Drogi życia człowieka w obliczu śmierci

Były dwie siostry – Noc i Śmierć
Śmierć większa, a Noc – mniejsza
Noc ... była piękna jak sen,
a Śmierć ... Śmierć była jeszcze piękniejsza...

 


Dążenie człowieka, w myśl cytowanych słów samego Boga: „... i stworzyłem człowieka na podobieństwo swoje ...”, zmierza przede wszystkim do faktu zmuszania się bycia równego Bogu – Bogom, bądź co najmniej do znacznego upodobnienia się do Niego. Może brzmi to na wskroś bezczelnie, a nawet zuchwale i przesadnie odważnie, ale czyż nie stawia nas LUDZI przed poważnym i odwiecznym dylematem, któremu wciąż brak jest jakiejkolwiek, nie mówiąc już o zupełnie jednoznacznej, odpowiedzi. Niezaprzeczalnym faktem pozostaje, iż gatunek ludzki szanując (jeżeli On faktycznie był), tworząc (jeżeli Go w ogóle nie było) lub nawet wymyślając Boga – Bogów, starał się zawsze, chociaż w niewielkim stopniu trochę Go naśladować? Czyż znajdziemy chociażby w dzisiejszym świecie, pełnym bardzo jaskrawych, a czasami więcej niż krzykliwych kontrastów osobę, nawet spoza kręgów jakiejś określonej wiary, która chciałaby po śmierci – zakładając, że życie dalej istnieje, chociaż w innej formie – spędzać je np. w bezdennym piekle wśród zła, przemocy, cierpienia, rozpaczy i bólu? Czy też wolelibyśmy, jeżeli już nie w krainie wiecznej szczęśliwości – „niebie”, to chociażby wśród dostatku i harmonii – „w raju”, a w najgorszym z możliwych przypadków, „zawieszeni” do zupełnego i całkowitego „odgrzeszenia” chociażby w „czyśćcu”?
Takie postępowanie, mimo wszystko, jakoby skazuje człowieka na sacrum (świętość), ponieważ stale podąża on „boskim tropem”, starając się dokładnie Go naśladować. Taka też pozostaje odwieczna mitologia, gdzie wielcy bohaterowie „od zawsze” uzyskiwali swoje miano, naśladując właśnie Boga – Bogów jako swoje najlepsze, najprawdziwsze i jedyne możliwe do przyjęcia wzorce. Czyż tak naprawdę historia jako taka, nie kreowana była na podbudowie historii sacrum? A czy w chwili obecnej, człowiek postawiony na skraju nieszczęścia, nie zwraca się znów do Boga – Bogów z prośbą o podsunięcie rozwiązania, lub też prosi o przywołanie śmierci, dla skrócenia swojego cierpienia? Kiedy nadchodzą naprawdę trwożne, bo tragiczne chwile, cały gatunek ludzki, nawet ten definitywnie zdeklarowany jako „bezboski”, zwraca się jednak o pomoc lub ostateczne rozwiązanie właśnie do tego uosobienia Wszelkich Wzorców: Boga - Bogów.
Podobnie zresztą ma się rzecz, jeżeli chcielibyśmy zdefiniować „Niebo” lub „Piekło”. Wiadomo, że prawie we wszystkich religiach elementy te występują, choć nazwy na pewno nie muszą być i nie są takie same, a nawet wyobrażenie tych miejsc jest bardzo różne. Podobnie jak w filozofii. Sięgając jej odległych pierwowzorów, wracamy znów do istoty sacrum człowieka, którą od „praszczura” przechowują podania, legendy, mity i oczywiście – religie. Wiadomo skądinąd, iż pierwotny kult „matriarchatu” powstał na rzetelnych podwalinach od pierwszej uprawy ziemi przez „głowę rodziny” – w tym przypadku: kobietę, jako podstawę do utrzymania rodziny przy życiu. Mężczyzna jako jeden z kreatorów tego „stada” zajmował się wówczas li tylko polowaniem i organizowaniem obrony. Na tym właśnie fundamencie powstały późniejsze wzorce m.in.: Matki – Ziemi. Następnie połączenie kobiety (Matki – Ziemi) z niebiańskim wzorcem – Bogiem Nieba, wyposażyło ludzkość w pierwiastek kosmicznego pojmowania świata, jak również i w sacrum. Obliczem tego zespolenia, jest zapewne akt znany nam jako „małżeństwo” , symbolizujące nie tylko płodność, obfitość, potomstwo, ale także bliskość, nowe życie, oraz harmonię z otaczającym światem. Oprócz tych przymiotów, zyskujemy z tego aktu zespolenia też i możność powielania (tzw. reprodukcji), możliwość zmartwychwstania oraz nieśmiertelność. Od tej chwili, Bóg daje nam prawo i pewność do powtórnego narodzenia – może w innej postaci, bądź w innym wymiarze, lub zupełnie w innym czasie... ale jednak. Tym samym udowadnia ciągle „małemu” człowiekowi, iż „brama śmierci” naprawdę istnieje i musimy niestety przez nią wszyscy tylko osobiście przejść. Nie odkrywa wszakże przed nami, co jest poza nią, jakie będzie to przejście, czy mamy prawo się bać, jak zdefiniować to co jest później, gdzie, kiedy, dlaczego ... ??? Daje jedynie do zrozumienia, iż śmierć nie jest ostateczna.... Stanowi natomiast umowną granicą naszego ziemskiego żywota, czyli jakiegoś bliżej nieokreślonego etapu przed następnym ... właśnie czym ?! Tego niestety wciąż jeszcze nie wiemy i być może nigdy nie będziemy może i długo lub wcale wiedzieć. Sam ten fakt daje coś, co siłą swojej puenty i przekonania, zbudowało fundamenty istnienia nie tylko chyba ludzkiego – daje niepodważalną niczym nadzieję, że życie nie było jedynie szczęśliwym losem, który przypadkiem się nam trafił. Życie ma również swój bliżej ukryty, a więc i nieokreślony na razie przez nas, głęboki sens. Sens, którego znaczenia jeszcze nie znamy, ale jednak nie jest on bezcelowy. Można powiedzieć, że to już jest wiele, ponieważ w myśl utartego od wieków powiedzenia – „Nadzieja umiera ostatnia”. Nawet, jeżeli faktycznie nie istnieje nic ponadto, to do ostatniej chwili, i chrześcijanin i wyznawca innej wiary, jak i zupełnie „odreligijniony” człowiek ma nadzieję, która stanowi cudowną wprost perspektywę wobec ewentualnej totalnej pustki nicości...
Na pewno w tym miejscu warto uświadomić sobie zasadniczą kwestię budowania jakiejkolwiek wiary. Jej esencją pozostaje dwa przeciwstawne pierwiastki: DOBRO oraz ZŁO, które są odwieczne i ponadczasowe. Generalnie puenta wiary nie opiera się na przeciwstawianiu Boga – Bogów przeciwko Diabłu (Złym Mocom), tylko wciąż odwołuje się do kwestii ludzkiego wyboru, a więc tzw. prawdziwej „WOLNEJ WOLI”. Inaczej – ciągłego wyboru pomiędzy uczynkami dzieła Bożego, a niezwykle obfitymi podszeptami i pokusami wszechobecnego zła. Największym paradoksem życia ludzkiego i jego złożoności, nie pozostaje prawdziwa identyfikacja właściwej strony wyboru, lecz jej życiowa przewrotność. Takim klasycznym przykładem dokonywania absolutnie każdego wyboru jest chociażby fakt, iż „droga prosta” zawsze jest wyboista, ciężka i najtrudniejsza. Wszystkie natomiast „poboczne ścieżki”, pomimo swojej krętości, stromości, śliskości, wąskości i niebezpieczeństwa, a nawet bezpośredniego zagrożenia, zawsze znacznie szybciej pozwalają osiągnąć wyznaczony ostateczny cel... Najbardziej realnym i odwiecznym „piekłem” ludzkim, pozostaje więc całe nasze życie, dokonywanie wyborów oraz utrzymywanie ich konsekwencji, przekładających się chociażby m.in. na stałość, wierność, prawdomówność, uczciwość... Głębia istoty tkwi jednak nie w tym, co postrzega współczesny człowiek, bo to zamyka jakaś określona życiem przestrzeń czasowa. Ziarnem faktycznego „wyzwolenia” i zaczynu do wieczności przez wielkie „W”, pozostaje jakaś niezrozumiała wciąż dla człowieka ilość tych poszczególnych „życiowych lekcji” jak obrazowo tłumaczy fakt poszczególnych wcieleń religia hinduizmu, bądź w dziwny sposób interpretacja różnorakich tzw. „przypowieści” z kart Biblii. Tylko poprzez te właściwe, możemy poznać dosłowną, a może tylko iluzoryczną „pełnią życia”. Kiedy raz pozostajemy w życiu jako osobnik płci męskiej, a raz żeńskiej. Raz jako człowiek bogaty, a raz jako biedak. Raz jako zdrowy, a raz jako doświadczony kalectwem. Raz jako jednostka mądra, wykształcona i inteligentna, a raz zupełnie przeciwna. Tylko taka seria głębokich doświadczeń, wybitnie nastawionych na popularne obecnie „przeżywanie” , ukazuje najprawdziwszy cel naszego ziemskiego istnienia, wartościowania, szacunku...
