Czy nauczyciel stanie się dla władz także człowiekiem?

Jestem nauczycielem od trzydziestu lat. Nie mam się wcale za wybitnego pedagoga, ale z cała pewnością mogę o sobie powiedzieć, że nie wykonuję zawodu, a wypełniam powołanie. Od początków istnienia III Rzeczypospolitej słyszę w sytuacjach kryzysowych jeden argument - nauczyciel powinien mieć na względzie dobro swojego ucznia. I to właśnie zwalnia każdą kolejną władzę z odpowiedzialności za stan oświaty w Polsce. To zwalnia każdą kolejną władzę z odpowiedzialności za prestiż wszystkich, którzy dzień po dniu pracują z dziećmi i młodymi ludźmi, poświęcając swój wolny czas, energię i zapał. I mam też wrażenie, że cały czas jestem poddany emocjonalnemu szantażowi - egzaminy należy przeprowadzić, bo to jest branie uczniów jako zakładników central związkowych. Tymczasem to nie centrale strajkują, ale kilkaset tysięcy zdesperowanych pracowników oświaty.

Dlatego - jak mawia klasyk - każda władza ma mnie za nic. Ze mną nie trzeba się liczyć, tak jak z policjantami czy górnikami. Mną może pomiatać ministerstwo, organ prowadzący, kuratorium, dziennikarz i rodzic. Może mną pomiatać uczeń, który śmieje się w twarz, bo zarabia, chodząc jeszcze do szkoły, dwa razy więcej. Kryterium społecznego prestiżu jest jedno - finansowe. Jako element systemu selekcji negatywnej do zawodu muszę znosić upokorzenia, można mnie bezkarnie obrażać, można mnie stawiać  w hierarchii społecznej niżej od krowy i tucznika. Nie mam na to żadnego wpływu! Jednak dlaczego teraz właśnie od śmiecia, odpadu, nieudacznika, który nigdzie nie potrafi znaleźć sobie lepiej płatnej pracy, wymaga się przeprowadzenia egzaminu? Przecież w opinii władz i dużej części społeczeństwa nie mam do tych czynności odpowiednich kwalifikacji. 

Mam nadzieję, że egzaminy różnego szczebla zostaną przeprowadzone i sprawdzone. Nauczyciele zawsze byli bardziej odpowiedzialni i mądrzejsi od każdej władzy, niezależnie od tego, czy była czerwona, zielona czy czarna. Ale to właśnie przywiązanie to etosu bez przerwy obraca się przeciwko nam. Przypominam wszakże, że samo przeprowadzenie egzaminów to jedynie pierwszy krok. Potem ktoś te arkusze egzaminacyjne musi sprawdzić. A kto? Urzędnicy Ministerstwa Edukacji Narodowej? Dziennikarze tvp i tvn? Zawodowi egzaminatorzy, tak jak w Wielkiej Brytanii? A może Ukraińcy? Nie! Sprawdzają je nauczyciele posiadający kwalifikacje do ich przeprowadzania. To ja w tym momencie przypomnę, w jaki sposób traktuje się tę elitę zawodu. W pierwszych latach funkcjonowania "nowej matury" np. w trakcie sesji sprawdzania otrzymywali bon na posiłek. Było to o tyle uzasadnione, że ośrodki sprawdzania były zamknięte, a praca trwała dziesięć godzin dziennie. Po kilku latach już tego dodatku zabrakło. Nauczyciel-egzaminator może pracować głodny, a jak nie, niech sobie przyniesie kanapki. To tylko jeden przykład, ale on pokazuje sposób traktowania przez urzędników nauczyciela i jego pracy. Po wielu latach, w roku 2019, w czasie trwania strajku, dzwoni dyrektor do dyrektora z pytaniem: "Masz wolnego nauczyciela? Pożycz!". Chodzi oczywiście o tych, którzy nie przystąpili do strajku i można ich sobie wypożyczać na czas trwania egzaminu jak rzecz.

Od kilku dni w dużych telewizorach, niezależnie od ich sympatii politycznych, niemal bez przerwy dziennikarze, komentatorzy, przedstawiciele władz powtarzają, że nauczyciel powinien zarabiać więcej, zarabiać godnie. Są to wyłącznie słowa. Niepoprawnym politycznie byłoby twierdzić, że jest inaczej. Niemniej jednak w narracji, zwłaszcza telewizji publicznej, można zauważyć zasadnicze pęknięcie. Awersem tej narracji są słowa (bo tylko słowa) o godnym traktowaniu ciężkiej pracy nauczyciela i finansowym jej docenieniu, rewersem jest coraz częściej przebijająca się informacja o niskiej jakości pracy. Skoro tak, to dlaczego mamy więcej płacić za usługi tak niskiej jakości?

Czy mam jeszcze złudzenia? Czy znowu nauczyciele sobie pokrzyczą, postrajkują i grzecznie wrócą do pracy przy tablicy?Scenariusz ten jest o tyle prawdopodobny, że było tak zawsze. Każdy protest w III RP, każdy strajk kończył się tak samo. I władze cynicznie wykorzystują ten fakt. Powtarza się wciąż w przekazach medialnych, że pracujemy 18 godzin tygodniowo. Tymczasem niezależny audyt wykonany jeszcze za czasów Donalda Tuska potwierdził, że jest to 47 godzin tygodniowo. Łatwiej jednak w celach jak najbardziej politycznych powtarzać po sto razy, jakimi jesteśmy nierobami i liczyć na to, że sto razy powtórzone kłamstwo stanie się prawdą zgodnie z opinią jednego z polityków obecnej władzy, że ciemny lud to kupi. Otóż mam nadzieję, obserwując skalę poparcia rodziców i uczniów wobec słusznego protestu nauczycieli, że nie kupi, a władze będą odpowiedzialne za destrukcje całego systemu edukacyjnego w Polsce.

P.S.

Bardzo dziękuję licealistom z Gdańska, którzy zredagowali bardzo piękny list do władz w obronie swoich nauczycieli. Bardzo dziękuję rodzicom za wyrozumiałość i zrozumienie, zwłaszcza tym, których dzieci zdają w tym roku egzaminy. Jeżeli nie poddamy się propagandzie, mamy nareszcie szansę na lepszą szkołę i lepszą jakość kształcenia.