BYc chrześcijaninem w zdemonizowanym świecie

Obecność zła dostrzegamy, kiedy wybuchają bomby i pojawia się krew na ulicach.  Trudniej nam już powiązać głód, choroby i śmierć Afryki z chciwością Zachodu. Codziennej, szarej i zwykłej roboty szatana nie dostrzegamy natomiast wcale. A powinniśmy. Gdyż robota ta jest dokonywana na naszym „ja”. Polega na jego pompowaniu, nadymaniu do takich rozmiarów, że nie widzimy już niczego poza własnym próżnym, wrażliwym, niezwykle delikatnym i  ogromnym „ja”.

Codzienna promocja egoizmu

Frontów walki o coraz większe „ja” jest bez liku. Reklamy włażą nam do głowy dniami i nocami, bez chwili wytchnienia, jak bezlitośni, nachalni komiwojażerowie, których nie można wyprosić z domu. Bądź egoistą – mówią – kupuj, kupuj, upijaj się, obżeraj, baw, szpanuj, uważaj za lepszego od innych, strój się, pusz, nadymaj, nie przestawaj myśleć o seksie ( i najlepiej przybij sobie na czole naszą metkę). Choć natychmiast odwracamy głowy, ściszamy lub przełączamy telewizory, klikamy przycisk „zwiń” na ekranach laptopów, to i tak zostajemy zatruci codzienną dawką propagandy, gdyż komiwojażerowie są nachalni, konsekwentni i nie nużą się nigdy.

Kariera. To nasz obowiązek wobec własnego „ja”. Awans, pieniądze, posiadanie rzeczy, cudzy podziw. Wszelkie inne obowiązki nic nie znaczą wobec obowiązku robienia kariery. Uczciwość, współczucie? Co to jest? Ważna jest skuteczność, efektywność, sukces. Jeśli twoja kariera kuleje to masz problem. Potrzebujesz terapii, potrzebujesz trenera. Potrzebujesz czegokolwiek, żeby ukoić skaleczone „ja”.

Rozrywka. Po ciężkiej walce w brutalnym świecie masz prawo do odrobiny relaksu. Najlepiej zrelaksujesz się, zapychając sobie głowę śmieciami produkowanymi przez koncerny medialne. Popatrz na życie celebrytów, twoich wzorów, ludzi, którzy zdołali nadąć swoje „ja” do rekordowych rozmiarów.  Czy nie masz wrażenia, że uczestniczysz w ich życiu? Czy to nie jest jak wizyta w niebie?

Polityka. Jedyny słuszny system jest oparty na egoizmie jednostek. Egoizm, żądza sukcesu, napędzają gospodarkę. Nic lepszego nie wymyślono. Wszystkie systemy oparte na poczuciu wspólnoty to nieudane eksperymenty. Egoizm jest sprawdzony, wypróbowany, bezkonkurencyjny.

Filozofia. Wiara w to, że poza naszym „ja” istnieje Bóg lub jakikolwiek inny Absolut, to prymitywny, przestarzały przesąd. Uznanie tego przesądu, to przyjęcie systemu wartości, który prowadzi do rezygnacji z własnego egoizmu. Wtedy zyskuje egoizm innych. Nie bądź frajerem, nie masz nic poza własnym „ja”. Odrzuć zabobony, zajmij się „ja”.

Czy egoizm to wynalazek naszych czasów?

Czy jednak to wszystko, co napisałem powyżej, nie jest tylko utyskiwaniem staruszka na „dzisiejsze, zepsute czasy”? Utyskiwaniem, które pojawia się „od zawsze” i jest typową przypadłością ludzi starych? To prawda, że globalizacja, dzięki nowoczesnym środkom przekazu, wywołała wrażenie wszechobecności egoizmu, chciwości, pustej rozrywki, karierowiczostwa. Czy jednak ludzie kiedykolwiek byli inni? Czy nie toczyli rabunkowych wojen, nie byli chciwi, okrutni, nie wyzyskiwali, nie deptali słabszych? Nie gustowali w jarmarcznej tandecie?

