Dom

Dom

 

          Obudził go potworny strach, który z jakiegoś powodu umiejscowił się w przełyku. Natychmiast otworzył oczy, ale niczego nie zobaczył. Poczuł natomiast straszny swąd i okropny ból świadomego już oddechu. Do płuc wdzierał się gęsty, lepki dym z palących się szmat, drewna, plastiku. I choć nigdy jeszcze tego nie doświadczył, to odruchowo pojął, że pali się dom, że natychmiast trzeba uciekać. Zerwał się z łóżka i równie podświadomie ruszył ku drzwiom. Zawrócił jednak nagle, konstatując, że przecież obok, w swoim łóżeczku, śpi malutka, bezbronna Bożenka. Mimo, iż dusił się, choć cały młodziutki, sześcioletni organizm rwał się jak oszalały do ucieczki, wyciągnął ją błyskawicznie z pościeli, zawijając przezornie w koc.

 

          Wstrzymując na ile mógł oddech, z dwuletnią siostrą na rękach, przebił się jakoś po omacku przez gęstą, palącą ciemność do drzwi. Te na szczęście były jak zwykle niedomknięte, więc kopnął je z całej siły i wydostał na schody. Wtedy zobaczył płomienie, które niczym potworne, ciemnoczerwone robaki wypełniały cały parter, rozłażąc się leniwie po meblach, podłodze, ścianach. Musiał się jednak przemóc i możliwie szybko dostać do drzwi wejściowych. Zorientował się błyskawicznie, że czerwone, najgorętsze jądro zagrożenia, umiejscowione było po lewej stronie, w okolicy kuchni, a więc dość daleko od schodów. Przycisnął Bożenkę jeszcze mocniej, i bez jednego potknięcia, zbiegł z nią pod drzwi wejściowe. Poradził sobie jakoś z zamkami, tak jak uczył tata, by wreszcie wydostać się na zewnątrz, na rześkie, czyste powietrze. Bożenka obudziła się dopiero teraz i natychmiast zaczęła cichutko kaszleć.

 

          Odszedł na bezpieczną odległość od palącego się domu i usiadł na wilgotnej trawie, trzymając cały czas siostrę na rękach. Ta uspokoiła się nareszcie, przestała już kaszleć, po czym ponownie, spokojnie usnęła. Natychmiast pomyślał o śpiących na parterze rodzicach, ale w tym momencie zaczęły głośno pękać szyby, a przez otwarte drzwi wejściowe i potrzaskane okna, dostała się do wnętrza potężna porcja świeżego tlenu. Drewniany dom rozgorzał w jednej chwili jak ogromna pochodnia. Nie było już mowy o bliższym podejściu, a co dopiero dostaniu się do środka - zresztą i tak nie miałby pewnie siły wziąć na ręce dorosłego taty, czy mamy. Patrzył więc jak urzeczony, jak w okropnym, koszmarnym śnie, na wszechobecne, jaskrawe już teraz i bezkarne w swej wściekłości płomienie, zżerające błyskawicznie drewnianą konstrukcję. Z okolicznych zabudowań wybiegli przerażeni ludzie, a najbliższa sąsiadka, gruba Walecka, jakoś nie zauważając uratowanych, bezpiecznych maluchów, biegała wokół w długiej, szarej koszuli nocnej, krzycząc wniebogłosy: - Ludzie, ratujcie ich! Tam płonie cała rodzina, małe dzieci!

 

          Nikt już jednak nie mógł nic zrobić. Dom był jednym wielkim, szalejącym paleniskiem. Z daleka słychać było przejmujący, narastający sygnał straży pożarnej.

 

I wtedy, z jaskrawo dopalającego się stosu drewna, z samego środka ogniowego piekła, wyszli powoli tata z mamą. Natychmiast dostrzegli go siedzącego na trawie, i trzymając się za ręce, podeszli uśmiechnięci do bezpiecznych już na zawsze dzieci.

 

          - Już w porządku. Jesteś synu bohaterem – powiedział tata dumnie, a mama usiadła obok i przytuliła ich oboje mocno, mocno. Bożenka smacznie spała, uśmiechając się uroczo przez sen. Oszalała z rozpaczy Walecka biegała bezsilnie po trawie, załamując ręce.

 

KONIEC.