Dramat małego mlaskacza

W pewnej wiosce mieszkało dwóch bliźniaków mlaskaczy. Mali mlaskacze byli zawiedzeni życiem i niedowartościowani. Jednak pewnego dnia znaleźli sobie zajęcie.

 

297851f87d59ec2f2ba7dd1342e0f2f7.jpgW pewnej wiosce mieszkało dwóch bliźniaków mlaskaczy. Mali mlaskacze byli zawiedzeni życiem i niedowartościowani. Jednak pewnego dnia znaleźli sobie zajęcie. Na wschód od ich rodzinnego podwórka był duży, trochę zachwaszczony, ale dający obwite owoce sad. Owoce były dobre. Wioska wymieniała z sadownikiem swoje mleko, mięso i pieczywo w zamian za wyśmienite owoce.  Bliźniacy mlaskacze byli mali z dużymi głowami, małymi rączkami, krzywymi nóźkami. Nikt ich poważnie nie traktował. Mlaskacze postanowili, że aby zaistnieć i zacząć coś znaczyć we wsi, trzeba się wykazać, a najlepszym do tego sposobem będzie skłócenie wsi z właścicielem wielkiego sadu na wschodzie.

 

Mlaskacze codziennie chodzili pod płot odgradzający sad od wsi, żeby zaczepiać sadownika i jego psa pilnującego sadu. Kopali w płot, rzucali w psa kamieniami i krzyczęli. Pies z początku spokojny w końcu jak każda istota w takiej sytuacji zareagował i zaczął się bronić, warczeć i szczekać. Wtedy mlaskacze zaczęli mówić w całej wsi, że to pies sadownika jest zły i trzeba zerwać handel z sadownikiem, a najlepiej napaść go. Część wioski nabrała się na te kłamstwa, lecz nie wszyscy. Mlaskacze denerwowali także samego sadownika, aż w końcu ten stracił cierpliwość i ich ochrzanił. Mlaskacze zaraz pobiegli i krzyczeli w całej wsi, że zły sadownik chce ich napaść. Znowu zyskali poklask najbardziej naiwnej części wsi.

Mlaskacze czuli się bezkarnie, bo od sadownika i psa pilnującego sadu odgradzał ich płot z materiałów firmy NATO. Ale mlaskacze na tym nie poprzestali. Kiedy pewnego dnia Sadownik złapał u siebie złodzieja o imieniu Gruzin, mlaskacze znowu darli gęby o wielkiej niesprawiedliwości. Zaczęli nawet przełazić przez płot do sadu odwiedzać złapanego złodzieja, a także przezywać i prowokować sadownika i jego psa.

 

Sadownik jednak był człowiekiem w miarę cierpliwym i psa też trzymał w posłuszeństwie. Mlaskaczom nic się nie działo nawet, kiedy przechodzili przez teren sadownika w celu odwiedzenia złodzieja. Chociaż niektórzy we wsi ostrzegali mlaskaczy, że przechodzenie przez płot jest niebezpieczne, bo ich małe ciałka z małymi nóżkami są wrażliwe na uszkodzenia i kilka razy jeden z mlaskaczy miał szczęście unikając wypadków.

 

Szczęście się jednak odwróciło pewnego mglistego ranka. Niektórzy we wsi ostrzegali, że we mgle nie widać, co jest za płotem, żeby bliźniak nie skakał, bo coś sobie zrobi. Mlaskacz nie posłuchał i skoczył, po czym spadł na drzewo, którego nie było widać we mgle, przebiła go gałąź, następnie spadł na łepek i złamał sobie kark.

 

 Wypadek wstrząsnął całą wsią. Jednak sadownik zachował się honorowo, oddał wiosce ciało małego mlaskacza i wyraził współczucie. Ale drugiemu bliźniakowi było mało. Zaczął szerzyć propagandę, że jego brat zginął nie przez własną głupotę, lecz z winy sadownika zebrał najbardziej naiwną część wioski i zaczął urządzać marsze z pochodniami, a także straszyć sadownikiem, choć przez krótki czas udawał sympatię do sadownika, gdy chodziło o wybory na sołtysa we wsi, które mlaskacz jednak przegrał.

Sołtys zaś stary, doświadczony Bronek, myśliwy z poczuciem humory postarał się sprawę załagodzić, ale mlaskaczowi było mało, zaczął robić razem z naiwnymi przedstawienia i zaśmiecać wejście przed domem sołtysa. Mimo, że jego brat został pochowany w zupełnie innym miejscu.

W efekcie działań braci mlaskaczy handel między wsią a sadownikiem sporo ucierpiał. Sadownik zrażony nienawiścią ludzi z wioski wywołaną przez mlaskaczy, został zmuszony do dogadania się z sołtysową Merkelową, wsi dalej i wspólnie musieli zbudować drogę omijającą wioskę mlaskaczy. 

Taki  był finał nienawiści i kompleksów mlaskaczy. Wszyscy we wsi stracili, a jeden z malaskaczy nawet zginął przez własną głupotę.

Jednak jego brat był zbyt ograniczony aby uczyć się na błędach. Nadal atakuje i szczuje przeciw sąsiadom. Byle tylko czuć się dowartościowanym. Szkoda tylko, że tracić na tym muszą wszyscy. Mały mlaskacz pozostał nienasycony, mało mu nieszczęść i nadal prowokuje sadownika.