To prawda. Natura ludzka jest taka, jak była. Coś się jednak zmieniło. Zniknęło pragnienie bycia lepszym. Honor, asceza, poszukiwanie absolutnej wartości, absolutnego sensu istnienia, obowiązek wobec bliźnich, wobec własnego człowieczeństwa, wiara w iskierkę boskości tlącą się jednakowo w dobrych i złych, pragnienie poświęcenia się jakiejś „sprawie”. Człowiek bywał zły, chciwy i okrutny, ale też i był tego świadom. Poszukiwał Boga, Absolutu, bądź idei, która pomogła by mu przezwyciężyć zło, albo chociaż usunąć poczucie winy, pomóc pojednać się z naruszonym dobrem, naprawić zło w sposób symboliczny, jeżeli inny nie był już możliwy. Dziś człowiek niczego nie szuka. Uważa, że jest bardzo dobry, gorączkowo pragnie wymazać resztki „starych przesądów”, które mogłyby w nim wzbudzać coś na kształt poczucia winy. Jedyne czego współczesnemu człowiekowi, w jego opinii, brakuje, to „bycia sobą”, „bycia sobą w pełni”. „Bądź sobą!” to hasło sztuki, rozrywki, publicystyki, terapii, szkoleń i wykładów. Bądź sobą, a odniesiesz sukces. W ostateczności sukces zostaje sprowadzony do samopoczucia „ja”.

Wyzwoliliśmy nasze „ja” z okowów religii, która je tłamsiła i frustrowała. Urzeczywistniliśmy humanizm. Zabobony zastąpił racjonalizm i humanizm. Humanizm to wszak system wartości, który opiera się na człowieku, a racjonalizm na rozumie. Nieprawdaż? Nie. Dorobiliśmy się karykatury humanizmu, karykatury racjonalizmu. Okazuje się, że nawet największe idee potrafią wracać w formie zwulgaryzowanej, skarlałej.

Po co szatanowi egoizm?

Egoizm podsyca w nas szatan, lub, w zależności od światopoglądu, jakaś inna osobowa lub bezosobowa energia. Mniejsza o nazwę. Ważniejsze jest pytanie, czemu ma służyć działanie tej energii?

Zacznijmy od kilku pytań. Czy „ja” samo w sobie jest złe? Ależ skąd. Pomaga nam poruszać się w świecie, porozumiewać z innymi, tworzyć naukę i technikę, budować struktury społeczne, bez których człowiek nie jest zdolny przetrwać, reagować adekwatnie do sytuacji. Zalety „ja”, zalety dbałości o prawidłowy rozwój „ja” można by wymieniać i wymieniać. A czy chciwość sama w sobie jest zła? Wręcz przeciwnie. To właśnie chciwość (umiarkowana, trzymana w ryzach) napędza gospodarkę, dostarcza narzędzi, które służą dobru. A chęć poklasku i uznania? Czy nie tej właściwości ludzkiej natury zawdzięczmy sztukę, odkrycia naukowe? A co z pustą rozrywką? Czy śmiech, oderwanie od kłopotów, szczera radość nie są dobre? Może i pusta rozrywka jest plebejska, ale czyż przez to godna potępienia?

W czym więc tkwi sedno? Otóż szatan (czy jakkolwiek tę siłę zdefiniujemy) usunął grunt spod „nóg” naszego „ja”. Postawił je nad przepaścią, nad otchłanią. Nad otchłanią bez nadziei na zbawczą rękę Boga, nad otchłanią, która nie jest buddyjską „pustką”, „wadżrą”, Brahmanem. Ta otchłań nie pozostaje z naszym „ja” w żadnej relacji. Jest nicością, która w żaden sposób nie ubogaci naszego „ja”, unicestwi je na wieki. „Ja” zostaje wobec nicości skazane na siebie. Czy może się samo „zbawić”? Nie, gdyż brak mu punktu oparcia. Baron Muenchhausen wyciągnął się sam za włosy z bagna. Śmieszy nas ta historia. „Ja” nie potrafi powtórzyć sztuczki sławnego barona, nie może się samo-zbawić, samo wyciągnąć „za włosy” z Otchłani, może tylko uciekać. Odgradzać się od nicości pustą rozrywką, pośpieszną karierą, błazenadą przed kamerami. Im bardziej nadymamy swoje „ja”, tym bardziej mamy wrażenie, że „silne ja” jest trwalsze niż „słabe”, że nicość jest trochę dalej dziś niż wczoraj. Jesteśmy upojeni życiem, bezpieczni przed nicością, do jutra. A jutro…, to przecież będzie dopiero jutro…

Budowanie na fundamencie „ja” ma słabe strony. Nie mając punktu oparcia „ja” jest wrażliwe na urazy. Bezpieczeństwo, i to chwilowe, nadają mu tylko inne „ja”? A gdy się odsuną? 

