Czego nie trawię w katolikach

- Bo ja , pani, to jestem, tylko niepraktykujoncom... - punkt pierwszy, mojej niechęci.

 

- No, ale czemu ty taka? - ktoś nadzwyczaj treściwie zapyta, rozsądnie przy tym  dodając. - Przecież tak można... Ty... - i ciszej - przemądrzała, niedoje..., - obejrzenie się na przechodniów, bo katolikowi nie wypada - flądro...!


No, pewnie, że można, a nawet i trzeba, no bo jak to w Polsce katolickiej mieszkać i katolikiem nie być, choćby nawet i takim martwym.


- Żyjesz pan, panie...?! - pytam zatrwożona, leżącego pod płotem (nie) młodzieniaszka, na co po chwili otrzymuję zalotną odpowiedź:


- Oj! Pokazałby ci ja, jak ja żyje...! Oj, laska, pokazałby ci ja...


Po pierwsze, facet mnie wcale nie widział, bo jakby tak było, to mogłabym w pijackim, jego umyśle, porobić za koszmarek i pytanie, czy żyje, stałoby się już nie na miejscu, a po drugie, to stara baba jestem, której się nudzi ostatnio, to net sobie przegląda i dobrze, bo w necie przynajmniej jest szansa na zobaczenie tego, jak zechcę, a czego z całą pewnością nie ujrzałabym u niego, choćby i nawet pokazać mi chciał.


Dwa dni później zresztą, spotkałam tego pana, w początkach zażyłości z jakimś nowym rodzajem pryty i nie tylko mnie nie rozpoznał, ale i odsunął się na bezpieczną odległość.


Dlaczego o tym piszę? Bo ten facet jest takim synonimem katolika, który nie praktykuje. Żyje to niby...? Czy też mu się wydaje, a odwagi nie ma, by spojrzeć prawdzie w oczy...?


Punkcik dwa: księża są, jak wiadomo ludźmi tylko i zgrzeszyć im się zdarza. I zapewniam, że nie uderzam tutaj w tonację pedofilską, gdyż mówienie o tym jako o czymś, co księży dotyczy, byłoby nadużyciem i łgarstwem zwykłym. To dotyczy zboczeńców, występujących w różnorakich szatach. Mnie chodzi o zwyczajne, męskie, naturalne ciągoty, które są księżom brudne i ich niegodne, a co raz na zawsze od katolickiej obłudy mnie odsunęło. A, co obecnie, śmieszy mnie dobrotliwie jedynie, gdyż do takich odczuć jako niekatoliczka mam prawo, a katolicy nie.


Miałam dużo lat mniej niż obecnie, gdy z konfesjonału wypadła moja koleżanka, z taką wściekłością, o jakiej rozmiar, nigdy bym jej nie posądziła i nie odchodząc od miejscówki do grzechów wyznawania, (nie) spokojnie oczekiwała wyjścia pasterza do owczarni. Pastuch się nie pofatygował, zrobiło się dość gwarno i zaniepokojony dziekan pojawił się przy dziewczynie. Chwilę rozmawiali, a dziekan zaliczył taki ładunek pogardy z jej oczu, że poważnie zaczęłam się zastanawiać, czy ni upadnie. Rzecz jasna, moja babska ciekawość, aż chrypki ze zniecierpliwienia dostała, lecz doczekała się. I oto co koleżanka mi opowiedziała:
Otóż, ksiądz Fujarek, na pogrzebie jej babci, usiłował w konfesjonale, umówić się z nią na randkę, a ona najpierw zaniemówiła, a potem rozkazała Fujarkowi wyłazić, i to już(!), z miejsca, którego niegodzien jest, dopowiadając przy tym, że: "Masz zwyczajnie u mego chłopaka przejebane, palancie!"


Dziekan, gdy usłyszał z jej ust relację, stwierdził zaś, że Joli to się przesłyszeć musiało i że ksiądz Fujarek, mógł ją jedynie zapraszać na spotkanie w szerszym gronie i zapewne religijne. Chciało się dziewczynie odwarknąć Zakłamańcowi, bo takie imię dziekan nosi, czy przypadkiem nie o formę rytuału, nazywaną: "dwa baty", na tym spotkaniu rozszerzonym chodziło i ze śmiechem późniejszym przyznając, że ledwie się powstrzymała. To był nasz, do dziś, choć drogi nam się rozeszły, ostatni pobyt w kościele.
Rodzinka jej machała na "przygodę" ręką. Że Fujarek to już taki jest i że pół parafii już wydmuchał. Że nie ma się czym przejmować, bo on nie gwałci nikogo przecież i tylko z dorosłymi zadaje. Przyznaję, że na dziś, jest to i dla mnie temat wesolutki, co zresztą widać chyba, ale wtedy mnie najzwyczajniej zdruzgotał.


Mili księżą, żarciki, uśmiechy, obcymi mi nie były, ale fakt, że Fujarek wydymał połowę parafii, a druga połowa nic z tym nie robi, uświadomiły mi, że ci drudzy, na wydymanie czekają. Przez kapłana, który dokonuje rytuału przemiany, na świętym, dla nich ołtarzu. Brudnymi, obspermionymi łapskami dotyka świętych im rzeczy, a oni to mają w dupie, czy może raczej Fujarka, by tam chcieć mieli.


