Dwa lata temu Bóg ocalił moje życie

Gdybym wtedy nie posłuchał głosu Ducha Świętego, prawdopodobnie nie czytałbyś moich artykułów.

 

Zdarzyło się to w sobotę, 24 kwietnia 2010 r. Tego dnia prowadziłem zajęcia w zamiejscowym ośrodku dydaktycznym Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Wieluniu. Po pracy spacerowałem ulicami tego miasta, szukając ubogiej rodziny, której mógłbym przekazać skrzynki z artykułami żywnościowymi i literaturą chrześcijańską. Nikogo takiego jednak nie napotkałem, więc postanowiłem wrócić samochodem do Łodzi.

Jadąc modliłem się i prosiłem Boga, żeby skierował mnie do kogoś, komu mógłbym dać skrzynki. Gdy przejeżdżałem przez miejscowość Rychłocice w moim umyśle pojawiło się intuicyjne przeczucie, że powinienem skręcić z głównej drogi i pojechać w kierunku pobliskich zabudowań. Zignorowałem je. Ogarnął mnie wtedy dziwny niepokój. Jechałem coraz wolniej. Droga pięła się pod górę, a na poboczu stał znak, ograniczający prędkość do 50 lub 40 km/godz. Gdy dojechałem do szczytu wzgórza, w odległości około 100 m zobaczyłem sygnalizator świetlny, za którym znajdował się kilkukilometrowy odcinek pustej i prostej jak strzała drogi, ciągnący się aż do Widawy. Była ona rozkopana tak, że można było jechać tylko wąskim pasem asfaltu. Światła właśnie zmieniały się z zielonego na czerwone. W innej sytuacji przyśpieszyłbym wiedząc, że na zmianę świateł będę musiał czekać około dziesięciu minut. Tym razem jednak zatrzymałem się. Usłyszałem wewnętrzny głos, jak wierzę, pochodzący od Ducha Świętego: „Wracaj do Rychłocic”. Był on bardzo wyraźny i  kategoryczny. Zrobiłem wtedy coś, czego nie robiłem nigdy wcześniej ani później: zawróciłem auto i cofnąłem się około dwóch kilometrów, skręciłem w boczną drogę i zatrzymałem się. Z pobliskiego pagórka schodziły dwie kobiety z dziećmi w wózkach. Zapytałem je, czy nie znają kogoś w trudnej sytuacji materialnej, kto chciałby dostać skrzynkę z artykułami żywnościowymi. Starsza kobieta wskazała na młodszą. Dałem im obie skrzynki, i pojechałem dalej. Przy sygnalizatorze znalazłem się po upływie około 10 minut od chwili, gdy zawróciłem. Ujrzałem zielone światło i ruszyłem w drogę.

Po przejechaniu kilku kilometrów dotarłem do Widawy. Okazało się, że przed chwilą wydarzył się tam straszny wypadek. Na miejscu była policja i straż pożarna, która organizowała objazd. Zewsząd schodzili się gapie. Widziałem wrak samochodu, ścięte drzewo, ciało na poboczu i damski pantofel na chodniku. Kiedy znalazłem się za Widawą, minęła mnie karetka jadąca na sygnale od strony Łasku, oraz jeszcze dwa inne pojazdy jadące do wypadku. Na tej podstawie doszedłem do wniosku, że wypadek zdarzył się około 10 minut przed moim przyjazdem.

Kiedy wróciłem do domu, opowiedziałem to zdarzenie żonie. Zwróciła ona uwagę na to, że gdybym nie zawrócił, prawdopodobnie znalazłbym się w Widawie mniej więcej w tym czasie, gdy nastąpił wypadek. Nogi ugięły się pode mną. Przypomniało mi się, że kilka dni wcześniej Bóg ostrzegł mnie przed duchowym atakiem i modliłem się, wiążąc plany wroga skierowane przeciwko mnie.

Wiedziałem, że tamtego dnia Bóg uratował moje życie, ale nie umiałem tego udowodnić. Jakiś czas temu przyszło mi na myśl, żeby przeszukać Internet i dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się w Widawie 24 kwietnia 2010 r. Natrafiłem na stronę Komendy Powiatowej Policji w Łasku, która zawierała szczegółowy opis zdarzenia wraz ze zdjęciami. Okazało się, że od strony Wielunia jechał pirat drogowy. Powiadomiono o tym policję z Widawy, która wyjechała mu na spotkanie i oczekiwała go w miejscowości położonej za Rychłocicami. Kiedy przejechał obok radiowozu, policjanci ruszyli za nim. Dojechał on do świateł i stanął na czerwonym świetle, prawdopodobnie w tym miejscu, z którego przed chwilą zawróciłem. Za nim pojawił się radiowóz. Gdy policjanci usiłowali zatrzymać pirata, ruszył on i zaczął uciekać w kierunku Widawy. W raporcie policji czytamy, że „Kierujący, jadący z nadmierną prędkością, nie stosował się do sygnałów świetlnych i dźwiękowych nakazujących zatrzymanie się. W miejscowości Widawa, kierowca laguny zjechał na przeciwległy pas ruchu, a następnie na chodnik, gdzie śmiertelnie potrącił znajdującą się na chodniku 58-letnią mieszkankę Widawy. Sam kierowca uderzył w drzewo, ścinając je. Kierującym renault laguna okazał się 24-letni mieszkaniec powiatu wieluńskiego, który w stanie bardzo ciężkim został przetransportowany helikopterem do szpitala w Łodzi.”[1] A zatem, gdybym się nie zatrzymał na czerwonym świetle, to gdzieś na kilkukilometrowym odcinku drogi przed Widawą za moim fiatem pojawiłby się uciekający przed policją desperat, który łamał przepisy jeszcze zanim zaczęła go ścigać policja. Ze względu na kiepską nawierzchnię i rów po lewej stronie jechałbym sześćdziesiąt kilometrów na godzinę, a on nie mógłby mnie wyprzedzić, bo zajmowałbym jedyny pas ruchu. Nietrudno sobie wyobrazić, co byłoby dalej.

Wierzę, że tamtego dnia Bóg ocalił moje życie. Oddaję mu chwałę za to.

2fc2143890f78570a1f6b57169215621.jpg

 

Wypadek w Widawie, 24.04.2010 r., źródło: Materiały KPP w Łasku.

 

 

fc145c0b9639934e81249b99d70f0fcd.jpg

 

Wypadek w Widawie, 24.04.2010 r. Źródło: Materiały KPP w Łasku.


[1] Szczegółowy opis zdarzenia znajduje się na stronie Komendy Powiatowej Policji w Łasku http://www.lask.policja.gov.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1263&Itemid=217 przeglądane 19.04.2012 r.