Dzisiejszy egoizm jest parodią religii. Tillich definiował wiarę jako troskę ostateczną. Troskę o to, co nas bezapelacyjnie obchodzi. O życie i śmierć. Ludzie zostawieni nad otchłanią tylko z własnym „ja” też są owładnięci troską ostateczną. Ich problemem też jest życie i śmierć. Stąd ucieczka w karierę, akceptację, zapomnienie. Usunięto im ziemię spod nóg. Nauczono drwić z religii. Ale nie zdołano uwolnić od „Wielkiego Pytania”. Kiedyś któraś z korporacja wyprodukuje tabletkę Murti-Binga. Póki to się jednak nie stanie, człowiek zmaga się ze swoim człowieczeństwem. Póki nie ma tabletki Murti-Binga, człowiek skazany jest na troskę ostateczną. Na Wielkie Pytanie. Na wiarę. Choćby odrzucał wszelkie „religijne przekonania i doktryny”, wiary jako takiej, wiary w postaci „czystej troski”, odrzucić nie może.

Wróćmy do szatana (lub innej osobowej, bądź bezosobowej siły, czy procesu). Na co mu egoizm jako parodia wiary? To proste. Jeśli człowiek świadom otwierającej się przed nim otchłani, nie ma przed nią innej obrony niż nadymanie „ja”, wrażliwego na urazy, delikatnego „ja”, to staje się całkowicie podatny na manipulację. Ten kto manipuluje ludzkim „ja”, kto stawia cel, daje i odbiera nagrody, wzbudza i zaspokaja (bądź nie zaspokaja) pragnienia, kto ma moc napuścić ludzi na ludzi, ten sprawuje kontrolę nad światem. Poprzez wzmacnianie egoizmu szatan rządzi ludźmi. Władza. Chodzi o władzę.

Doktryną po głowie?

Ludzie, którzy odrzucili przekonania religijne (przypomnijmy, że nie jest to równoznaczne z odrzuceniem wiary, czego uczynić się nie da!) popadają w nieustanny konflikt z ludźmi, którzy przekonania religijne wyznają. Otwartych frontów jest wiele: obecność symboli religijnych w przestrzeni publicznej, edukacja seksualna, finansowanie związków wyznaniowych. Mam wrażenie, że wszystkie te fronty starannie omijają główny punkt sporu.

1)      Chrześcijanie chcą obronić przekonania, które nadają sens ich życiu. Dla nich symbole religijne osłaniają sferę świętą, rękę Boga ratującą prze upadkiem w otchłań.

2)      Ateiści również chcą obronić przekonania, które nadają sens ich życiu. Dla nich religijność jest atakiem na „ja”, a przecież utracili już wiarę w cokolwiek innego, co mogłyby odgrodzić ich byt od otchłani. Czyli religia, umniejszająca wartość „ja” na rzecz Boga (w którego ateiści nie wierzą) spycha ateistów w otchłań.

Spór toczy się na gruncie przekonań religijnych i pozornie tylko ich dotyczy. Tak naprawdę jednak (co już było wyżej wyjaśnione) dotyka troski ostatecznej. Jest sporem o wiarę.

Ponieważ uważam, że wyrwanie człowiekowi gruntu spod nóg, wzmacnianie egoizmu, doprowadzenie do tego, że Absolut przeraża jak nicość, jest dziełem szatana (lub podobnej, a inaczej nazwanej energii)

 Ponieważ uważam, że wpojenie człowiekowi przekonania, że mając izolowane „ja” ma już wszystko i winien odrzuć poszukiwania czegokolwiek większego od „ja”, jest dziełem szatana (lub podobnej energii).

Dlatego w toczącym się sporze nie podzielam stanowiska ateistów.

