Czekanie na cud

I siadano także przy stole po to, by słuchać. By słuchać opowieści pradziadów, dziadków, rodziców, którzy, brzemienni własnym doświadczeniem, chcieli i umieli przekazywać dary...

 

Był taki czas, w którym przytomni Polacy zdali sobie sprawę z nadchodzącej katastrofy. Katastrofy, która musiała nadejść także za sprawą ich znieprawienia. I byli tacy, którzy mieli tę bolesną świadomość. Byli tacy, którzy dosłownie i boleśnie rozumieli słowa “moja wina”. Tyle, że było już za późno. Za późno na żale, wymówki, rozliczenia. Rozumieli, że nadchodzi noc, którą muszą przetrwać, albo… Albo zginąć, przejść do historii nie zawsze zapisawszy w niej chlubne karty…

I kiedy świat cały zdawał się kończyć, kiedy zewsząd pełzało zło, zło czasem absolutne, unicestwiające zrozumieli, że, by przetrwać, by mieć nadzieję w czasie beznadziejnym,  muszą się schronić, schronić w najpierwotniejszych obszarach własnej tożsamości, samodefiniowania, samorozumienia. Wiedzieli, nie ważne na ile świadomie a na ile instynktownie, że tylko w tysiącletniej tradycji i kulturze może być wybawienie. Ich wybawienie.

A gdzie szukać, co pamiętać, ratować, chronić? Nie, nie idealistycznie, teoretycznie tylko realnie. Jak najbardziej realnie, jeśli nie w zupełnie podstawowym bagażu wieków budującym, tworzącym tożsamość osobistą, rodzinną, narodową?

I tak rodziny chroniły się w domu-twierdzy zbrojnej jedynie w podstawowe imperatywy, zaklęte w jednoznacznym rozróżnianiu pojęć prawdy i kłamstwa, dobra i zła, piękna i brzydoty, miłości i nienawiści, życia i śmierci... Czyli tego, co zawarte jest w podstawowym kanonie kulturowym a napisane tak oczywiście prosto w uniwersalnym zapisie fundamentów naszej kulturowej tożsamości. W Dziesiąciorgu Przykazań.

Siadano do stołu, który sam w sobie, jest niewykłym symbolem, łamano się chlebem, także po to by wydobyć z siebie to, co w nas dobre, piękne, nieskalane, i oczekiwano na cud. Cud, który przecież nie miał prawa się zdarzyć…

I siadano także przy stole po to, by słuchać. By słuchać opowieści  pradziadów, dziadków, rodziców, którzy brzemienni własnym doświadczeniem chcieli i umieli przekazywać dary bezcenne, dary opowieści życia. Ich życia, by nasze było lepsze, mądrzejsze, piękniejsze.

A ten wigilijny stół stawał się symbolem niezwykłej sztafety losów. Bo przy nim dzieci stawały się rodzicami, dziadkami, pradziadkami…

I tak już jest od wieków. I nich-że będzie! Niech trwa.

Wszystkim Wam, bez wyjątku, życzę byście jutro byli odrobinkę lepsi, mądrzejsi, piękniejsi.

I byście umieli czekać na cud. Ten i taki, którego właśnie Ty potrzebujesz.