1995

 

Ciszę poranka przerwało bicie wielkiego, staroświeckiego zegara, stojącego w ciemnym korytarzu. Tomek zerwał się na równe nogi, poczym podbiegł do okna i rozsunął zasłony. Tłusta, czarna mucha wyleciała na środek pokoju, bzycząc głośno i jakby z pretensją, że jej spokojny sen między fałdami ciężkiej, zakurzonej materii został tak brutalnie przerwany.

- Zamieszkałaś tu, co?- mruknął chłopak, ledwo poruszając wąskimi ustami.

Po drugiej stronie ulicy, gruby, łysiejący mężczyzna w krótkich spodenkach i białej, przetartej podkoszulce, podlewał bezmyślnie trawnik w swoim ogrodzonym żywopłotem ogródku. Tomek parsknął- każdy z sąsiadów próbował wszystkimi możliwymi sposobami odgrodzić się i zasłonić od ulicy oraz ciekawskiego wzroku przechodniów, jednak nikt z nich nie zwrócił uwagi na innych mieszkańców dzielnicy- z wysokości pierwszego piętra widok na wszystkie działki był idealny, mimo tylu zabezpieczeń.

Nagle jednak coś innego przykuło uwagę chłopaka- kilka metrów od otyłego sąsiada, już na chodniku, oparta o drewniane ogrodzenie stała średniego wzrostu dziewczyna o migdałowych oczach, brązowych włosach spiętych na karku i znajomych, opadających kącikach niedużych ust.

- Anka!- krzyknął, ale dziewczyna nie usłyszała jego głosu.

- To na pewno ona- szeptał do siebie ze zdenerwowaniem, przeczesując gęste, czarne włosy spoconymi palcami.

Po chwili namysłu jęknął, wsunął na bose stopy trampki i potykając się zbiegł na dół najszybciej na ile pozwalały mu rozwiązane sznurowadła. Gwałtownym ruchem otworzył drzwi, pokonał popękane, wypychane przez korzenie starych drzew płyty chodnikowe wykładające ścieżkę i zatrzymał się przy niskiej, drewnianej furtce.

- Anka!- krzyknął ponownie.

Dziewczyna na ułamek sekundy odwróciła się w jego kierunku, jednak kiedy rozpoznała jego pobladłą twarz, natychmiast wbiła wzrok w błękitne, bezchmurne niebo. Tomek chciał odezwać się po raz trzeci, kiedy zza rogu ulicy wyjechał czarny, sportowy samochód. Z piskiem opon zatrzymał się dokładnie między nimi, centymetr od krawężnika, na którym stała Ania.

Kierowcą okazał się być wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, Tomkowi dziwnie kojarzący się z młodszą wersją własnego ojca.

- Wsiadaj- burknął w kierunku dziewczyny.

Chłopak niespodziewanie poczuł, jak jego serce zabiło mocniej.

- Nie odzywaj się tak do niej!- krzyk wydobył się z jego piersi wbrew jego własnej woli.

- Słucham?- mężczyzna odwrócił się zaskoczony.

- Powiedziałem, żebyś jej tak nie traktował, to jest kobieta, nawet jeżeli ma piętnaście lat! Nie odzywa się do nich takim tonem!

- Pawełku- Anka objęła umięśnione ramię swojego znajomego- uspokój się, proszę, jedźmy już…

- Znasz go?- tym razem Paweł postanowił ponownie wyładować znajdującą się w nim agresję na dziewczynie.

- Nie, nie, ja go…- drżący, cichy głos załamał się, a Ania wybuchła płaczem.

- Ty go znasz- warknął mężczyzna- znasz tego psa, który próbuje tutaj się odzywać do mnie.

Wyrwał ramię ze słabego uścisku jej drobnych dłoni, zamachnął się i uderzył. Dziewczyna skuliła się, jęcząc cicho. Loki wysypały się z jej luźnego koka, niemal całkowicie zasłaniając jej twarz, Tomek jednak był pewien, że z brązowych oczu popłynęły łzy.