Jednakże. Nie akceptuję, jako nieskutecznej, metody prowadzenia z ateistami sporu na poziomie przekonań religijnych, a już tym bardziej na poziomie ustalania zasad funkcjonowania tychże przekonań w przestrzeni publicznej. Taki spór, toczony na poziomie argumentów rozumowych, nie ma szansy się zakończyć. Nikt nikogo nie przekona. Co najwyżej narosną emocje, wrogość i pojawią się dalsze, groźniejsze, konsekwencje tych emocji. Spór toczy się bowiem na poziomie „naskórkowym”, a dotyczy w rzeczywistości tego, co najgłębsze, wiary. Spór o wiarę jest bezcelowy. Nikomu wiary nie można sprzedać, zostawić w spadku, dać w prezencie, ani, tym bardziej, narzucić podczas kłótni.

 Tocząc awanturę nie dotknie się niczyjego serca. Proponuję, aby wyznawcy Chrystusa wycofali się niezwłocznie ze wszystkich sporów  dotyczących manifestacji przekonań religijnych, finansowania kościołów itd. Św. Paweł głosił religię, która była prześladowana i dyskryminowana w Cesarstwie Rzymskim. Został za to skazany na śmierć i stracony. A przecież odniósł sukces ewangelizacyjny, o którym mogą tylko marzyć współcześni chrześcijanie. Nie w politycznych sporach tkwi sedno sprawy, lecz w Chrystusie.

Zacząć od siebie

A jednak współczesny świat ulega demonizacji. Chrześcijanie winni temu przeciwdziałać. Jeśli nie poprzez toczenie sporów o poglądy i doktryny, to jak?

Uderzmy się w piersi. Czy współcześni chrześcijanie wolni są od epidemicznej choroby na „ja”?  Czy choroba ta nie dotyczy także pasterzy? Czy nie dotyczy to wszystkich kościołów? Czy dążenie do wpisania się w rzeczywistość społeczno-polityczną, podkreślanie swoich zasług, liczenie się z opinią świata dawno już nie przesłoniły Chrystusa?

Czy obserwując zachowanie chrześcijan i ateistów można wychwycić choćby drobne różnice między nimi? Czy w ogóle coś ich dzieli, poza stosunkiem do doktryny będącej niczym więcej jak zbiorem poglądów?

Proponuję, abyśmy na ofensywę ateistów odpowiedzieli tak: Zamiast tkwić w „oblężonej twierdzy” naszych przekonań, niech każdy z nas poświęci kilka godzin dziennie na lekturę Biblii, pozwólmy, aby Słowo Boże przeniknęło nas, pozwólmy Chrystusowi działać. Módlmy się w milczeniu, słuchajmy Boga. Spotykajmy się w grupach modlitewnych, trwajmy w cichej obecności Pana. Umacniajmy się wzajemnie w wierze, dyskutujmy o Słowie Boga, niech obiektem naszych zainteresowań będzie Chrystus. Nie osądzajmy świata, nie narzekajmy. Chrystus na Krzyżu zwyciężył świat. Zaufajmy mu. Traktujmy naszych wątpiących braci właśnie jak braci. Niech rośnie w nas Chrystus, a nasze „ja” umniejsza się, aż powróci do rozmiarów, w których nie będzie bolało jak nabrzmiały wrzód, w których będzie normalne.

Tak, i tylko tak,  zniweczymy ofensywę szatana (czy jakkolwiek byśmy nawali tę Moc).

Pamiętajmy, że my nie jesteśmy w stanie nawrócić nikogo. Ludzkie serca zmienia Bóg ( lub Absolut, jakkolwiek przez nas nazywany) Naszą rolą jest dawać świadectwo, a potem mówić: „Sługami nieużytecznymi jesteśmy”.

Podążając za Chrystusem w zdemonizowanym świecie odkryjemy, że istnieje dobro, a to co braliśmy za zło, to tylko wynik niewiedzy, ignorancji.

Szatan nie jest absolutnym władcą tego świata, choć dwoi się i troi, aby nim zostać. Dopóki choć jedna osoba podąża za Chrystusem, to tylko Chrystus jest Królem I Panem.

Dlatego podążanie za Chrystusem to jest wszystko, a spory o poglądy to śmieci.