stało, że zdumieniu niezobaczenia towarzyszyło wspaniałe uczucie. Dziwne. Przecież normalnie jak się niczego nie widzi, pomimo otwartych oczu, to powinien pojawić się niepokój. A, tym razem, się nie pojawił. Widać nie chciał. Może sam siebie miał już dość. Czy niepokój może się zmęczyć niepokojem? Nie wiem. Może kiedyś go zapytam. Ale nie teraz, bo nie chcę go niepokoić. Nie chcę...

 

Tak więc mojemu niewidzeniu towarzyszyła ulga. Dziwne. Ale prawdziwe. Tak prawdziwe, że aż nierealne. Nie widziałem nic. I nie chciałem widzieć. Czy jak się widzi ciemnośc, to coś się widzi, czy wręcz odwrotnie? Momencik. Czy to aby nie jest jedno z milina głupich pytań? A jeśli nawet, to co z tego? To są moje, prywatne, sekretne, najgłębiej utajnione przed światem głupie pytania. A jedyne co możecie zrobić, to się odpieprzyć. Odpieprzcie się bo nie chcę żebyście się przypieprzali. Nie chcę...

 

Wstałem. Po ciemku. I jak już wstałem to uświadomiłem sobie, że wcześniej leżałem. Nie wiedziałem, że leżę. Ale wiedziałem, że wstałem. I dopiero wówczas dotarło do mnie, że nie tylko niczego nie widzę, ale, że niczego też nie słyszę. Nie wiem czy świadomość niesłyszenia ma coś wspólnego z wertykalną pozycją ciała? Czy nie ma? Wiem za to, że było mi dobrze. No tak. Było mi dobrze jak cholera. Nie chcę widzieć. Nie chcę też słyszeć. Nie chcę...

Nie chcę widzieć ludzkich ryi. Nie chcę słyszeć ludzkich jazgotów. Paplaniny. Kretyńskich uwag. Idiotycznych “problemów” wyrzygiwanych za pomocą paszczęk. Tak. Ludzkie słowa są często wymiocinami umysłów. Nie wypada rzygać na dywan, więc dobrze jest zdążyć do łazienki, w której czeka, jakże przyjazna, muszla klozetowa. Ale wypada, jak najbardziej, rzygać słowami. Codziennie zachlapując flegmą twarze ( takie jeszcze się zdarzają ), ale, najczęściej, inne ryje. Przez okno też nie wypada, z wielu względów. Ale okno, bywa, że ma zaletę. Dużą. Można przez nie wyskoczyć. Ale i to dupa, kiedy ktoś mieszka na parterze. Ja mieszkam...

 

Zrobiłem kilka kroków. Ściana? Prawdopodobnie. No to w drugą stronę, dwa może trzy kroki I... I też dalej się nie da. Ki czort? A tak wogóle to gdzie ja jestem? Pozbawiony wzroku I słuchu, zacząłem macać. Dziwne, jakaś oślizła, lepka płaszczyzna. Kilka kroków nogami w lewo, w prawo. Kilka “kroków” rękami po ścianie. W lewo, w prawo. Co jest? Podniosłem ręce nad głowę. Też płaszczyzna. Mokra, zimna, wstrętna. Co jest? Co? Zdałem sobie sprawę, że pytanie “gdzie ja jestem?” zawiera w sobie pewność, że przynajmniej jestem. I, że tym kimś, który jest, jestem ja. To chyba dobrze? Dobrze? Czy bycie w jakimś wstrętnym lochu, piwnicy, bunkrze jest byciem? A jeśli jednak jest, to po co? Kurwa! Po co?

 

Dobrze, że ślepota i głuchota ma zbawienny wpływ na poczucie czasu. Zwłaszcza czasu spędzanego w jakimś betonowooslizłym zamknięciu. Nie wiem tego napewno, bo i skąd mam wiedzieć, ale zdaje mi się, że ta klatka, karcer(?), a chuj wie co, patrzy na mnie. Codziennie. No, conocnie chyba? Bo tu noc jest wieczna. Ciekawe. Skoro niczego nie widzę to jaki sens miała walka z powiekami? A gdybym je zamknął z powrotem to, czy ciemność byłaby podwójna? Podwójnie obsolutna? I skąd wiem, że otaczjące mnie ściany patrzą na mnie, skoro nie widzę nic? Nawet ślepoty nie widzę. A jednak wiem, że patrzą. Skąd do cholery? Skąd? I jak długo patrzą?

 

Czuję, że zaczynam wariować. Podobno kiedy się to czuje to się jednak nie wariuje. Ale wiesz człowieku, jak nie wiesz? Te pieprzone ściany sufit, podłoga wciąż nachalnie się na mnie gapią. Bezczelnie, bezpardonowo. Rozbierają mnie. Czynią nagim. Nienawidzę uczucia niechcianej nagości. Krępuje mnie, wywleka na drugą stronę, czyni infantylnie bezradną kukłą. A zwis jest megazwisem świadomym całkowitej impotencji. Ciało wstrząsane jest dreszczem, który z krocza przemieszcza się do brzucha, do płuc, do krtani, oczu i mózgu. I w drugą stronę. Aż do palców stóp. Koszmarne uczucie. Nagość pozbawia godności. A niechciana nagość pozbawia jej bezwzględnie. Chciana też, ale fakt odarcia jest całkowicie stłumiony żądzą. Żądza jednak go nie unieważania. Jedynie czyni niewidocznym. Zwijam się w pozycji embrionalnej. Czuję się bezpieczniej.

 

Wszystkowidzący loch zniknął. Zniknął tak irracjonalnie jak się pojawił. Powieki pozwalają oczom patrzeć. Rzęsy oblepione są zaschniętą ropą. Oczy “łapią” światło, z którego mózg tworzy obrazy. Podobno odzwierciedlają one materialną rzeczywistość, która mnie otacza. Co za bzdura... Uszy zaczynają słyszeć. Cała szyja pokryta jest śmierdzącą, czarną woskowiną, która z nich wyciekła. Kleję się i śmierdzę. Jestem odrażający. Natychmiast muszę iść się wykąpać. Będę stał pod prysznicem bardzo długo. Nie mam jednak żadnej pewności, że święta i błogosławiona woda zdoła spłukać ze mnie brud. Bo tak jak ona jest święta, tak oblepiający mnie syf, jest piekielny.

 

Ale jaja! Dokonam pierwszej na świecie prysznicowj psychomachii.

 

Albo nie dokonam.