- On po prostu mieszka obok, to nic…- zaczęła przepraszać.

Paweł jednak nie chciał jej słuchać- otworzył drzwi samochodu od strony pasażera, gwałtownym ruchem rzucił Ankę na siedzenie, poczym posławszy w kierunku Tomka wrogie spojrzenie, sam wsiadł do środka i odjechał. Nagle wszystkie odgłosy ulicy ucichły, ustał nawet szum wody płynącej z zielonego węża ogrodowego otyłego sąsiada. Chłopak został na chodniku sam, przez dłuższą chwilę nie wiedząc, co dzieje się dookoła niego. Oprzytomniał dopiero gdy pożółkła trawa pod jego stopami pociemniała. Wtedy spojrzał na dotychczas rażąco jasne niebo i z dziwną radością w głębi serca dostrzegł zbierające się nad nim gęste, ciemnoszare chmury. Pierwsze krople tak długo wyczekiwanego deszczu zetknęły się ze światem na chwilę przed tym, kiedy ostatni pozostały na zewnątrz mieszkaniec ulicy- gruby, popielaty kocur, dotychczas wygrzewający się na chodniku przy sąsiednim domu, skrył się pod dachem. Tomek uśmiechnął się szeroko i uniósł ramiona w kierunku stalowoszarego nieba. Po kilku minutach stania w takiej pozycji bez najmniejszego ruchu, chłopak był zupełnie mokry.

- Hej!- nagle wydało mu się, że przez świst szalejącego wokół niego wiatru, przedarł się czyjś krzyk.

Odwrócił się dopiero, gdy dźwięk słabego, kobiecego głosu dotarł do jego uszu po raz drugi. W ciemności burzy z początku nie potrafił zlokalizować, kto i skąd do niego krzyczał. Bo co do tego, że krzyk był adresowany właśnie do niego, nie miał żadnych wątpliwości- był jedyną znajdującą się na zewnątrz osobą. Chwilę później jednak mimo miliona deszczowych kropel zacinających w jego powleczoną białą, delikatną skórą wychudłą twarz, dostrzegł kilkanaście metrów przed sobą ciemną sylwetkę wysokiej ale szczupłej postaci, rysującą się na żółtym prostokącie otwartych drzwi.

-Mama?- zdążył wyszeptać, zanim uświadomił sobie, że było to wejście do sąsiedniego domu.

Gdy idąc z trudem pod wiatr minął już furtkę i stanął w połowie ścieżki przecinającej wypielęgnowany na styl japoński ogródek, doszedł do wniosku, że stojąca na progu kobieta z pewnością musiała być matką Anki- mimo farby rozjaśniającej prawie do bieli jej długie włosy, pokrewieństwo rozpoznać można było w kształcie oczu, głęboko brązowej barwie tęczówek i charakterystycznych, opadających kącikach wąskich ust.

Wkrótce Tomek znalazł się w pachnącym delikatnymi, owocowymi perfumami przedpokoju. Wszystko, zaczynając od jasnogroszkowych ścian, a kończąc na cienkich, zrobionych na szydełku serwetek rozłożonych na komodzie, było w nim zielone. Sąsiadka bez słowa powiesiła jego ociekającą wodą kurtkę na drewnianym wieszaku w kolorze malachitowej zieleni, poczym kiwnęła dłonią, dając chłopakowi znak, żeby poszedł za nią do kuchni. Pomieszczenie to sprawiało wrażenie ciepłego i przytulnego, dzięki beżowej farbie pokrywającej ściany oraz jasnym, sosnowym meblom.

- Napijesz się herbaty? Dopiero co zagotowałam wodę- kobieta wydawała się mówić bardziej do wiszącej w rogu szafki, niż do Tomka.

- Nie, dziękuje. Właściwie… muszę iść do domu- chłopak wypowiadał słowa z trudem powstrzymując spowodowane zimnem drżenie szczęki.

