Dobrze tam, gdzie nas nie ma

Obecnie bardzo dużo mówi się o wyprowadzkach za granicę kraju. Nie tylko w mediach.

 

c6657b044de97483e5e207f23c0de5ae.jpg

Coraz więcej osób, z którymi mam okazję rozmawiać mówi mi, że jedyny plan, jaki ma na najbliższe lata to opuszczenie Polski i osiedlenie się w innym mieście, innego kraju. Bo lepiej, bo fajniej, bo więcej możliwości, więcej pieniędzy, bo czyściej, bo zieleniej, bo spokojniej, bo bardziej logicznie, bo, bo, bo... 

Owa "wielka emigracja" zaczynała się już, gdy kończyłam studia. Znajomi nie brali nawet pod uwagę opcji pozostania w Polsce. Ba, nie próbowali nawet rozejrzeć się za pracą, choćby z czystej ciekawości. Od razu pakowali manatki i w drogę. Do Anglii, Niemiec, Francji, Szwecji, Norwegii... Nie znając języka (i właściwie niczego w kraju "docelowym"), po pięciu latach studiów - jechali, licząc na łut szczęścia. 

"Ile dumy, ile radości...

Muszę powiedzieć, że jestem nieco rozdarta i bardzo mi ciężko ocenić jednoznacznie takie właśnie wyjazdy. Z jednej strony - podziwiam odwagę. Ja sama mieszkałam wprawdzie rok za granicą, ale wiedziałam od początku, że zamierzam wrócić do Warszawy, a poza tym to po prostu nie było dla mnie. Głównie chyba ze względu na inną kulturę. Co z tego, że perfekcyjnie znam angielski, skoro właśnie owa kultura też stanowi olbrzymią barierę komunikacyjną? Drugim (a może tak naprawdę pierwszym?) problemem był fakt, że po prostu tęskniłam za Polską.  Nie potrafiłabym więc pozostawić za sobą całego życia i rozpocząć nowego, można powiedzieć - od początku. Poza tym hej, Polska jest piękna! W każdym mieście, w każdym miejscu można znaleźć coś niezwykłego. Coś, co wyróżnia i odróżnia ją od innych krajów. Wystarczy się rozejrzeć. Sama codziennie "rozglądam się" w Warszawie i codziennie zauważam coś nowego. Nowe przedsięwzięcia, inwestycje, wydarzenia kulturalne, rewitalizacje... Ale rozumiem, że to może być trudne. Jeśli więc nie potrafimy ogarnąć wzrokiem i umysłem całego miasta, możemy na początku skupić się na swojej dzielnicy. Wiecie, metoda małych kroczków. ;) Czytaliście "Polyannę"? Jeśli tak, to z pewnością wiecie na czym polegała "gra w zadowolenie" - właśnie o to mi tutaj chodzi. Pozwolę sobie przedstawić to na przykładzie mojej Pragi. 

Co czyni ją wyjątkowym? Po pierwsze to, że jest prawdziwa i niczego nie udaje. Jest naturalna. Wystarczy wybrać się na prawy brzeg Wisły - zachował on bowiem swój unikatowy, "dziki" kształt, co na skalę światową (w przypadku wielkomiejskim, oczywiście) jest raczej swoistym, nie zawaham się użyć tego słowa, fenomenem. Dzięki temu mam wspaniałe miejsce do spacerów i jeżdżenia na rowerze (polecam przetestować słynną ścieżkę rowerową ;), co bardzo dobrze wpływa na moje samopoczucie.  W kwestii wydarzeń kulturalnych również nie mam mojej Pradze nic do zarzucenia. Prawy brzeg Wisły oferuje nam przecież nie tylko możliwość spędzania czasu na prawdziwej, miejskiej plaży, ale i w klimatycznych knajpkach, których nie uświadczymy w centrum miasta. Poza tym cała dzielnica jest bardzo atrakcyjna i warta poznania. Wspomniane przeze mnie knajpki to tylko część wpływająca na jej wyjątkową atmosferę. Kto jeszcze nie był, powinien się wybrać i na własne oczy zobaczyć jej brukowane uliczki, kamienice, rewitalizowanego Konesera, galerie sztuki tak różne od tych powszechnie znanych... Za to właśnie kocham Pragę. Teraz Wasza kolej.  ;)

...w sercach nam stolica budzi!"

"Cudze chwalimy, swego nie znamy" - na to "powiedzonko" wpadam ostatnimi czasy dosłownie wszędzie, ale taka właśnie jest prawda. Nie uciekajcie, jeśli naprawdę nie musicie. Życie poza granicami ojczystego kraju nie zawsze jest takie kolorowe, jak to może się wydawać na samym początku. Czasem wystarczy jedynie rozejrzeć się dookoła i dostrzec rzeczy, których nie znajdziemy nigdzie indziej i za którymi z pewnością bardzo byśmy tęsknili. Jak to mówią - dobrze tam, gdzie nas nie ma. Ale w celu nadania mym wypocinom więcej patetyzmu, powiem: nie wszystko jest takim, jakim się wydaje. ;)