1998

Granatowe i białe światełka błysnęły w ciemnościach pokoju, kiedy kilka godzin później Martyna obudziła się. Z trudem podniosła się na łokciach i mrużąc oczy rozejrzała naokoło. Na twarzy dziewczynki pojawił się słaby uśmiech, kiedy jej wzrok zatrzymał się na drzemiącym w fotelu Tomku. Głowa chłopaka bezwładnie opadała na jego ramię, dłonie złożone na kolanach zaciskały się na przedwczorajszym wydaniu gazety. Za jego plecami światło księżyca i niezliczonej ilości gwiazd odbijało się od nierównej powierzchni śniegu, pokrywającego wszystko na około. Po chwili jednak jej uwagę przykuło coś zupełnie innego. Dokładnie naprzeciwko łóżka, na niewysokiej komodzie z drzewa wiśniowego, stał sporych rozmiarów szklany wazon. Z naczynia wystawały gęste, ciemnozielone gałązki modrzewiu, przyozdobione granatowo- białymi lampkami- tymi, których błysk kilka minut temu wyrwał ją ze snu. Martyna pisnęła z radości i błyskawicznie wyskoczyła z łóżka.

- Jakie śliczne!- wołała, nie przestając się śmiać.

Nie zauważyła, że Tomek od dłuższej chwili już nie śpi, tylko patrzy na nią z szerokim uśmiechem na twarzy.

- Nie wiedziałem, ze sprawi ci to tyle radości- odezwał się w końcu, przeciągając się. Gazeta zsunęła się cicho z kolan chłopaka. Marta podskoczyła, słysząc jego głos.

- Zupełnie zapomniałam, że tu jesteś- powiedziała cicho- jest piękna, właśnie taka, o jakiej marzyłam, mimo że to nie jest prawdziwa choinka.

- Nie mogłem odchodzić od domu tak daleko, żeby dojść do centrum, nie chciałem cię zostawiać samej, kiedy spałaś, żeby być przy tobie, kiedy się obudzisz. Obszedłem wszystkich sąsiadów, żeby zapytać, czy nie mają drzewka do sprzedania, ale jedyne co udało mi się dostać to właśnie te kilka gałązek, ci obok kupili za wysoką choinkę i musieli obciąć jakieś pół metra z dołu, przyszedłem w samą porę, bo chcieli je spalić...- tłumaczył Tomek, poprawiając gałęzie w wazonie.

- A lampki?- błękitne oczy Martyny błysnęły w ciemności.

- Znalazłem jakieś na strychu… nie myślałem, że będą jeszcze działać, były chyba mojej mamy…

- Mamy?- przerwała mu dziewczynka, wpatrując się w niego badawczo.

- Tak, też miałem kiedyś mamę- chłopak odwrócił się, nie mogąc znieść wzroku małej.

- Wyjechała?

- Można tak powiedzieć. Wyjechała. Daleko i na długo.

- Wróci do ciebie na święta?- dopytywała się Martyna.

Tomek zacisnął wąsko usta, poczym bez słowa minął zdziwioną dziewczynkę i wyszedł z pokoju. Powoli, ostrożnie stawiając kroki, zszedł skrzypiącymi schodami na dół. Znalazłszy się w wąskim, ciemnym korytarzu chwilę zastanawiał się, gdzie pójść. Chłód kamiennej posadzki kłuł nieprzyjemnie spód jego stóp, kiedy stał oparty o starą, drewnianą balustradę, a wiele różnych, nieokreślonych myśli, mieszało mu się w głowie.

Bał się, że Martyna kiedyś zacznie wypytywać o jego przeszłość, rodzinę, życie. Wiedział, że kiedyś przestanie być dzieckiem, naiwnie mu ufającym, a stanie się dziewczynką myślącą o otaczającym ją świecie, głodną wiedzy i chętną znalezienia odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Nie spodziewał się jednak, że przełom ten nastąpi tak szybko. Nie powinien był zgadzać się na tą całą świąteczną szopkę. Kocha Martę, ale to wciąż był jego dom, wciąż on był starszy, a ona miała go słuchać. A nawet jeżeli przystroił już choinkę, żeby sprawić dziecku trochę radości, niepotrzebnie wspominał matkę. Myśl o niej zawsze wywoływała w nim uczucie smutku i tęsknoty, poza tym nieuniknione było, że Martyna pociągnie ten temat, już teraz jest przecież ciekawska. A Marta… czy już przestała o niego dbać, jeżeli widząc zbliżający się atak wściekłości chłopaka nie pobiegła za nim? Może znów straciła cierpliwość i zachce wracać do domu? Albo…

