Czarna Zgroza

Opowiadanie epidemiologiczne

 

fb917e57ac951082697f197ee257a26e.jpg
Walentynę obudziło tego ranka coś dziwnego. Zaspana przetarła oczy, rozejrzała się po pokoju, wciąż mając to dziwne wrażenie, lecz nic nie dostrzegła. Wtedy jej uwagę zwróciło osobliwe drżenie pod kołdrą obok niej, gdzie leżał jej mąż, Mumian. Drżał, był cały czerwony na twarzy, najwyraźniej mia silną gorączkę. Walentyna obudziła go delikatnie. Nieprzytomnym, błędnym spojrzeniem potoczył dookoła.
– Boże, jak strasznie bolą mnie plecy... - jęknął płaczliwie. Nagle zerwał się z łóżka i czym prędzej popędził do łazienki, skąd Walentyna usłyszała wyraźny odgłos gwałtownych wymiotów.  Trwało to dość długo, aż w końcu umęczony Mumian powrócił trzęsąc się do łóżka.
- Trzeba wezwać lekarza, mój drogi, nie ma wyjścia - rzekła stanowczo Walentyna. Jej mąż nic na to nie odrzekł. Chwyciła więc za słuchawkę I zadzwoniła do lekarza rodzinnego.
Do wieczora, kiedy przyjechał wreszcie, stan Mumiana nie uległ zmianie. Doktor zbadał dokładnie pacjenta, po czym orzekł autorytatywnie:
- Grypa żołądkowa! Dawać gorącą herbatę z miodem. I iść do apteki po środek zbijający gorączkę! Ja tu nic więcej nie poradzę.
Po czym odjechał.
Walentyna posłusznie zrobiła herbatę, której Mumian zresztą wcale nie chciał wypić, po czym udała się do apteki po środek przeciwgorączkowy. Po powrocie do domu posłuszna woli lekarza, podała Mumianowi dwie tabletki. Pod wieczór podała kolejne dwie, lecz stan Mumiana nie tylko nie uległ pozytywnej odmianie, wręcz się pogarszał. Bóle pleców, gorączka i wymioty nadal trwały.
Walentyna siedziała przy nim na krześle, czuwając z robótką ręczną. W końcu usnęła...
Spanikowana obudziła się rano i natychmiast spojrzała na Mumiana. Wyglądał dziwnie. Na całej jego twarzy widniała plamkowata wysypka, przemieszana z paskudnie wyglądającymi grudkami.
Pogotowie! Szpital! - z przerażeniem pomyślała Walentyna. I zadzwoniła natychmiast. Dyspozytorka najpierw bardzo długo wypytywała o jej dane teleadresowe, objawy, ubezpieczenie, w końcu obiecała przysłać ambulans.
Przyjechał po czterech godzinach, po wielokrotnych krzykliwych i płaczliwych telefonach Walentyny do tej samej dyspozytorki pogotowia. Do mieszkania wszedł lekarz w asyście dwóch sanitariuszy.
Rzucił okiem na Mumiana. Już zaczął odwracać głowę do Walentyny (zauważyła jego lekceważący uśmieszek z profilu), gdy nagle odwrócił się ponownie i przyjrzał długo i dokładnie twarzy Mumiana. Potem podszedł i zerwał kołdrę. Wysypka i grudki widniały na rękach i nogach. Lekarz wyjął jakiś dziwnie wyglądający przyrząd i siłą otworzył usta Mumiana. Tak, obie tam były, wewnątrz jamy ustnej. I wysypka, i grudki.
Lekarzowi bardzo gwałtownie zmienił się wyraz twarzy. Biegiem ruszył do drzwi wyjściowych, krzycząc po drodze: “Natychmiast do szpitala i do izolatki! Oboje!!!”
W szpitalu lekarz rodzinny zwołał kilku swoich kolegów, żeby wszyscy zgodnie obejrzeli sobie Mumiana. Wśród nich był pewien stary profesor, który pracował w szpitalu od przeszło czterdziestu lat i właśnie w przyszłym miesiącu udawał się na w pełni zasłużoną emeryturę.