- Muszę z tobą porozmawiać- sąsiadka w końcu odwróciła się w jego kierunku.- o Ani.

Ciche chlupotanie wody w butach podczas powolnego pokonywania dwóch metrów dzielących go od najbliższego, pokrytego pomarańczową poduszką krzesła. Potem tylko stukotanie biało-niebieskich filiżanek i przytłumiony odgłos szurania podeszwy pluszowych klapków o wyłożoną jasnymi kafelkami podłogę.

- Co… o Ani?- udało się w końcu Tomkowi wykrztusić z siebie.

Para unosząca się z gorącej herbaty przyjemnie owiewała mu twarz, sprawiając jednocześnie, że chłopak poczuł się wyjątkowo senny.

- Znasz ją, prawda?- kobieta usiadła naprzeciwko niego i splotła długie palce na pokrywającej blat stołu lnianej serwecie.

- Nie, ja…

- Widziałam, co dziś się stało- przerwała mu, unosząc głos- krzyczałeś do niej po imieniu, nie kłam!

- Poznaliśmy się kilka lat temu- Tomek zorientował się, że kreowanie niestworzonych sytuacji nic tutaj nie da- właściwie rozmawialiśmy tylko raz. Pierwszego dnia jak się tutaj sprowadziłyście.

- To ty jesteś tym chłopcem z sąsiedztwa?- domyśliła się matka Ani- tym, którego zaprosiła na swoje jedenaste urodziny, a ty wtedy nie przyszedłeś. Nawet nie wiesz, jak wielką przykrość jej wtedy sprawiłeś…ale to było cztery lata temu, nie wracajmy do tego. Porozmawiajmy o tym, co dzieje się teraz… Kim był dziś ten facet?

- Paweł?

- Znasz go? Co to za jeden?

- Nie, nie znam… tylko słyszałem że tak się do niego zwracała. Nawet gdybym mógł, nie zawierałbym chyba z nim żadnych znajomości. To jest jakiś Ani znajomy?

- Nie mam pojęcia- kobieta potrząsnęła jasną głową- cały czas mówi, że wychodzi z koleżanką, od kilku dni widuję ją jednak z tym… facetem- sąsiadka wypowiedziała ten wyraz jakby z obrzydzeniem- ona oczywiście o tym nie wie, cały czas kłamie… boję się o nią.

Tomek spuścił wzrok. Zapadła cisza. Słychać było tylko cichy zgrzyt porcelany o jasny materiał, kiedy oboje nerwowo obracali spodki swoich filiżanek.

- Wynajęłam detektywa- kobieta przerwała milczenie po kilku minutach.- Powinien tu zaraz być. Myślałam, że coś wiesz i że mógłbyś mi pomóc, ale w takim razie ci podziękuję… twierdziła, że nie utrzymuje z tobą kontaktu, ale postanowiłam spróbować. W końcu już w tylu sytuacjach mnie okłamywała. Jeżeli chcesz, możesz zostać, nie chciałabym sama rozmawiać z tym człowiekiem… tak bardzo się o nią boję…

Jej ładna twarz o delikatnych rysach, pokryta kilkoma piegami, pobladła, a w dużych oczach zaszkliły się łzy.

- Zostanę, oczywiście- Tomek nagle poczuł litość do tej pozornie pełnej szczęścia i energii kobiety. Poza tym… pomagając jej, na pewno pomoże i Ance, która bez wątpienia wpadała, albo już wpadła w jakieś kłopoty.

Wtedy rozległo się głośne, stanowcze pukanie do drzwi. Wkrótce na progu stał ubrany w skrojony na miarę, ciepły garnitur, starszy mężczyzna. Zza okularów o cienkich oprawkach, mądrymi oczami lustrował uważnie kuchnię, jego siwa, dokładnie przycięta broda drgała nieznacznie, a w silnych, zaczerwienionych od zimna dłoniach trzymał elegancki kapelusz i czarny, skórzany neseser.