 

*

 

23.12.1998

Przedświątecznie. Boże mój, kiedy ostatni raz w tym domu obchodzone były święta? Kiedy jeszcze z mamą nie było tak źle, były święta, pachnąca choinka, bombki. Z bombek nic nie zostało, wszystkie potłuczone, nie mam pojęcia przez kogo popakowane w kartony, na strychu. Chyba nikt nawet nie wiedział, że się stłukły, chyba po prostu tak długo nie były wyciągane, a kartony tak często były przerzucane że… mniejsza. Ważne, że znalazły się lampki, ich chyba blisko nie dostałbym tak łatwo jak tych gałązek… przynajmniej Martyna nie ma zupełnie smutnej i szarej choinki. Mamy za to, oboje, duży problem. Nie chcę lekarza, za dużo ich było w tym domu w ciągu tych wszystkich lat, z drugiej strony, nie chcę jej choroby. Sam nie wiem, co to jest, w żadnej książce, nawet w tej grubej, medycznej, nie jest napisane nic o takich objawach, jak jej. A ten kaszel… dziwnie przypomina mi to, co sam miałem w jej wieku i jeżeli to jest to samo… to chce oddać jej swoje ciało, żebym to ja cierpiał ten ból, nie ona. Wtedy skończyło się to po kilku latach takich ataków i nikt nie potrafił powiedzieć, co to jest, a nigdy nie było też pieniędzy na to, żeby stać nas było na bardziej specjalistyczne leczenie… przed chwilą znów zemdlała, drugi raz w ciągu dzisiejszego dnia. Obiecałem, że będziemy mieli normalną, rodzinną wigilię. Dotrzymam tego słowa. Będziemy mieli makowiec, ryby w galarecie, pomarańcze, prawdziwe święta. Dlaczego wypytywała się o mamę? Miałem nadzieję, że te wspomnienia nie będą wracać, przynajmniej że nie będą wracać tak szybko, kiedy dalej tak bardzo bolą. Muszę coś wymyśleć, żeby nie dowiedziała się niczego więcej z mojej przeszłości, żeby ją to nie interesowało…

 

*

 

Zapach świeżego, jeszcze ciepłego sernika powoli zaczynał roznosić się po domu, kiedy Tomek zamykał za sobą drzwi frontowe domu, starając się robić to możliwie jak najciszej. Ze zdziwieniem zauważył, że na zewnątrz znów zapadał zmrok. Cały dzień spędził opiekując się Martyną, a potem na próbach gotowania świątecznych potraw, na podstawie bardzo nieczytelnych notatek mamy sprzed wielu lat. Efektem czterech godzin tej pracy był stos brudnych, przypalonych naczyń oraz jedno, jeszcze nie gotowe ciasto. Kroki chłopaka skrzypiały na śniegu, echem roznosząc się w wieczornej ciszy.

- Gdzie teraz?- mruknął Tomek, mrużąc oczy i przyglądając się uważnie wszystkim oknom sąsiednich domów po kolei.

W końcu jego wzrok zatrzymał się na małym, białym domku z lewej strony. Coś było nowego w wyglądzie budynku, który chłopak tak dobrze zdążył poznać, godzinami się mu przyglądając. W ciemności od wielu lat nieotwieranych drzwi balkonowych nagle błysnęło światło. Najpierw jedno, potem drugie i kolejne. Białe, czerwone, zielone, fioletowe. Bez sekundy namysłu, stawiając szybkie, ale długie kroki, Tomek skierował się w stronę domu, w którym niegdyś mieszkała Ania. Obawy przed poznaniem nowego lokatora pojawiła się dopiero, kiedy stanął przed znajomymi, drewnianymi drzwiami. Było jednak już za późno na ucieczkę- w korytarzu dało się słychać szmer dwóch, męskich głosów. Na progu stanął średniego wzrostu, młody, zadbany mężczyzna. Pocierając dłońmi ramiona, bez słowa wpatrywał się pytająco w wystraszoną twarz gościa.

- Dobry wieczór- szepnął po chwili Tomek, zupełnie zapominając celu swojego wyjścia z domu.

Mężczyzna uśmiechnął się ciepło, jednak jego zielone oczy w dalszym ciągu spoglądały na stojącego na schodach chłopaka z zaciekawieniem i jakby obawą.

- Są święta…- zaczął ponownie Tomek, zbierając w sobie odwagę i resztki pewności siebie- ja mieszkam tam, obok i… chciałem zapytać, czy…ma pan może książkę kucharską?