Weszli do izolatki. Rodzinny stal przy drzwiach, reszta podeszła do pacjenta i zaczęła go oglądać. Nagle staremu profesorowi wypadł z ręki stetoskop wraz z okularami.
- Jezus Maria... - wyszeptał ze zgrozą. - To ospa czarna! Variosa vera! Grozi nam epidemia wrocławska z 1963 roku! Natychmiast powiadomić wszystkie służby sanitarne w powiecie! Wszystkich, którzy mieli kontakt z obojgiem, odizolować we wszystkich szpitalach!
Lekarze wybiegli, furkocząc swoimi kitlami. Jeden z nich rozpoczął obszerny wywiad z Walentyną. Z kim mieli ostatnio kontakt? Kiedy? Gdzie?
Okazało się, że zarówno Mumian, jak i Walentyna mieli kontakt z ogromną ilością osób, jako, że Mumian pracował w wielkiej fabryce konserw, a Walentyna jako kasjerka w hipermarkecie. Nie było wiec sposobu ustalić personaliów co najmniej 70% ludzi mających kontakt z obojgiem. Mimo to ogłoszono “czerwony alarm” i na miasto wyjechała ogromna ilość karetek i radiowozów policyjnych, w poszukiwaniu osób, których nazwiska i adresy udało się ustalić. Zgarniano do nich całe rodziny, wywożąc je do szpitalnych izolatek w całym województwie. W radiu i telewizji ogłoszono komunikaty o objawach i kazano natychmiast zgłaszać się do najbliższych szpitali, jeśli takowe wystąpią. I rzeczywiście, ogrom ludzi zaczął się zgłaszać.
- Tych ludzi jest za dużo!!! - rwali włosy z głowy lekarze, ordynatorzy i profesorowie. - Trzeba budować obozy izolacyjne! Jak we Wrocławiu!
Natychmiast też przystąpiono do budowy drewnianych baraków otoczonych drutem kolczastym, gdzie zaganiano ludzi z objawami ospy. Nikt nie miał szans się wydostać, ludzie krzyczeli o obozach koncentracyjnych, wirusie rozrzuconym przez wrogów państwa i tym podobne rzeczy. Nikt z personelu lekarskiego nie zwracał na to uwagi. Wkrótce cały personel medyczny również zaraził się chorobą.
- Nikogo już nie wyleczymy... - rzekł stary profesor do całego konsylium zaospionych lekarzy i pielęgniarek. - Szczepionki, które były jeszcze w 1980 roku, przepadły... Zanim wyprodukują nowe, minie kilka miesięcy, a choroba jest, jak wszyscy wiecie, śmiertelna. Dlatego poprosiłem jedną ze znanych nam dobrze firm, która funduje nam wakacje w zamian za ekhm... wszyscy wiemy co, o produkcję kilkuset szczepionek. Przyjdą jutro rano. Uratujemy samych siebie! Musimy w końcu istnieć, by ratować czyjeś życia!
- No a ludzie z miasta? Dzieci, kobiety, starcy? - spytała jakaś lekarka z końca sali.
- Cel uświęca środki! Proszę więcej nie dyskutować!!!
Nazajutrz nadeszły szczepionki i cały personel medyczny zaszczepił się, ponieważ, jak wiadomo, szczepionka działa nawet już w okresie rozwoju czarnej ospy. Wszyscy też wyzdrowieli i zamknęli się w jednym ze szpitali, dopóki nie minie epidemia.
Miasto wymarło w ciągu dwóch miesięcy.
Lekarze i pielęgniarki wyszli ze szpitala i czym prędzej opuścili miejsce, które stało się miastem trupów i duchów. Niedługo po epidemii zostało doszczętnie zbombardowane i spalone przez siły wojskowe.
A personel medyczny poprzenosił się do innych miast, gdzie pędził wesoły żywot, czyniąc swoje powołanie.
Dopóki nie zabiła ich neurotoksyna z ryby takifugu (河豚), którą zgodnie zamówili, świętując w Japonii swój sukces w czasie epidemii.
Wiadomo - źle przyrządzona takifugu i się żegnamy...