Po tym w miarę maksymalnym zbliżeniu się już istoty ludzkiej do Boga – Bogów, pozostaje jeszcze jedna dość charakterystyczna kwestia postrzegania Najwyższego przez człowieka, jak i zupełnie odwrotnie. Otóż najprawdopodobniej, w chwili kiedy układano kanony religii, popełniono celowo i zupełnie przypadkowo – a może jednak w pełni celowo?!, świadomy błąd na skalę życia... Zapewne była to idea – androginii. Z jednej strony miała ona stanowić o wielkości i doskonałości istoty Boga – Bogów. Z drugiej strony, stała się zupełnie wulgarnym zakwestionowaniem symbolu. Otóż Bóg – Bogowie, istota idealna, ma być i na pewno jest niepowtarzalny, samowystarczalny, a poprzez to właśnie doskonały. Tak wyobrażano sobie doskonałość boską i naśladującą ją – doskonałość ludzką, czyli niczym niewzruszona i najczystsza jedność. Czyż Chrystus nie został zrodzony bez udziału ingerencji męskiej? Czyż mityczna Ewa wymagała ingerencji kobiety do swojego powstania? Wydaje się to nieprawdopodobne, a jednak możliwe... Owa niepojęta przez znaczną część ludzkości tzw. „pełnia” oddana jest również w początku chrześcijaństwa: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty w jednej doskonałej postaci... A wreszcie tło życia małżeństwa i rodziny, czyż nie ma się opierać na „jedności” małżonków dążących do zespolenia nie tylko w akcie fizycznym, ale przede wszystkim duchowym? Treść BIBLII , bądź każdego innego dzieła tłumaczącego i interpretującego zasady wiary dla każdego rodzaju ludzkiego w każdym zakątku świata (bez względu na kolor skóry, język, wyznawane wartości narodowe jak i osobiste), przepełniona jest przede wszystkim właśnie taką ideą. Sam Jezus wielokrotnie rozmawiając ze swoimi uczniami, wciąż im przypomina fundament wiary: „... przybyłem aby skojarzyć to, co było rozdzielone na początku, i by znów dwoje w jedno złączyć. Tym co pomarli, bo byli rozdzieleni, przywrócić życie znów ich jednocząc ...” (Wg „Ewangelii św. Filipa”). W innym miejscu na pytanie o czas i możliwość przyjścia Królestwa Bożego Jezus odpowiada słowami: „... kiedy dwoje będą jednym, pozór jako wnętrze, a mąż z niewiastą, ani mężem, ani niewiastą ...” (z listów Klemensa Aleksandryjskiego).
Takie postrzeganie nie jest niczym odosobnionym i w innych religiach. Zawiera w sobie jednakże wcale nie zwyczajny absurd, a nawet parodię. Otóż, kiedy w starożytności rodziło się dziecko posiadające cechy zarówno żeńskie, jak i męskie, jego los był już w tym momencie całkowicie przesądzony. Prawie natychmiast je zabijano, bądź przeznaczano na ofiarę, ponieważ ten akt urodzenia był wyraźnym gniewem Boga – Bogów. Nie można się takim urodzić, do tego trzeba dojść, przez osiągnięcie zrozumienia i wypełnianie woli postanowień danej religii. Stąd do dzisiaj niektórzy czarownicy (szamani) nawet prymitywnych plemion w swoim ubiorze zachowują elementy strojów i zdobień oraz makijażu zarówno płci żeńskiej, jak i męskiej. Pewnie i dlatego nie do końca chce i potępia Kościół cechę – biseksualizmu, który postrzega jako swoistą doskonałość... Stąd również wiele religii, a nawet kultur „akt jednoczenia” rozumie jako zbiorowe uroczystości w postaci np. „orgii”, zezwalając, a nawet zalecając taki sposób na właściwe zmieszanie w granicach przyjętego wierzenia i momencie zbliżenia się do Boga – Bogów...


dr Włodzimierz Nikitenko

Literatura:

- ARIES P., Człowiek i śmierć, Warszawa 1992.
- BAUMAN Z., Życie na przemiał, tłum.: T.Kunz, Kraków 2005.
- ELIADE M., Sacrum, mit, historia, Warszawa 1974.
- SZYMCZAK M.(red.), Słownik języka polskiego, t. 1-3, Warszawa 1978/1981.