- Książkę kucharską?- powtórzył ze zdziwieniem sąsiad, opierając się o framugę.

- Tak, niedawno przeprowadziłem się tutaj z córką- chłopak postanowił kłamać- i nie mogę znaleźć nigdzie tej, którą dostałem od mamy, a sam nie mam głowy do gotowania, więc…

- Jasne, wejdź- przerwał mu mężczyzna, wpuszczając go do środka.

Tomek rozejrzał się po wnętrzu korytarza. Jedynym, co nie zmieniło się od czasu, kiedy ostatni raz tu był, był jasny kolor ścian. Zniknęły jednak sosnowe meble, zamiast nich, aż pod sufit piętrzyły się wypełnione po brzegi ubraniami, książkami, naczyniami i innymi rzeczami kartony.

- Zaczekaj chwilę- miękki głos sąsiada wyrwał chłopaka z rozmyślań- sam nie bardzo wiem, co gdzie jest, mieszkamy tutaj od przedwczoraj, książki pakował mój chłopak i on powinien się orientować, w którym kartonie są. Widzisz, zamiast się rozpakować, my woleliśmy upiec karpia i postawić choinkę. Jeszcze powinniśmy wywiesić lampki na dworze, ale ciągle się zastanawiamy, czy lepiej będą wyglądać na drzewie, czy na…

Jego wypowiedź przerwał odgłos pospiesznych kroków na schodach i pojawienie się drugiego mężczyzny, również nie za wysokiego, szczupłego blondyna.

- Dzień dobry- przywitał się, wpatrując się w chłopaka z dokładnie takim samym zaciekawieniem, jak jego przyjaciel kilka minut temu.

- Ja… przyszedłem pożyczyć książkę kucharską- wyjaśnił Tomek, poczym przedstawił się.

- Damian- blondyn wyciągnął do niego rękę jako pierwszy, pokazując w szerokim uśmiechu rząd dużych, śnieżnobiałych zębów.

- O właśnie, zapomniałem się przedstawić- drugi wyglądał na odrobinę zmieszanego- Filip.

Chłopak uścisnął ich dłonie. Stali chwilę w milczeniu, przyglądając się sobie nawzajem.

- Książka- przypomniał sobie Damian, wyciągając ręce z kieszeni jasnych, lekko przetartych spodni i zaglądając do pierwszego kartonu.

- W tym są garnki- poinformował go Filip- książki będą w tym niebieskim po telewizorze.

Mężczyzna otworzył wskazane pudło i przez kilka chwil przerzucał z boku na bok jego zawartość.

- Wy… znacie poprzednich właścicieli tego domu?- zagadnął w tym czasie Tomek.

Damian podniósł wzrok znad książek, poczym uśmiechnął się.

- Właścicielkę- poprawił chłopaka- moja siostra tu mieszkała, wyprowadziła się kilka lat temu i wróciła do Szwecji, gdzie żyją nasi rodzice, my chcieliśmy zmian, więc przenieśliśmy się tutaj. No, to chyba wszystko, co mamy. Ewentualnie mogę jeszcze poszukać jakiejś o deserach, też chyba gdzieś taką mieliśmy.

Wyciągnął z kartonu dwa, grube tomy. Tomek wziął je, w milczeniu rozpoznając w rysach twarzy mężczyzny pokrewieństwo z matką Anki.

- Dzięki- wyjąkał, otwierając drzwi- wesołych świąt.

- Dziwny człowiek- mruknął Filip, spoglądając przez okno za oddalającym się pospiesznie wąskim chodnikiem chłopakiem.

 

*

 

Szwecja. Dlaczego nigdy  ich nie szukałem? Dlaczego nigdy nie przyszło mi to do głowy? Po prostu głupio poddałem się temu, że to koniec naszej znajomości, przyjąłem decyzje jej mamy, w ogóle nie starając się walczyć o osobę, do której przecież tak wiele czułem…teraz mam jakiś ślad i na pewno go nie zgubię, jeżeli mam szansę odnalezienia Anki, na pewno jej nie stracę, nie dam jej odejść kolejny raz. Znajdę ją, ale najpierw trzeba podtrzymać znajomość z nowymi sąsiadami, zdobyć jak najwięcej informacji, zdobyć ich zaufanie…i znowu, kolejny raz dzisiejszego dnia, wracają do mnie wspomnienia, które sam nie wiem, czy chcę mieć… w przeciwieństwie do porannych, te wspomnienia mam szansę jeszcze zmienić na miłe…a na razie- jutro Wigilia, muszę wziąć się do pracy z tym gotowaniem, posprzątam rano.