Ludzie wchodzą do kościoła, z pieprzeniem w rodzaju: "ja tam nie chodzę dla księdza..."


Sama, chodząc do kościoła, czułam jakieś uduchowienie, jakąś tajemnicę, którą się mnie obdarzano i chociaż nie za każdym razem, autentycznie wychodziłam stamtąd, lepszą się czując, a ołtarz i wszystkie, leżące i stojące na nim przedmioty, charakter mistyczny dla mnie miały, a nie wspomnienie wzniesionych w górę łapsk, świeżo wyjętych z jakiejś cipy.


Uduchowienie przeminęło, lecz dziwnym trafem pustka nie wystąpiła. Świadomość to doskonały środek zaradczy.


Punkcik trzy: katolickie biadolenie i narzekanie na wystawne życie swoich kapłanów wszelakiego szczebla. I tu ciekawi mnie, czy już, kiedy najnowszy ich władca, zmierzający w swej skromności ku wskoczeniu na osła, w końcu na takim do Rzymu wjedzie, to nie sprawdzą, czy to przypadkiem nie osioł, ze słynnych stajniji, z Gdzieśtam, pochodzący...


Chciałam krótko, ale przypomniał mi się kolega, hm, katolik, którym pomiatam od czasu do czasu, mając gdzieś jego tłumaczenia, że teściowa..., a który jest, w przeciwieństwie do mnie, wybitnym ateistą i który śmiał się z niej jakiś czas temu, a za co dostał ode mnie jobów i obelg nawet, bo powinien być dumny, gdyż okazało się, że teściowa, to może i wredną się wydaje, ale katoliczką jest najprawdziwszą, a ja nie takich ludzi, jak ona, mam w pogardzie.


Otóż pod kościół, w mieście pewnym, podjechała furka, wcale nie najnowsza i nie merol, a z niego wysiadła młoda dziewczyna, truchcikiem zmierzając na mszę. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że od strony kierowcy wysiadł dziekan, który miał tę mszę odprawić. I nie oprawił...


Teściowa Grzesia była już w środku, lecz on na zewnątrz i nie darował sobie, wchodząc i stając przy żonie, poinformowania jej uszczypliwie, jak dziekan niestosownie się zachowuje. Pani W., mając radar delfini do takich spraw, poprosiła grzecznie zięcia o powtórzenie, i jeszcze o uderzenie w piersi, że na własne oczy to widział i nie wymyśla, aby z niej kpić (jest za bystra, by wierzyć w jego pobożność- co mu tłumaczę zresztą) i przechodząc przez całą nawę, zniknęła w zakrystii. A z parafii dziekan na miesiąc cały.
Nie wiadomo nic o tamtych rozmowie, natomiast podwózka była z całą, niemalże pewnością, niewinna i dotyczyła jedynie dobrego uczynku podrzucenia wiernej na mszę. Z opinii o tym księdzu wnioskuję, że było niewinnie i wzorowo, lecz niestosownie wystarczająco, by prawy katolik mógł niesmakiem zareagować. Moje zdanie-bez kpin. Ale nie o tym mowa być miała, lecz o koleżce Grzesia, niejakim Uśśśmieszku, który ma w zwyczaju biadolić po i przed każdą mszą, jacy ci księża rozpustni, jak w karty na baksy rypią, w chałupach, plebaniami zwanych, ciut nie z basenem pomieszkują i fury mieniają, jak dziewki tirowcy. A co robi potem?


Wchodzi do kościoła i sru! na opony zimowe, ciach! na okna z (nie) Ikei, brzdęk! na najlepszą panią do towarzystwa i pokój w hotelu na jej ugoszczenie itd.


Katolicy zbudowali taki Kościół i narzekają, że nic z tym nie robią.


Moja nerwowa rozmowa z siostrą:


- Bo biskupi to w taaakich willach mieszkają...! - i lu!  na mszy najbliższej, na zrzutkę na marmurowe schody...


Mówię jej, że nie ma prawa narzekać, bo sama to buduje.


- Chcę, to daję!


- Oczywiście! - przyznaję jej rację. - Jak wszystko im oddasz, też krzywo nie spojrzę. Poza nami forsa dla forsy... Ale nie jęcz, że ją wydają...


- Ja na biednych daję, nie wille!


- Jakich, k..., biednych?! - pytam.


- A co, ty nie wiesz, że biedni na świecie są...?! - warczy siostra. Milczę, bo nie mam pojęcia, jak jej wytłumaczyć, że płaci dziesięcinę. Odzywa się ona. - Trzeba biednych wspomagać... - kiwam głową, bo okazuje się, że też jestem obłudnicą, gdyż siostrę kocham i ranić jej nie chcę, a przydałoby się pociągnąć ją po męsku ze łba. I coś tylko mi chodzi po głowie, kogo ona karmi i wspomaga, i obiecuję sobie, że kiedyś jej wygarnę... Albo książkę napiszę. Czytać wszak, ona potrafi...


Felicjanna Zdankiewicz

Licencja: Creative Commons