Czy grozi nam wojna?

Do niedawna przestrogi przed wojną w Europie wyśmiewano jako czarnowidztwo. Dziś już nikomu nie jest do śmiechu. Publikuję go dziś, bo we wrześniu może być już nieaktualny...

Do niedawna przestrogi przed wojną w Europie wyśmiewano jako czarnowidztwo. Dziś już nikomu nie jest do śmiechu. Publikuję go dziś, bo we wrześniu może być już nieaktualny...

 

Kiedy w 2011 roku podczas debaty w Brukseli o przyszłości Unii Europejskiej ówczesny minister finansów Jacek Rostowski mówił o groźbie wielkiej wojny, w Polsce niemal wszyscy go wyśmiali, uznając to za czarnowidztwo. Dziś już nikomu nie jest do śmiechu.

 

Minister przewidywał, że jeśli nie nastąpi zmasowane interwencja Europejskiego Banku Centralnego mająca na celu ratowanie upadających gospodarek Grecji, Włoch i Hiszpanii, to może dojść do gigantycznego krachu ekonomicznego. To zaś — przez analogię do Wielkiego Kryzysu z lat 30. ubiegłego wieku — może doprowadzić do wojny w Europie. Jak na razie ministerialny scenariusz wydarzeń się nie sprawdza, co nie znaczy, że obawy Rostowskiego były zupełnie bezpodstawne. Historia, jak wiemy, lubi się powtarzać, a sytuacji ekonomicznej Europy daleko do stabilności.

 

Niebezpiecznie blisko

Dziś przestrogi przed wojną u nikogo już nie powinny wywoływać na twarzy grymasu politowania. Gdzieś z dalekich irackich czy afgańskich rubieży świata wojna podeszła już niemal do naszych polskich granic. Od dłuższego czasu biją się na wschodniej Ukrainie i nie ma mądrego, który by mógł zapewnić, że na Ukrainie się skończy i reszcie Europy nic nie grozi.

Zapewne przypadkowe strącenie rakietą malezyjskiego boeinga uruchomiło lawinę zdarzeń, która nabiera prędkości. UE i USA zaostrzyły sankcje przeciwko Rosji. Początkiem sierpnia wojska ukraińskie zamykają pierścień wokół rebeliantów skupionych w rejonie Doniecka, chcąc odciąć ich od zaopatrzenia z Rosji. Ta zaś — według źródeł amerykańskich — też początkiem sierpnia podwaja liczbę swoich wojsk na granicy z Ukrainą, a jeszcze wcześniej, żeby przypomnieć Zachodowi, z kim ma do czynienia, dokonuje przeglądu swojej broni jądrowej.

Czy wybuchnie otwarty konflikt rosyjsko-ukraiński? Kto wie? Sytuacja jest jednak tak napięta, że może do tego dojść nawet przypadkiem. Jeden taki przypadek już zaognił sytuację. Czy zdarzy się kolejny? A gdyby się zaczęło, jakie będą kolejne sankcje Zachodu? Jaka będzie na nie reakcja? Spirala wzajemnych pretensji i retorsji się nakręca? Wraz z liczbą ofiar rośnie też wzajemna nienawiść. Nawet jeśli nie wiadomo, czy dojdzie do otwartej wojny, jedno jest coraz bardziej jasne — właśnie się rozpoczęła druga zimna wojna.

W 75. rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej świat stanął niebezpiecznie blisko rozpoczęcia kolejnej. Konflikt na Ukrainie to zaledwie jedno z jej możliwych zarzewi, tyle że bardzo bliskie. Te nieco dalsze to Bliski Wschód — nieustający konflikt izraelsko-palestyński, wojna domowa w Syrii i Iraku. Wszystkie te miejsca to poligon walki o wpływy i interesy między potęgami znacznie większymi niż walczące strony.

 

Znaki czasu

Dla chrześcijan — a za takich uważa się większość naszego narodu — każda wojna, a nawet już tylko jej realna groźba, winna być rozpatrywana jako szczególny znak. Sam Jezus bowiem, pytany przez uczniów o znak Jego ponownego przyjścia i końca świata, zapowiedział: „Potem usłyszycie o wojnach i wieści wojenne. Baczcie, abyście się nie trwożyli, bo musi się to stać, ale to jeszcze nie koniec. Powstanie bowiem naród przeciwko narodowi i królestwo przeciwko królestwu”[1]. Przy okazji Pan Jezus podał jeszcze wiele innych znaków, ale już te dwa — wojny i wieści wojenne — wystarczą, by chrześcijanin zadał sobie pytanie: Czy ta wojna i to, co może z niej wyniknąć, to ten zapowiedziany znak? Czy w takim razie powrót Jezusa jest już bliski?

Oczywiście wojny towarzyszyły ludzkości od zawsze, dlaczego więc to, co się dzieje teraz na Ukrainie, miałoby być jakimś szczególnym wypełnieniem Chrystusowego proroctwa. Może dlatego, że mamy już za sobą doświadczenie dwóch wojen światowych, a ta, która właśnie się toczy za naszą wschodnią granicą, już teraz nastawia przeciwko sobie więcej narodów niż tylko dwa. A co najistotniejsze — ta wojna antagonizuje mocarstwa atomowe.

Zastanawia, po co Chrystus pozostawił swoim naśladowcom te znaki. Przecież nie dla prostego zaspokojenia ich ciekawości.

Po pierwsze, z zacytowanego fragmentu wynika, że same wojny i wieści wojenne to nie będą jedyne znaki końca świata — czytamy, że „to jeszcze nie koniec”, czyli będą również inne, kolejne znaki. Pan Jezus wymienia je nawet w 24. rozdziale Ewangelii Mateusza: głody, pandemie, trzęsienia ziemi, zwiedzenia, wzajemna nienawiść i znieczulica, ale także ogólnoświatowe głoszenie ewangelii.

Po drugie, Jezus chce tchnąć w swoich słuchaczy nadzieję. Dlatego mówi, żeby się mimo wszystko nie bali tego, co ma nadejść. Jak to możliwe? Przecież poza głoszeniem ewangelii wszystko, co tu zapowiedział, do miłych rzeczy nie należy. Jak można się tego nie bać? Może dlatego, że to, co ma nastąpić po wypełnieniu się tych znaków, to coś znacznie lepszego od wszystkiego, czego ludzkość kiedykolwiek doświadczyła. Przecież powrót Chrystusa i koniec tego świata będą jednocześnie początkiem nowego świata — Królestwa Bożego, o które chrześcijanie się tak wytrwale modlą, prosząc: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię twoje, przyjdź Królestwo twoje”[2].

Po trzecie i ostatnie, Pan Jezus pozostawił nam te znaki, by nas nieustannie mobilizować do czujności. Mówił bowiem o swoim powtórnym przyjściu: „Tak i wy, gdy ujrzycie to wszystko, wiedzcie, że blisko jest, tuż u drzwi”[3], a także: „Czuwajcie więc, bo nie wiecie, którego dnia Pan wasz przyjdzie”[4].

Olgierd Danielewicz

 

[1] Mt 24,6-7. [2] Mt 6,9-10. [3] Mt 24,33. [4] Mt 24,42.

 

 

[Artykuł ukaże się w miesięczniku „Znaki Czasu” 9/2014]

 

Autor: Olgierd Danielewicz