Dziękuję Ci

Kiedy góral płacze, to płacze cały świat.

 

Był nie tylko lekarzem. Był człowiekiem, którego się nie zapomina. Był także przyjacielem domu. I już za życia był legendą. Znienawidzony przez środowisko powoli się zabijał. Pod hardą skorupą, krył się cudowny, mądry i niezwykle wrażliwy człowiek.

Pamiętam Go i nigdy nie zapomnę.

Kochał zwierzęta. Zawsze twierdził, że dwa przepiękne wilczury są jego jedynymi, prawdziwymi przyjaciółmi. Na domowe wizyty przychodził zawsze w ich towarzystwie.

Pamiętam jak przychodził do mojej ukochanej babci Bronisławy, na góralską herbatkę. Pamiętam kiedy siadał w kuchni i otwierał swoje serce przed Bronią, która była i jego powierniczką i szczerą, oddaną przyjaciółką. Pamiętam też kiedy płakał. A kiedy góral płacze, to płacze cały świat.

- “Wis Broniu, ja wolem moje psy pod ogon całować niz tym ch...om rynkę podać. To som k...rwy mordercy”. Zwykł był mawiać o swoich kolegach, zakopiańskich lekarzach, którzy, “dyplomy to cheba za świnie i bimber dostoli”.

Pamiętam też kiedy spotkaliśmy go na ul. Nowotarskiej, przy której mieszkał i, przy której znajduje się też cmentarz...
- Broniu! Kruca fuks! Ni moge na smynarz pozierać.
- A dlaczego Stasiu?
- Bo widzis, co nowy nagrobek postawiom to syćka moje pacjenty!

I wybuchał szczerym, dziecięcym śmiechem. W takich chwilach, w jego oczach skrzyły się iskry szczęścia i radości. W rzadkich chwilach...

Była zima. Trzaskający mróz. Późna noc. Obudził mnie rwetes i szczekanie psów. Max i Maksiu - Płazowe wilczury szarpały babcię za rękaw.

- Rany Boskie! Stasiu! Krzyknęła babcia, błyskawicznie się ubrała i wybiegła za psami w noc...

Doktor Płaza otrzymał wiadomość, że na Groniku umiera dziecko. Jak zawsze zabrał ze sobą psy. Dotarł na miejsce piechotą. Uratował szkraba, któremu drzazga z drewnianych klocków utknęła w gardle. Wracając, nie do końca trzeźwy, wszak “ca było dochtorowi podzinkować”, upadł i nie wstał.

Dzięki psom ocalał.

- “Widzis Broniu, jo nowet jak pies zdechnąć ni mogę...”

Pod pachą zrobił mi się guz. Przerażona mama zaprowadziła mnie do “specjalisty”. Diagnoza: Nowotwór węzłów chłonnych, czyli, w latach siedemdziesiątych, wyrok.

Kolejni lekarze, macanie i ściskanie guza, wreszcie skierowanie na onkologię do Krakowa. Nie było Płazy, wyjechał na dłużej.

Dzięki Bogu wrócił.

Obejrzał, delikatnie pomacał, i zaklął tak, że tu powtórzyć tego nie mogę. Przeczytał skierowanie, zdjął spodnie i wytarł nim tyłek.

- Powidz tym ch...jom, Magda, zwrócił się do mojej mamy, ze, ze, ze... Som wielkie ch...je! K...rwy mordercy.

- Ale jak, co? Panie doktorze, przecież ten guz jest czarny i się powiększa! Mama doznała szoku i wytrzeszczu oczu. A babcia...

A babcia, uśmiechnięta i całkowicie spokojna postawiła wodę na “herbatkę”...

- Suchoj dziwcyno, zwrócił się Płaza do mojej, zszokowanej mamy - kiejbym wzion twój cycek, ściskoł go, mintosił, gniót, to by ci się tyz zrobił i wielki, i corny. Kces spróbować...? I wybuchnął śmiechem.

“Guz nowotworowy” okazał się być prostackim krwiakiem, który wskutek “badań” powiększył się, zaropiał i otorbił.

Doktor Płaza rozwiązał problem na miejscu i bez znieczulenia używając nie pierwszej świeżości skalpela “zdezynfekowanego” spirytusem. Reszta została zużyta “na ranę” i do herbatki... Całkiem ekonomicznie.

- Dyć to rózycka. Jokie k...rwa antybiotyki! Cy wyście syćka och...jeli?! Magda młoda jest, no to musi być gupia. Ale ty, Broniu tyz ześ och...jała? Winka cyrwonego Grzyśkowi zagrzyj, okutoj go kocem, posodź pod piecem az mu bydzie pot po jajcach ścikoł. Jutro bydzie zdrowy jeno łokropnie krościaty.

Nie żył długo. Nie miał szans. Był zbyt dobry.

Dziękuję Ci, lekarzu.

Wielki człowieku.