“Czy pozwoliłbyś mi umrzec”?

Po powrocie żałowałem swoich myśli. Była blada jak ściana. Mówiła bardzo niewyraźnie. Ból głowy rozsadzał jej czaszkę.

 

 

Kilka lat temu, w życiu mojej rodziny, miało miejsce bardzo szczególne, (dla nas) wydarzenie. Była lipcowa niedziela. Dzień z gatunku „uroczych”. Po południu wybraliśmy się na rodzinną wycieczkę, której celem było wejście na jedno z niewysokich wzgórz wulkanicznych, „co by” rozkoszowac się  przecudnymi „okolicznościami przyrody”.

Kiedy dotarliśmy na parking moja, siedemnastoletnia wówczas córka  powiedziała, żebyśmy poszli na górę sami, bo źle się czuje i trochę ją boli głowa. 

-W porządku, powiedziałem. A pomyślałem:” Cóż, pewnie to drobne fanaberyjki”.

Nie było nas ok. godziny. Po powrocie żałowałem swoich myśli. Była blada jak ściana. Mówiła bardzo niewyraźnie. Ból głowy rozsadzał jej czaszkę.

Nie minęła godzina, a byliśmy w domu. Niestety stan córki wyraźnie się pogarszał.

Ponieważ nie było szans na szybki przyjazd karetki,( to osobna historia ) zdecydowałem się zawieśc ją do pobliskiego szpitala. Po drodze straciła przytomnośc. Wnosiłem na izbę przyjęc bezwładne ciało.

Następnych godzin dokładnie nie pamiętam. Przewozili ją z sali do sali. W jednej rentgen, w drugiej tomograf, w trzeciej rezonans, punkcja kręgosłupa...  Rozmowy z lekarzami... Popodłączano jej rurki, rureczki. Podpięto monitory. Na sekundy odzyskiwała świadomośc, by po chwili zapadac w niebyt.

Pierwsze rokowania-fatalne. Od wirusowego zapalania mózgu, w najlepszym wypadku, do guza pnia mózgu w najgorszym. 

Kiedy, na momenty odzyskiwała świadomośc, dosłownie wyła z bólu. Potem wstrząsy, konwulsje, bezdech, reanimacje. Zapaśc, sen.

I tak mijały dni. Z tą różnicą, że już nie odzyskiwała przytomności. Była coraz bledsza,( o ile to możliwe). Przeraźliwie chuda. Wypadały jej włosy. Niknęła. Kurczyła się.

Powoli docierało do mnie, że córka może umierac. Że może zbliżac się koniec. I im świadomośc ta stawała się realniejsza, tym większy stawał się mój sprzeciw. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że już nic nie można zrobic. Byłem coraz bardziej arogancki wobec lekarzy i pielęgniarek. Byłem wściekły. Zarzucałem im nieuctwo, brak kompetencji. Sądzę, że wówczas byłem zdolny obwiniac ich o całą niesprawiedliwośc świata. A kiedy mówiono mi, że badania nic nie wykazały, a wykluczyły wstępnie postawione diagnozy, to rodziła się u mnie żądza mordu. No bo jak mogą nie wiedziec?

Pamiętam także, oczywiście, moje kłótnie z Bogiem. Dlaczego? Dlaczego ona? Dlaczego? Dlaczego my? Dlaczego...  Za pytaniami szły zarzuty. Jesteś... Nie jesteś...  A za zarzutami prośby. Błaganie.  Dokładnie w tej kolejności:  Pytania. Zarzuty. Prośby.

I wówczas. Bez żadnego zastanowienie, refleksji, przemyślenia prosiłem Boga by córka żyła. By żyła w jakimkolwiek stanie. Nawet gdyby nigdy już nie miała na mnie spojrzec, uśmiechnąc się, wypowiedziec słowa. Nawet, gdyby nigdy już nikogo nie rozpoznała, gdyby nic nie czuła, niczego nie słyszała.

                                                                                                              *

Po kilku tygodniach, już w domu, wieczorem córka przyszła do mnie do pokoju. A ponieważ znam ją, że tak powiem, od urodzenia, wiedziałem, że coś ją męczy. Po kilku chwilach przekomarzań, żarcików, zdawkowych zdań zapadła, na moment, cisza. Taka gęsta, nienaturalna, nabrzmiała...

-Tato?  Zapytała po chwili. Bardzo cicho i bardzo poważnie.

-Tato? A czy ty pozwoliłbyś mi umrzec?

- Ja, nigdy. Ale ta „decyzja” nie należy do mnie.

- A gdybym była „warzywem” zostawiłbyś mnie w szpitalu, albo oddał do jakiegoś ośrodka?

- Nie! O czym ty  myślisz? Przecież wiesz!

- Wiem. Ale, pomimo wszystko, tak strasznie się bałam! Bałam się, że już nikt nie będzie mnie kochał... I to było najgorsze.      Najgorsze. I gdybym wiedziała, że mnie zostawicie, jak kukłę, jak szmacianą lalkę, to chciałabym umrzec.

PS

Zdecydowałem się opublikowac ten, bardzo osobisty, tekst w nawiązaniu do toczącej się, także na eiobie, dyskusji na temat eutanazji. Moje stanowisko wobec problemu jest skrajnie niobiektywne. Dla mnie nie ma żadnego dylematu w wyborze: „Świętośc życia, czy jakośc życia”. ( Patrz: artykuł Pana Andrzeja Sicińskiego). Żadnego.

A przyczyną stanu zdrowia córki okazała się nagła,(nikt nie wie czym spowodowana) utrata magnezu w organiźmie! To powodowało niewydolnośc serca, a także, później, płuc. Jej stan pogorszył się już w szpitalu. W skutek pobrania płynu rdzeniowo-mózgowego nastąpiły zmiany ciśnienia śródczaszkowego. Przyczyna zaś pierwotnego, rozsadzającego bólu głowy, nigdy nie została ustalona.

Rzeczywiście była na skraju życia i śmierci. Mogła umrzec lub życ w stanie terminalnym.

I jeszcze jedno. Kiedy córka odzyskiwała przytomnośc, poprzez ból i nieświadomośc miejsca i czasu, przebijała się jedyna myśl. Czy jesteśmy przy niej? Czy nie jest sama?  A kiedy, wydawałoby się leży nieprzytomna, słyszała nasze głosy, (choc bardzo niewyraźnie, jakby zza ściany) i odczuwała, kiedy trzymaliśmy ją za ręce. Ale nie jako fizyczny dotyk. Tylko jako poczucie spokoju, miłości i bezpieczeństwa.

Może kiedyś sama o tym napisze...?